Autor Wątek: Konkurs Na Opis Bitwy - Edycja II.  (Przeczytany 4753 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Legion

  • Redaktor
  • Wiadomości: 1666
  • make war, not love
Konkurs Na Opis Bitwy - Edycja II.
« dnia: Lipiec 17, 2015, 18:44:08 pm »



LEGION PREZENTUJE
KONKURS NA OPIS BITWY
E D Y C J A II

* * *

1. W konkursie może wziąć udział każdy członek Świętego Przymierza, bez względu na rangę, funkcję, czy okres próbny za wyjątkiem sędziów.
2. Zadaniem uczestników jest sprawne opisanie bitwy w realiach średniowiecza lub klimatach fantasy w tym śp.
3. Miejsce i typ bitwy jest dowolne - może być to starcie dwóch okrętów, walna bitwa, a w przypadku oblężenia właściwy szturm.
4. Prace w realiach SF, czy też np. II WŚ nie będą brane pod uwagę.
5. Sędziowie: Legion, Kassler, C.
6. Konkurs będzie trwał przez trzy tygodnie, bez możliwości zmiany terminu oddawania prac.
7. Termin oddawania prac: 05.06.2015 - 26.06.2015.
8. Minimalna długość prac to 1,5 strony (standardowe A4 i czcionka 12).
9. Prace można przesyłać na adres: spkonkurs1@gmail.com.
10. Ewentualne zmiany będą oznaczone kolorem pomarańczowym.

Uczestnicy:
mnikjom - praca dostarczona
dank rider - praca dostarczona
Webster - praca dostarczona
Barneyek
Seksrator
Dollan - praca dostarczona
wardasz - praca dostarczona
Fenrir
Cassimir - praca dostarczona
Dominium - Arcymag Ognia

Wiedźmiński Gladiator
Cytat: Nederland
Chyba was pojebało.

Legion

  • Redaktor
  • Wiadomości: 1666
  • make war, not love
Odp: Konkurs Na Opis Bitwy - Edycja II.
« Odpowiedź #1 dnia: Lipiec 17, 2015, 18:44:31 pm »
KONKURS NA OPIS BITWY
E D Y C J A II
WYNIKI

Szybkie podsumowanie, dotarło 6 prac z 9, a dwie osoby tylko raczyły się jakkolwiek usprawiedliwić, ewentualne konsekwencje pozostawiam w gestii kapituł.

Do rzeczy.


I MIEJSCE
Z wynikiem 25,4 punktów zdobywa..
(click to show/hide)

II MIEJSCE
Z wynikiem 23,3 punktów zdobywa..
(click to show/hide)

III MIEJSCE
Z wynikiem 17,5 punktów zdobywa..
(click to show/hide)

IV Miejsce z wynikiem 16 punktów zdobywa Webster
V Miejsce z wynikiem 11,2 punktów zdobywa dank rider
VI Miejsce z wynikiem 10,1 punktów zdobywa mnikjom

Oceny Sędziów.
(click to show/hide)

Gratulujemy zwycięzcom. :)
Dominium - Arcymag Ognia

Wiedźmiński Gladiator
Cytat: Nederland
Chyba was pojebało.

wardasz

  • Wiadomości: 883
Odp: Konkurs Na Opis Bitwy - Edycja II.
« Odpowiedź #2 dnia: Lipiec 17, 2015, 19:36:26 pm »
   -Gawiedź - zwiadowca wskazał na mapę - nie została opuszczona. Wręcz przeciwnie, pełno w niej zbrojnych.
-A więc musimy ich stamtąd wykurzyć - regimenciarz odwrócił się do swego zastępcy - jak myślisz, dwie kompanie starczą? Czy rzucamy pół batalionu?
-Mój panie - zwiadowca nieśmiało podniósł głowę - Tam batalionu może być mało. Wieś jest przygotowana do obrony, lud w chatach się nie mieści, a na placu trzy stoją sztandary. Królewski, jednej z kohort szóstego legionu i insza, co żem jej nie widział nigdy. Do drzewca przyczepiona belka poprzeczna, niby reja, i z niej trzy pasy płótna spływają. Na prawym dwie krwi krople, na lewym zęby, niby paszcza psia, a w centrum gwiazda o pięciu ramionach. Pal i oba końce rei czaszkami ludzkimi ozdobiony...
-Nie znam... - pierwszy raz adiutant regimentarza Karla Adolfa nie znał jakiejś chorągwi - nie było takiej na wykazach które dostałem...
-Poślij po obersztera Reksusa - powiedział cicho regimenciarz - Niech postawi na nogi swój regiment i przyjdzie do nas. A ty - regimenciarz odwrócił się do swego zastępcy, co adiutant uznał za znak że ma wyjść i wykonać rozkaz - ty idź do prałata. Niech pośle z nimi kilku wielebnych. Co najmniej trzech. Będą potrzebować ich mocy...

   Siemko z wysiłkiem zwlekł się z siennika. Wstawał świt. Zaledwie trzy godziny temu schodził z warty, a już go budzi ta rozwrzeszczana cholera. Coś musiało się stać, przemknęło mu przez myśl. Setnik wiedział doskonale, kto dostał kwaterę w której chacie, i doskonale też wiedział że jego dziesiątka miała wartę. Musiał pojawić się wróg. Narzucił na siebie ciężką, skórzaną kurtę, przypiął karwasze z żelaznymi wzmocnieniami, przypasał miecz, i z hełmem w jednej, a kuszą w drugiej ręce poleciał na wyznaczone stanowisko. Widział, że po całej wsi biegają ludzie, kierując się na stanowiska bojowe. Pomiędzy chatami zobaczył, że na skraju pól po zachodniej stronie widać sporo ludzi. Więc faktycznie wróg przybył...

   -Spora ta wioska - Edvin, zastępca obersztera Gustava Reksusa, odsunął oko od lunety - dość zwarta. Wzdłuż głównego traktu będzie z pięćdziesiąt gospodarstw, po każdej stronie traktu. Wzdłuż tego na wschód połowa tego gdyby liczyć dystans. Ale tam są większe, bogatsze gospodarstwa, warsztaty, kaplica, spichlerz i takie tam. Trójkątny plac, około 20 na 15 metrów, na styku traktu północ-południe ze wschodnim. Faktycznie trzy sztandary, w tym ten z czaszkami.
-Ilu?
-Ciężko stwierdzić. Ludzie byli w domach, aczkolwiek są także namioty na wschód od wioski, obok zabudowań na wschodnim trakcie. Zmienili wioskę w kształcie T w trójkąt.
-Zapory?
- Od zachodniej strony wszelkie przejścia pomiędzy budynkami zamknięte są rzędami pali na kozłach. Ramiona trójkąta, tam gdzie jest obóz, zamknięte barykadą z wozów, mebli i beczek lub dwoma rzędami pali. Chyba nie starczyło materiałów na barykadę - Edvin uśmiechnął się, po czym znów spojrzał w lunetę - A, bym zapomniał, trakt też zamknięty barykadą. Jazda nie wjedzie.
-Niech dwie roty okrążą wieś i czekają na wschód od niej. Niech zajmą się ewentualnymi uciekinierami i ostrzegą o możliwym wsparciu. Pierwszy batalion niech uderza w centrum wsi. Reszta czeka.
-Gustav, chcesz zostawić dwa bataliony i pół szwadronu w obwodzie? To dwie trzecie regimentu...
-Nie w obwodzie a na drugą falę. Wykonać.

   Strych stodoły nie był za duży. Aczkolwiek zmieściło by się jeszcze kilku ludzi, a na pewno kilka kusz. Poprzednim razem, na murach Agustbergu, miał pięć, i pachołka który je naciągał. Teraz był sam z jedną kuszą. Może i miał dobry wzrok i swego rodzaju instynkt pomagający celować, ale wątłe ręce powodowały, że nawet z kozię nóżką napinanie kuszy było problematyczne. Spojrzał przez szparę między deskami. Do wioski zbliżał się mur tarcz. Wysokie na półtora metra, szerokie na blisko metr drewniane pawęże, ustawione obok siebie w ścianę szeroką na dobre 50 metrów, pewnie więcej. Czort wie kto stał za nimi. Byli ćwierć mili od wioski, zbliżali się dość powoli.
-Co tam się dzieje, smyku?
Siemko zadrżał na dźwięk tego głosu. I na widok pary lekko lśniących, krwistoczerwonych oczu, otwierających się w ciemnym kącie strychu. Bał się tych czerwonych oczu. Bał się tego bladego oblicza, białych dłoni o długich, wąskich palcach, kuszących, pełnych piersi i wąskiej talii. Jak każdy. Każdy z tu obecnych pragnął spędzić noc z Anastazją. Każdy bał się Anastazji. Każdy bał się nocy z Anastazją. I nade wszystko każdy bał się, że Vladymir dowie się o jego pragnieniu.
-No co tak zamilkłeś, odpowiedz - powiedziała, wychodząc z cienia - Przecież cię nie zjem...
Siemko momentalnie odwrócił się w kierunku szpary. Nie chciał ujrzeć zębatego uśmiechu, który chciała zapewne zaprezentować kobieta. Ściana była 350 metrów od wioski.
-Nadciągają, pani. Co najmniej pięćdziesięciu, może być i parę setek. Nie da się określić zbytnio.
-Ze też nie mogli zaczekać. Atakować o tak paskudnej porze... - sięgnęła po płaszcz z kapturem i okryła się szczelnie - I co ja mam teraz zrobić... cóż, przynajmniej Skalla, Togwir i Bjorn się pobawią. O ile Togwir wróci... - ruszyła w kierunku drabiny - Baw się dobrze, żołnierzyku - uśmiechnęła się, na szczęście nie odmykając warg - Niech Benbha, boska opiekunka, ma cię w swej pieczy. Choć pewnie nie wiesz nawet kim jest...
Wyszła
Siemka niezbyt interesowały zabobony dalekich krain. Aczkolwiek wzmianka o boskiej ochronie kazała mu uciec myślami do rodzinnego panteonu. Modlitewne rozmyślania nie trwały zbyt długo, bowiem wróg sygnalizował zbliżenie się do wioski na dwieście metrów gradem strzał. Sądząc po ilości, z co najmniej stu łuków. Aczkolwiek ani pierwsza, ani druga i trzecia salwa nie wywołała we wiosce żadnej reakcji, czy to w formie odpowiedzi, czy jęków i krzyków. Widać wszyscy obrońcy byli dostatecznie dobrze ukryci. Siemko chwycił za kuszę i zaczął ją napinać. Powoli, powoli, aczkolwiek wreszcie cięciwa trafiła na miejsce. Położył kuszę obok i wyjrzał. Sto metrów. Przesunął się do otworu strzelniczego. Wyjęcie kołka miało otworzyć w dachu otwór metr na metr. Rozchylił lekko słomę. Osiemdziesiąt metrów. Siedemdziesiąt. Sześćdziesiąt...

   Salwa bełtów zasypała formację. Ściana pawęży nie wykonała tak do końca zadania. Część bełtów utkwiła w niej, aczkolwiek kilkanaście przebiło się i wraz ze sporymi odłamkami drewna uderzyło w chroniącą się za nimi piechotę. Stojący przed Leo pawężnik zachwiał się, po czym runął do przodu, nakrywając pawęż swym ciałem. Ktoś chwycił go, ściągnął z niej, ale nim ją podniósł, sam legł  z bełtem w czaszce. Z prawej trzy osoby chwyciły pawęż poziomo i pochylone ruszyły biegiem ku zabudowaniom. Kilku innych poszło w ich ślady, jeszcze inni ruszyli zasłaniając się tarczami. Byli i tacy, co biegli bez żadnej osłony, licząc na długi czas przeładowania kusz. Leo wyskoczył zza pawęży i także ruszył, zasłaniając się niewielką tarczą. Kątem oka widział, jak z otworu w dachu jednego z budynków podnosi się postać z kuszą. Bełt śmignął obok niego, po czym wylądował w brzuchu biegnącego obok łucznika. Leo skulił się jeszcze bardziej. W chwilę później dopadł do ściany jakiegoś budynku. Rozejrzał się. Formacja podzieliła się na trzy mniejsze i stała w miejscu, schowani za nią łucznicy i starali się odpowiadać ogniem kusznikom w wiosce. Stała tam większość pawężników i koło siedemdziesięciu łuczników. Około cztery setki tłoczyły się pod ścianami zabudowań. Z sześciuset ludzi już padła dziesiąta część... Leo ścisnął mocniej miecz w ręce. Obok niego z dachu spadł kamień, ciśnięty przez jednego z obrońców, spadając na głowę jakiemuś oszczepnikowi. Leo uniósł tarczę nad głowę i ruszył ku narożnikowy budynku. Dwu i pół metrowa przerwa pomiędzy zabudowaniami zagrodzona była zaostrzonymi, drewnianymi palami, ustawionymi dwa metry od rogu. Doskakujący właśnie do nich topornik dostał strzałą od jednego z obrońców, który pojawił się w po drugiej stronie, po czym zaraz zniknął.
-Tarczownicy!!!
Hełm feldfebla robił swoje. To że Leo został awansowany kilka dni temu i nie miał pojęcia o dowodzenie dziesiątką, a co dopiero większym oddziałem nie czyniło różnicy. Zaraz przy nim stanęło kilku tarczowników, jak również dwóch oszczepników trzymających jedną z pawęży. Leo wskazał im lukę.
-Ściana z tarcz!!!
Błyskawicznie ruszyli i zasłonili wnękę.
-Naprzód!!!
Podeszli do przodu. Leo podniósł z ziemi topór poległego przed chwilą berserkera. Ściana rozstąpiła się lekko, tworząc wąską szczelinę pozwalającą spróbować zniszczyć zapory. Uniósł się, modląc by żaden z wrogich strzelców nie zdołał wycelować, i z rozmachem uderzył w poziomą belkę utrzymującą pale. Wyrwał topór, uniósł i przy akompaniamencie bełtów uderzających w tarcze uderzył po raz drugi. Wyrwał topór z belki, widzą że następne uderzenie złamie ją na pół, gdy nad głową przeleciał mu obiekt ciśnięty z góry. Wpierw pomyślał że to kamień, aczkolwiek pękająca skorupa i rozpryskujący się płyn wyprowadził go z błędu.
-Do tyłu!!!
Zrobił krok, kątem oka łapiąc lecące dwa kolejne dzbany, a także pochodnię. Zdobił kolejne dwa kroki, gdy przejście między budynkami wypełniło się ogniem. Wyskoczył, przebiegł kilkanaście kroków, rzucił się na ziemię. Jeden z żołnierzy doskoczył do niego, chcąc zdusić płomienie, ale zdał się tylko na tyle, że osłonił go od przed kolejnym bełtem. Po kilku chwilach tarzania się zdusił płonący bok. Widział, że część z jego ludzi nie miało tyle szczęścia. Jednego z wysiłkiem trzymało trzech ludzi, podczas gdy czwarty starał się zdusić płomienie na jego twarzy, inny tarzał się, chcąc zgasić tors, jeszcze inny starał się zdjąć z siebie skórznię, pod którą wlała mu się oliwa. Któryś tańczył w przesmyku, otoczony płomieniami. Próba przebicia się tą drogą nie powiodła się. Gdy zdołał powrócić pod ścianę, obok niego spadła czyjaś głowa. Po chwili obok upadło bezgłowe ciało, puszczone przez dwóch ludzi. Próba przedarcia się górą także zakończyła się niepowodzeniem.

   -Utknęli - Edvin odsunął lunetę od oka - Padła ich już pewnie setka, może nawet więcej. Z całej wsi ściągają ludzie w ten rejon. Ich tam są co najmniej trzy setki, może nawet dwa razy tyle.
-Poślij jazdę, niech poczyści dachy z kuszników. Wyślij im jako wsparcie trzy kompanie z trzeciego batalionu. Drugą połowę wraz z drugim batalionem poślij na prawo, niech uderzą wzdłuż drogi i na barykadę. Ściągnij jedną rotę jazdy zza wioski, niech ich wspierają.
-A wielebni i zakon?
-Nie widzę powodu by ich narażać. A zakon... nie, wygramy to za pomocą zwykłej armii.
W tym momencie ze wsi dobiegło przeraźliwe wycie. Potężny głos musiał być niemal ogłuszający blisko źródła.
-Dobra, poślij jednak wielebnych - twarz obersztera była biała jak papier - Trzech w centrum, pięciu po prawej. Zakonnych podziel po równo, pół tu, pół tam. Cokolwiek wydało ten dźwięk... błagajmy Wszechojca, by moc wielebnych i zakonników wystarczyła by przemóc siły wroga...

   Siemko, widząc nadciągające kolejne wrogie oddziały, ponownie sięgnął po kuszę. Zabicie dwóch napastników próbujących wedrzeć się na jego stanowisko chyba ostudziło zapał reszty. Rozejrzał się po polu bitwy. Pawężnicy zwarli swe szeregi i cofnęli się, zwiększając dystans do stu metrów. Łucznicy strzelali bez większego przycelowania, aczkolwiek ich także ciężko było trafić. Trochę na prawo od nich zbliżała się kolejna formacja, podobna do poprzedniej. Po polu zaczęła także jeździć lekka jazda, rażąc strzałami na prawo i lewo. Wychylił się, przymierzył, i nacisnął spust. Jeden z konnych zwalił się z siodła, jednakże kilku innych posłało strzały w kierunku Siemka. Żadna na szczęście nie trafiła, ale odebrało mu to chęć do wychylania się po raz kolejny. Tym bardziej, że jęki i wrzaski z innych zagród dowodziły, że miał on wyjątkowe szczęście, którego zabrakło jego towarzyszom. Po chwili przemógł się i wychylił ponownie, ale nadlatujące strzały spowodowały, że schował się zanim zdążył podnieść kuszę do ramienia. Nowy oddział był już tuż obok wioski i pluł nie tylko strzałami, ale i bełtami, skutecznie redukując opór obrońców. Siemko sięgnął po kolejny dzban. W tym zamieszaniu i harmiderze nie miał wprawdzie pojęcia co dzieje się na dole, aczkolwiek był pewien że zaraz przeciwnik po raz kolejny spróbuje przebić się przez zapory...

   Jazda pomagała, wielce pomagała. Grad kamieni i dzbanów oliwy rzedł, nadchodząca formacja była ostrzeliwywana przez o wiele mniejszą ilość kuszników. Jednak to nie jazda, a ta właśnie formacja przynosiła odmianę bitwy. Za pawężnikami kryli się nie tylko osłonięci półpancerzami zbrojni, ale także rycerze zakonu oczyszczenia, zakuci w pełne płytowe zbroje, dzierżący w dłoniach ciężkie młoty. Trzeci, ciężki batalion, a przynajmniej jego część, wsparty przez zakon. W zamieszaniu nie dało się doliczyć ilości żołnierzy czy lejtnantów, ale z pewnością były tam więcej jak dwie kompanie. Widział także charakterystyczny hełm oberlejtnanta. Dobrze, dowódca ich batalionu zniknął gdzieś na początku szturmu. Nie do przecenienia była także obecność wielebnych. Jednakże najważniejsze były piki oraz zakonne młoty, które już ruszyły do pracy. Także w ich stronę biegło dwóch zakonników wraz z kilkoma pikinierami. Pod dachem tarcz, najeżonym włóczniami godzącymi co chwila w dachowe okno, można było spróbować zrobić sobie nowe wejście, zamiast umierać w czasie prób przejścia drogami przygotowanymi przez obrońców.

   Siemko odskoczył jak poparzony, gdy ktoś z dołu pchnął w kierunku jego pozycji długą włócznią czy wręcz piką. Po chwili kolejna przebiła się tuż nad podstawą strzechy, robiąc sporą dziurę w dachu. Dwóch knechtów, którzy przybiegli z innych części wioski w połowie bitwy, błyskawicznie chwyciło za dzbany z oliwą. Siemko podpalił pochodnię od stojącej w rogu świecy, gdy z dołu dobiegł huk i seria trzasków. Po chwili kolejny. Szopa zatrzęsła się.
-Przebijają ścianę!!! Szybko, dzbany!!!
Posłuszni poleceniu, knechci wyrzucili dwa, a zaraz potem kolejna dwa dzbany, starając się przy tym trzymać maksymalnie daleko od otworu, zaraz po tym Siemko rzucił płonącą żagwią. Buchnął płomień, przez moment rozległy się krzyki... po czym wszystko zgasło. Zdumienie było tak wielkie, że cała trójka momentalnie doskoczyła do otworu. Nie minęły trzy sekundy, gdy przerażony Siemko odskakiwał od niego, a obok upadały dwa ciała-jedno z bełtem w czaszce, drugie z gardłem rozdartym ostrzem włóczni. Ten ułamek czasu starczył jednak, by ujrzał coś, co spowodowało że chciał natychmiast uciec jak najdalej. Mężczyzna w białej szacie, stojący dwadzieścia metrów od wioski wraz z dwoma chroniącymi go pawężnikami, unoszący otoczoną światłem dłoń. Mag-kapłan fałszywego boga imperium. Coś ponownie huknęło o ścianę stodoły, o wiele silniej niż poprzednio. Spanikowany Siemko rzucił się w kierunku drabiny, chwytając po drodze miecz i tarczę. Gdy dotarł na parter, kolejne uderzenie wybiło dziurę w ścianie. Uderzenie młota. ŚWIECĄCEGO młota. Przerażony Siemko odwrócił się na pięcie i pędem ruszył w kierunku centrum wioski. Ktokolwiek był po drugiej stronie, władał magiczną bronią, a osób takich nie należało lekceważyć. Kątem oka Siemko widział, że i z innych szop, stodół, chlewów i innych zabudowań stanowiących pierwszą linię obrony także uciekają obrońcy, bardzo nieliczni w porównaniu ze stanem oddziałów na początku starć. Przebiegł przez podwórko, pomiędzy dwoma chatami, i wypadł na trakt. Wrzało. Wszędzie biegali żołnierze, setnicy z dziesiętnikami wrzeszczeli na wszystkich wokoło, obrońcy starali się zamknąć szerokie przejścia pomiędzy chatami. "Za mało nas" pomyślał Siemko "Za mało by zamknąć tyle tak szerokich przejść. Za dużo nas padło, zbyt wielu wciąż tkwi na pierwszej linii bądź w chatach.".

   Leo ruszył zaraz za zakonnikami, za nim poczęli wlewać się kolejni żołnierze. Dziura w ścianie nie była zbyt wielka, aczkolwiek dało się przez nią wleźć do wnętrza stodoły. Wewnątrz nie było nikogo, ani w dużej części niczego-zdaje się, że obrońcy ewakuowali zawartość, być może wywieźli ze wsi wszystko, co dało się wywieźć. Szerokie, podwójne odrzwia były otwarte, prowadziły na podwórze, kilka-kilkanaście metrów dalej znajdowała się chata. Ruszyli naprzód, lekko w prawo, gdzie w szerokim przejściu pomiędzy dwoma sąsiadującymi chatami obrońcy starali linię, aczkolwiek wyraźnie brakowało im ludzi. Pomiędzy tarczami było sporo przerwy, tylko w centrum istniała namiastka drugiego szeregu. Zakonnicy rzucili się naprzód, za nimi podążyło kilku wojów którzy zdążyli wejść do wioski, Leo wraz z nimi. Schowany w chacie strzelec, który chciał im przeszkodzić, oberwał oszczepem ciśniętym przez jednego z biegnących.

   Stojący przed Siemkiem tarczownik zniknął, zmiażdżony ciosem młota. Świecąca broń w rękach zakutego od pięt po czubek głowę w stal rycerza zdruzgotała tarczę, głowę i tułów wojownika. Siemko pchnął w głowę, celując w wizurę, aczkolwiek rycerz odchylił głowę na bok, przez co ostrze ześlizgnęło się po krzywiźnie hełmu, po czym pchnął opuszczonym młotem niby włócznią. Bardzo krótkie pchnięcie szerokim obuchem nie powinno być wielce szkodliwe, jednak magiczna siła ciosu odrzuciła Siemka dobre pięć kroków wstecz, obalając na plecy. Starając się złapać oddech i znaleźć siłę by wstać, mógł on ocenić sytuację. Napastników było około tuzina, aczkolwiek wciąż przybywali, pojedynczo, po dwóch, przechodząc przez wyłom w pierwszej lini obrony. Było ich trzy razy mniej niż obrońców, aczkolwiek dwóch rycerzy zabijało ich jednego po drugim, wróżąc rychły upadek obrony w tym miejscu. Rozejrzał się na boki, szukając pomocy, aczkolwiek wszystko wokoło wyglądało tak samo. Mniej lub bardziej losowo zgrupowani żołnierze starali się zamknąć wyjścia z podwórzy na trakt, jednym to szło lepiej, innym gorzej. Nie było wydać nikogo, kto mógłby pomóc.
I wtedy powietrze rozdarł kobiecy wrzask.
Siemko odwrócił się, by ujrzeć biegnącą wschodnim traktem Skallę. Krzycząc nieartkulowanie, biegła, lekko pochylając się, po czym nagle ucichła i padła na czworaka, pędząc o wiele szybciej niż powinna. I wtedy zaczęła się deformować, powiększać, obrastać futrem. Gdy przeskakiwała nad Siemkiem była już w pełni bestią. Przerażony Siemko obserwował, jak wilkołak wpada pomiędzy walczących, miażdżąc pod sobą jednego z napastników. Wyższa od człowieka bestia, uzbrojona w długie na cal albo i dwa szpony w ułamku sekundy rozszarpała dwóch kolejnych napastników, po czym rzuciła się na rycerzy. Pierwszy zamierzył się na nią młotem, chcąc uderzyć od góry, ale uderzył w powietrze. Bestia stała już obok niego, wbijając pazury w jego napierśnik. Obracając się błyskawicznie rozerwała zbroję, po czym uderzyła drugą ręką w tył głowy, powalając rycerza na ziemię, jednocześnie rzucając oderwaną płytą w drugiego z przeciwników. Ten odbił pocisk trzonkiem młota po czym uderzył od boku, jednak potwór wyskoczył w górę, na tyle wysoko, że mógłby przeskoczyć człowieka. Przez chwilę Siemko mógł podziwiać wypełnioną zębami paszczę, nim zacisnęła się ona na szyi rycerza, miażdżąc stalowy podbródek, ciało i kości. Bestia zawyła, w czym zawtórował jej drugi wilkołak walczący kilka chat dalej, po czym rzuciła się za pierzchającymi napastnikami, przygważdżając do ziemi jednego z nich. Za plecami Siemka powoli skupiali się obrońcy, którzy także uciekli na wszystkie strony w chwili ataku bestii. Wszyscy z przerażeniem obserwowali potwora, który powoli wstał znad trupa i począł rozglądać się wokoło. Nie zaatakował. Widać to że wilkołaki ślepo atakują wszystko w czym płynie krew także można włożyć między bajki. Bestia odwróciła się i powoli ruszyła w ich stronę, gdy ze stodoły wyszedł kolejny przeciwnik. Kapłan. Uniósł dłoń, w której począł gromadzić się ogień, gdy jakiś czarny kształt przemknął pomiędzy obrońcami, minął Skallę i przypadł do wroga. Sekundę później ten leciał już, niby pocisk z katapulty, by rozbić się na ścianie chaty za nimi. W miejscu gdzie jeszcze niedawno stał kapłan znajdował się Vladymir, osłonięty czarnym płaszczem z kapturem. Widać wampirza siła i szybkość, w przeciwieństwie do lunarności, nie była tylko mitem.
W tym momencie rewers podniósł się z południowego-wschodu, z obozu. Po chwili pierwsi uciekinierzy przynieśli najgorszą z możliwych wieści-obrona przełamana, wróg wdziera się do obozu. Wszyscy, jak jeden mąż, rzucili się w tamtą stronę. Blisko dwieście wojów, para wilkołaków, wampir, kilku berserkerów z Bractwa Mordu. W obozie panował chaos, gdzieniegdzie biły się jeszcze niedobitki obrońców, część napastników szykowała się do natarcia w głąb wsi, inni wzięli się już za przeszukiwanie obozu. Było ich co najmniej trzy razy tyle co obrońców. Wtargnięcie nie do końca zorganizowanego oddziału obrońców tylko ten chaos pogłębił. Miażdżąca przewaga liczebna napastników nie była w stanie przeważyć siły Bractwa Mordu, to zaś widać doskonale czuło się w chaotycznej walce bez określonych szyków. W przerwach pomiędzy kolejnymi ciosami, blokami i zastawami Siemko obserwował, jak Skalla wraz z drugim z wilkołaków (Bjornem najprawdopodobniej) rozdzierają na strzępy wrogich żołnierzy. Z przerażeniem obserwował wir krwi i stali, którym stał się Vladymir, tnący mieczem z prędkością gromu. Pojawiła się także Anastazja oraz Asaret, czarodziejka z Bractwa. Pierwsza walczyła dwoma czerwonymi nożami, lub też może szpikulcami, druga miotała na prawo i lewo lodem i ziemią. Zastępy wroga topniały powoli, ale stale, zaś wampir pojawiał się wszędzie tam, gdzie wraży żołdak przewarzał nad obrońcą, starając się redukować straty do minimum.
I wtedy weszli na pole bitwy.
Pięciu kapłanów, w tym jeden z szatą wzbogaconą o czerwone obszycia. Wokoło nich kroczyło kilkunastu rycerzy, dzierżących świetliste młoty. Stanęli i unieśli ręce, a słońce, wiszące za ich plecami, poczęło lśnić niezwykle silnym blaskiem. Zaczynający się powoli łamać napastnicy rzucili się do walki z nową furią, zaś duch obrońców momentalnie podupadł. Siemko poczuł, że nogi uginają się pod nim, miecz stał się nagle o wiele cięższy. Wysilając się ponad wszystkie siły zablokował jeden i drugi wściekły, niezwykle silny atak jednego z wrogich żołnierzy, cały czas obserwując kątem oka źródło potęgi wroga. Nie tylko on je zauważył. Wszyscy członkowie Bractwa, jak jeden mąż, rzucili się w tamtym kierunku.

   Słońce poczęło świecić o wiele silniej, a w serce Loe znów wstąpiła odwaga. I nie tylko jego. Nie padła żadna komenda, nikt nic nie powiedział, tylko wszyscy jak jeden mąż ruszyli do wioski. Na podwórzach czy trakcie nie było nikogo, ale po odgłosach bitwy szybko odnaleźli jej pole, a wraz z nim źródło swej nowej mocy. W samym sercu pola bitwy, jakby nie zauważając tego co dzieje się wokoło stało pięciu kapłanów, wyciągających dłonie nad walczącymi. Wokoło nich kordon zakonnych rycerzy miażdżył każdego, kto ośmielił się zbliżyć. Dalej żołnierze imperium systematycznie wyżynali obrońców wioski, którzy nagle stracili zapał i siły. Jednakże byli tacy, na których nie podziałała święta aura, którzy z furią i zaciętością rzucili się na wielebnych. Pierwsze były dwa wilkołaki, które wcześniej przerwały ich szturm na trakcie. Wpadły między zakonników, miażdżąc dwóch z nich, po czym jeden skoczył na kapłanów. Nie doleciał daleko, strumień złotego ognia wystrzelił z ręki jednego z kapłanów, zmieniając bestię w żywą, bardzo szybko zanikającą pochodnię. Drugi z wilkołaków zawył przeszywająco, rozszarpując kolejnego z zakonników, gdy świetlisty młot innego zgruchotał mu wpierw łapę, a chwilę później także i głowę. W tym samym czasie ubrana w prosty, podróżny strój, krzycząc coś niezrozumiałego, zgromadziła z dłoniach wiązkę błyskawic, po czym wypuściła w kierunku kapłanów. Także ten atak nie zaszkodził świętym mężom. Jeden z nich, pogrążony w modlitewnej zadumie, obrócił się ku lecącemu pociskowi, wyciągając doń ręce, po czym błyskawice uderzyły w niewidzialną sferę i rozbiegły się po niej. Zaraz potem drugi kapłan wyciągnął ręce ku wiedźmie, a ta poczęła drgać i wić się, by nagle eksplodować, rozerwana bluźnierczą mocą ją wypełniającą. W tym momencie między wielebnych wpadł czarny kształt, tnąc po drodze kilku zakonników. Nim ktokolwiek zareagował, dwóch wielebnych padło, tryskając strugami posoki z podciętych tętnic, lecz w tym momencie słup światła spadł z nieba, zalewając czarną postać. Wszyscy przerwali walkę, zasłaniając oczy przed oślepiającym blaskiem. Po chwili, gdy prałat opuścił dłoń, blask ustał, a u jego stóp upadła niegdyś czarna, teraz jasnoszara opończa okrywająca nagie, dymiące kości. Ponownie wybuchła wrzawa, krzyki niewidomych, mordowanych obrońców, zgodny okrzyk bojowy całego regimentu, paniczne okrzyki nawołujące do odwrotu i ucieczki. A ponad to wzbił się wibrujący, zrozpaczony, kobiecy krzyk.

   Siemko myślał tylko o jednym. Biec. Biec jak najszybciej, jak najdalej od potwornych magów imperialnego boga. Bitwa była przegrana, wieś upadła. W tej chwili nie tylko bitwa, ale i wojna traciła jakikolwiek sens. Jak można walczyć z armią wspieraną przez magów, którzy potrafią w kilka sekund unicestwić pół Bractwa Mordu?
Za wioską było półtorej mili wolnego terenu i las. Zbawienny, gęsty las, w który nie odważą się wejść bez przygotowania. I banda konnych łuczników pomiędzy. Nie miał broni, by ich zabić, nie miał tarczy, by się zasłonić, nie miał nic. Nie był sam, ale reszta uciekającego tłumu była w takim samym opłakanym stanie. I w tym momencie z lasu wypadł olbrzymi niedźwiedź, płosząc konie i przerażając jeźdźców. Droga w las stanęła otworem.

   -Ciężko powiedzieć co tam się dzieje - Edvin starał się przebić wzrokiem przez smugi dymu unoszące się znad zabudowań na skraju wsi, aczkolwiek luneta nie do tego została stworzona - niemal nic nie widać. Aczkolwiek nie ma już sztandarów, a i zgiełk wydaje się powoli cichnąć.
-Viktoria - oberszter Gustav Reksus uśmiechnął się - ciekawe jakim kosztem. Weź szwadron ochrony sztabu i idź tam, ta wioska ma być zdatna do życia. Ile można nocować w namiotach?
-Tak jest!
-Na jutro chce mieć raport o stanie regimentu.
-Tak jest!

   Z pięćsetosobowej kohorty pozostało trzydziestu ośmiu. Z ponad setki naprędce przeszkolonych chłopów-trzynastu. Bractwo Mordu niemal przestało istnieć, z piętnastki została trójka. Jeden z berserkerów, wampirzyca Anastazja oraz Togwir, który nie zdążył wrócić na czas z łowów. Teraz kłócił się z pozostałą dwójką, próbował bronić, przypominał że miało go nie być do południa, że to nie jego wina. Siemko przez moment chciał im przerwać, powiedzieć że on i cała reszta żyją tylko dzięki temu "spóźnieniu", aczkolwiek wystarczyło jedno spojrzenie wściekłej kobiety, by zawrócił na pięcie pięć kroków przed celem i odszedł. Zdążył jeszcze usłyszeć jednak jedno jej zdanie.
-Koniec będzie gdy ja tak powiem. Zapłacą za to co zrobili. Za Vlada

   Potem mówiło się, że za masakrę dwa dni po bitwie odpowiedzialna jest jedna tylko kobieta. Miała ona jakoby wejść do wioski wraz z obozowymi ciurami i markietankami, poczekać do nocy, po czym rozpocząć rzeź. Oficjalnie mówiło się o śmierci pięciu wielebnych, prałata, osiemnastu zakonnych rycerzy i połowy setki zwykłych żołnierzy. Krążące opowieści mówiły o kroplach krwi przeszywających ciała jak bełty, sercach wyrywanych z ciał magiczną mocą, olbrzymich, giętkich ostrzach i szpikulcach z czerwonej materii i licznych ciałach osuszonych z krwi. I przede wszystkim o tym, że sprawczyni uciekła, nie dając się pojmać ni zabić. Jednakże niedoszło do innego takiego ataku na przestrzeni całej wojny.
chcesz czegoś? pisz pw, powiem ci gdzie mnie można znaleźć

Dollan

  • Moderator
  • Wiadomości: 1041
  • El Magnifico
Odp: Konkurs Na Opis Bitwy - Edycja II.
« Odpowiedź #3 dnia: Lipiec 18, 2015, 22:15:23 pm »
Bezkres oceanu od zawsze miał jedną charakterystyczną cechę - był bezkresny. Sam ten fakt, nieważne jak oczywisty z punktu widzenia przeciętnego zjadacza chleba, odkrywał często nowe, nieznane dotąd pokłady fascynacji i zaciekawienia w umysłach niektórych, postronnych obserwatorów. Zwłaszcza tych, którzy nie mieli nic innego do roboty jak tylko gapić się w morze. Z jakiegoś powodu ludzi tych nazywano wizjonerami, podczas gdy bardziej adekwatnym określeniem byłoby "nieroby". Zamiast zagonić ich do uczciwej roboty, zazwyczaj z uwagą wysłuchiwano więc ich rozwlekłych wywodów na temat nieskończonych możliwości, które oferuje bezkres oceanu. Takie stwierdzenia pozostawiają jednak niezwykle szerokie pole do interpretacji. Jedna z nich zakładała, że pod pojęciem nieskończonych możliwości kryją się nowe, dziewicze lądy z fascynującymi obiektami mogącymi służyć do badań. Inna, że niewyobrażalna nuda towarzysząca odkrywcom podczas przemierzania wzmiankowanego już bezkresu pozwoli na wymyślenie co najmniej kilkuset nowych sposobów podpierania się łokciem o burtę. Kapituła Królestwa zinterpretowała jednak to na właściwy dla siebie sposób uznając, iż z pewnością wysłana za morze ekspedycja znajdzie nieprzebrane bogactwa, które zasilą skarbiec Zakonu. I właśnie dlatego w chwili obecnej przez spokojne wody Południowego oceanu płynęły trzy okręty wojenne, flagowy "Niezłomny" oraz dwie galery pomocnicze, "Nieśmiertelny" i "Nieustraszony". Inwencja twórcza człowieka, który wymyślał te nazwy była najwidoczniej dość ograniczona.
- Heeeej, haaaaa, kolejkę nalej! Heeeej, haaaa, kielichy wznieśmy! Toooooo zrooobi doskonale morskim opowieściom! - śpiewała wesoło załoga "Niezłomnego". Spora grupa królewskich żołnierzy i marynarzy wznosiła kolejny toast, tym razem za Święty Ogień. Był to w mniemaniu załogantów równy chłop i grzech byłoby za niego nie wypić. Na szczęście na pokładzie nie było żadnych teologów gotowych wytknąć pewne luki obecne w tym przekonaniu.
W przeciwieństwie do swoich podwładnych, dowodzący tą ekspedycją dwaj członkowie Zakonu byli u kresu swej psychicznej wytrzymałości. Napięcie w ich sercach sięgało zenitu. Wiedzieli, że prędzej czy później coś się stanie. Coś, od czego zależał los ich obu. I zgodnie z oczekiwaniami, stało się.
- Wieża na E4 - mruknął pod nosem Zimak przesuwając figurę po planszy dłonią spoconą ze zdenerwowania. - Szach.
- Piekło i szatani... - prychnął Elero, po czym podrapał się po czole. Uważnie przeanalizował sytuację na szachownicy. Stwierdzić, że elf był w ciężkiej sytuacji to jak powiedzieć, że Orkowie nie pachną zbyt ładnie - niby się zgadza, ale całej prawdy nie oddaje. Co nie znaczyło, że miał zamiar dać po sobie to poznać. Zamiast tego pogładził swój podbródek, co było typowym zabiegiem sugerującym, że za chwilę nastąpi jakiś błyskotliwy manewr taktyczy. Trzeba robić dobrą minę do złej gry.
- ZIEEEEEEEEEMIA NA HORYZOOOOOOOONCIEEEE! - ryknął niespodziewanie marynarz z bocianiego gniazda. Z wrażenia obaj zakonnicy aż podskoczyli, a zgodnie z efektem domina zderzenie ich kolan ze stolikiem poskutkowało zrzuceniem szachów z tegoż stolika. Obaj przez chwilę patrzyli się na rozrzucone po mostku figury.
- Wygrałem - rzucił w końcu krótko Zimak, po czym wstał i ruszył w kierunku dziobu okrętu.
- Co? O nie, nie, nie. Byłem raptem kilka sekund od wygrania tej partii i dobrze o tym wiesz - odparł Elero, zrywając się z siedzenia i ruszając za swoim dowódcą.
- Nie musisz się tłumaczyć. I tak rozgromienie Ciebie zajęło mi kilka ruchów więcej niż przypuszczałem - Mistrz Miecza zignorował kolejne sprzeciwy ze strony swojego Pierwszego Oficera i wyciągnął z torby przytwierdzonej do pasa lunetę, by spojrzeć na ten nowy Ląd, który miał rzekomo znosić złote jajka. Po krótkiej obserwacji doszedł do wniosku, że to niekoniecznie kontynent, a raczej kilka wysp. Ale w końcu nikt nie powiedział, że Nieprzebrane Góry Złota są zarezerwowane dla wielkich lądów.
- Widzisz tam coś? - spytał po chwili Obywatel, mrużąc jednocześnie oczy by samemu dostrzec choć zarys potężnej świątyni, w której miałyby góry złota się znajdować. W końcu, każdy wie, że na dziewiczym lądzie zawsze jest piramidopodobna świątynia z mnóstwem pułapek i mnóstwem skarbów. Tajemnicą pozostawało, jak na nietkniętej ludzką stopą wyspie powstawały te świątynie. Elero podejrzewał, że są one po prostu elementem lokalnej flory i wyrastają podobnie jak drzewa czy krzaki.
- Nie. Trzeba będzie zejść na ląd. Daj sygnał pozostałym okrętom - polecił Zimak.
Elf posłusznie chwycił leżące obok dwie chorągiewki, po czym wrócił na mostek i stamtąd wykonał skomplikowaną serię gestów, które najwyraźniej służyły za rozkazy dla reszty statków wchodzących w skład flotylli. Dowódcy poszczególnych jednostek następnie wykrzyczeli polecenia swoim załogom, a te rzuciły się do pracy. Grupa okrętów ruszyła w kierunku wysp.

Zimak, dowódca całej ekspedycji, wziął głęboki wdech po czym dumnie wypiął pierś i spojrzał jeszcze raz na dopiero co odkryte przez siebie wyspy. Oczami wyobraźni już widział, jak jego wrogowie w Stolicy kipią ze złości na wieść o jego sukcesie, a najpiękniejsze damy Królestwa drżą z żądzy na jego widok. Bezmiar oceanu wyjątkowo był użyteczny - patrzenie na niego nie zaprzątało umysłu Mistrza Miecza mało istotny bzdurami, jak na przykład tą grupą okrętów w fioletowymi chorągwiami, które płynęły również w kierunku wysp. Taaak - pomyślał wojownik - Można się zrelaksować i odpr... Fioletowe chorągwie?
- Mój Panie! - jeden z żołnierzy podbiegł do zakonnika i wręczył mu lunetę - Proszę spojrzeć. To chyba flota wojenna Podziemia.
Zimak zgodnie z sugestią przyjrzał się wrogim okrętom i odkrył, że na pokładach trzech nieprzyjacielskich jednostek panowało wielkie poruszenie. Podziemniacy również dostrzegli statki Królestwa i właśnie skręcali by wypłynąć im naprzeciw.
- Te psie syny chcą nam odebrać nasze zamorskie kolonie! Do broni, bracia!
Załogi wszystkich trzech okrętów zaczęły gorączkowo przygotowywać się do starcia z flotą wroga. Z ładowni wyciągnięto łuki i kusze, a zamontowana na pokładzie "Niezłomnego" katapulta została zwrócona w stronę okrętów Podziemia. Pozostałe okręty posiadały jedynie balisty, jednak i te były użyteczne w starciach morskich. Chociaż żołnierze Królestwa wykorzystywali je już od dłuższego czasu tylko do polowań na Utopce.
- Masz jakiś plan? - spytał Elero, czekając już na dogodnej pozycji strzeleckiej ze swoim łukiem.
- Podpłynąć i stłuc ich na kwaśne jabłko - odparł Zimak.
- Zaiste, geniusz tkwi w prostocie. - Obywatel zamyślił się przez chwilę - Ehh, po co my tu w ogóle przypłynęliśmy...
- To chyba jasne. Zgodnie z duchem patriotycznej powinności i głosem łaknącego przygód serca odkrywamy nowe ziemie by przynieść chwałę naszemu narodowi i korzyści majątkowe naszemu Zakonowi. - odrzekł Zimak - Za takie coś trafia się po wieki do panteonu bohaterów.
- No tak, ale teraz mamy na karku flotę Podziemia. Oni przypłynęli tu po to samo.
- Nie. Oni tu przypłynęli, ponieważ są bezwzględnymi oportunistami bez czci i wiary, gotowymi ukraść wszystko co nie jest przybite do ściany.
- Coś w tym jest. Podziemie jest pełne takich szemranych typów.
- Więc widzisz, drogi przyjacielu, już teraz jesteśmy zwycięzcami w wymiarze moralnym. Za kilka chwil będziemy zwycięzcami też w każdym innym aspekcie. - Zimak jeszcze raz spojrzał przez lunetę, by ocenić z jaką prędkością zbliżają się okręty wroga. - Ładować katapultę!

Kilka następnych minut spędzonych zostało we względnej ciszy, przerywanej tylko stęknięciami naprężonych ramion balist i desek pokładu. W końcu, gdy flagowy okręt wroga znalazł się w zasięgu, Mistrz Miecza dał swoim ludziom sygnał i kamienny pocisk poszybował w kierunku nieprzyjacielskiej jednostki.
- Reszta, czekać! - nakazał wojownik. Dopiero po tym jak wystrzelony z katapulty kamień z pluskiem trafił do wody tuż obok burty jednego ze statków wroga, nadszedł czas na pełnowymiarowy ostrzał - OGNIAAAA!
Chmara strzał i bełtów poleciała w stronę wrogich jednostek, niemal równocześnie z salwą wypuszczoną przez żołnierzy Podziemia. Wiele z pocisków chybiło celu, wbijając się w deski lub kończąc w morzu, mimo to Zimak dostrzegł co najmniej kilkunastu trafionych wrogów. Niestety, podobne straty poniosła jego własna załoga. Jedno ciało sturlało się ze schodów prowadzących na mostek, zakrwawiając obficie każdy ze stopniów, inne leżało oparte o maszt z kilkoma bełtami wbitymi w ciało, jeszcze inne z pluskiem runęło do wody po tym jak siła uderzenia strzały wypchnęła żołnierza za burtę. Oglądający to wszystko Elero wpadł w szał - wychylił się zza osłony i błyskawicznie oddał trzy celne strzały, likwidując dwóch łuczników i oficera kierującego ogniem swojego oddziału.
- Na pohybel sukinsynom! - wrzasnął elf, chwytając się jednej ze zwisających obok lin, po czym wskoczył na burtę i odepchnął się od niej, przeskakując na okręt flagowy wroga.
- Elero! - krzyknął tylko za nim Zimak, jednak było już za późno. Obywatel z impetem kopnął jednego ze strzelców wroga, a następnie po wylądowaniu na nieprzyjacielskim pokładzie wyciągnął swoje miecze i rzucił się na pozostałych łuczników. Oczywiście, ten akt bezmózgiego heroizmu pociągnął za nim kilkunastu żołnierzy, którzy również przedostali się na okręt wroga i podjęli próbę przejęcia go.

Sam Zimak wychylił się zza swojej osłony, by ocenić całą sytuację. Spora część jego załogi była martwa albo właśnie dokonywała abordażu. Kilku innych zarzuciło na okręt wroga kotwiczki z linami i zaczęło przyciągać "Niezłomnego" bliżej, by oba statki zrównały się burtami. Znajdujący się po lewej stronie "Nieustraszony" z kolei sam zmagał się z abordażem wroga, zaś załoga "Nieśmiertelnego" wciąż prowadziła wymianę ognia z okrętem wroga. Mistrz Miecza zauważył, że ponoszą przy tym spore straty, jednak w tym samym momencie, w którym ta myśl przemknęła mu przez głowę, usłyszał trzask pękającego drewna i zauważył, jak pocisk wystrzelony z balisty zamontowanej na pokładzie "Nieśmiertelnego" zniszczył maszt statku, z którym walczył. Waląca się bela wywołała popłoch w szeregach żołnierzy Podziemia, kilku z nich wyskoczyło zza swoich osłon obawiając się zmiażdżenia, przez co wystawili się na ogień Królewiczy.
- Aaaargh! - ryknął nagle ktoś na okręcie flagowym Podziemia. Elero zdążył się odwrócić na czas by zobaczyć, jak jeden z jego towarzyszy zostaje dosłownie przecięty na pół w pasie. Xero, Pan Smoków Podziemia, ruszył do kontrataku na czele swych ludzi. - Wyrżnąć ich! Niech utopią się w swojej własnej krwi!
Na widok potężnego wampira, w dodatku nieźle wkurzonego, uderzenie żołnierzy królewskich straciło impet. Można wręcz rzec, że został on przekierowany do bardziej adekwatnego do zaistniałej sytuacji manewru, czyli panicznej ucieczki na swój statek.
- Cofnąć się, do kurwy nędzy! Zabraniam wam ginąć jak idioci! - krzyknął Zimak, by jeszcze bardziej zmotywować swoich ludzi do ucieczki przez potężnym przeciwnikiem. Ostatni na pokład "Niezłomnego" wrócił Elero, posyłając jeszcze kilka pożegnalnych strzał w kierunku wrogiej załogi. - Co to miało być?! Kto ci pozwolił się tam ładować?!
- Daj spokój, nie wyszło tak źle. - elf wyciągnął sztylet i przeciął nim najbliższą mu linę łączącą oba statki tak, by dać innym do zrozumienia, że najwyższy czas wrócić na z góry upatrzoną pozycję. Oba okręty odsunęły się od siebie, a sternicy próbowali desperacko ustawić się w dogodnej pozycji do ostrzału lub staranowania przeciwnika.
W ferworze walki nikt nie zwrócił uwagi na małego nietoperza, który przefrunął na pokład "Nieustraszonego", po czym spontanicznie zamienił się w Pana Smoków i kilkoma cięciami swego miecza wyeliminował resztki broniącej się załogi tego okrętu. Żołnierze Podziemia dokonujący tam abordażu wznieśli okrzyk radości, jednak surowe spojrzenie ich dowódcy szybko dało im do zrozumienia, że jeszcze nie czas na świętowanie. Posłusznie ruszyli na swój okręt, by kontynuować walkę.

Zimak rzucił okiem na "Nieśmiertelnego". Najwyraźniej w tak zwanym międzyczasie zdołał mocno wykrwawić oddział broniący trzeciego ze statków Podziemia w wymianie ognia, i teraz przy pomocy wioseł był rozpędzany do prędkości niezbędnej do staranowania osłabionej jednostki. Gruchnął taran, zasyczały pękane deski i oto jeden z okrętów wroga zarobił potężną dziurę w kadłubie, która stała się powodem jego dość szybkiego znikania pod powierzchnią wody.
- Ładuj katapultę! - rozkazał Mistrz Miecza, dłonią wskazując w kierunku flagowej galery wroga. Pocisk załadowano i już po chwili z wrogiego masztu zostały jeno drzazgi. Byłby to niechybnie powód do radości gdyby nie fakt, iż ponownie pojawił się nietoperz i tym razem kilka machnięć ostrza rozwiązało sprawę żołnierzy obsługujących katapultę. - Niech to szlag! Za mną, Elero!
Obaj Królewicze ruszyli w kierunku Xera, mając nadzieję że wspólnymi siłami zdołają zrównoważyć jego niezwykłe zdolności. Pierwszy do ataku rzucił się elf, wyprowadzając kilka błyskawicznych ciosów swoimi krótkimi mieczami. Raz z lewa, raz z prawa, zaprawdę zdawał się być artystą pogrążonym w tańcu śmierci. Niestety, wampir był lepszym tancerzem i nie dość, że bez trudu wszystkie ataki sparował, to jeszcze sam wyprowadził potężny cios rękojeścią, który odrzucił Obywatela na kilka kroków w tył. Niemal natychmiast zamachnął się na niego Zimak, potężnym ciosem z półobrotu mając nadzieję na wytrącenie oponenta z równowagi. Ten, zaparłszy się nogą o barierkę, przyjął cios na swoje ostrze i przez chwilę obaj mocowali się, patrząc sobie prosto w oczy.
- Wy, Królewicze, robicie się coraz zuchwalsi. Naprawdę sądziliście, że możecie bezkarnie nas śledzić? I kraść nasze etniczne skarby?! - syknął Xero.
- Zająłem te zamorskie kolonie w imieniu Kapituły Królestwa! Jesteście teraz na naszych wodach terytorialnych, więc mam nadzieję że jesteś z siebie dumny, bo przez swoją arogancję rozpętałeś wojnę - odparł Zimak.
- I dobrze, wasze żałosne państewko i tak już dawno powinno było poznać swoje miejsce w szeregu. - Pan Smoków z impetem odpechnął swojego adwersarza i ciął kilka razy powietrze, zmuszając Mistrza Miecza do odwrotu.
Gdyby ktoś w tamtej chwili uważnie przyjrzał się sytuacji dookoła dwóch walczących wojów to spostrzegłby, że "Nieśmiertelny" właśnie prowadził wymianę ognia z okrętem flagowym Podziemia. Szło mu nawet całkiem nieźle, biorąc pod uwagę, iż spora część załogi Podziemia została wybita podczas abordażu ze strony "Niezłomnego". Kapitan okrętu Królestwa nie zwrócił jednak uwagi, że druga z galer wroga zaczęła go okrążać, mając nadzieję na uderzenie od drugiej strony. Tymczasem niedobitki załogi "Niezłomnego" wytrwale ostrzeliwały oba okręty wroga, mając nadzieję na zmuszenie ich do odwrotu.

Tymczasem Zimak i Xero wciąż mierzyli się w pojedynku. Zaprawdę, zdało się że to dwa działa podwójnie ostrym ładunkiem nabite, i żaden z nich nie zamierzał ustępować ani na krok. Kolejne serie ciosów, uderzenia i kontry pokazywały jednak rosnącą przewagę Pana Smoków. Mistrz Miecza, mimo całego swego wysiłku, nie dorównywał kunsztem wojennym swemu przeciwnikowi. Raz nieomal zostałby cięty przez wampira, jednak uratowała go kolejna desperacka interwencja Elera, który rzucił się z wrzaskiem na Xera. Szybko jednak został potraktowany uderzeniem łokcia w twarz i ogłuszony praśnięciem rękojeścią w brzuch. Dał tym jednak chwilę czasu na odsapnięcie swojemu bratu-zakonnikowi. Zimak mimo to wiedział, że nie zdoła już długo odpierać ataków przeciwnika.

I wtedy właśnie ocean wybuchł.

A przynajmniej takie można było odnieść wrażenie. Zwłaszcza biorąc pod uwagę, że dwa walczące ze sobą okręty Królestwa i Podziemia rozpłynęły się w niemal mgnieniu oka w potężnej chmurze ognia. Fala uderzeniowa wstrząsnęła oboma okrętami flagowymi, które cudem uniknęły zniszczenia, i zafundowała wszystkim będącym na ich pokładach bliskie spotkanie trzeciego stopnia z deskami.
- Cóż to ma być, na Otchłań?! - ryknął Xero.
- Niech to demon... - wymamrotał pod nosem Zimak, oglądając niezbyt liczne pozostałości po "Nieśmiertelnym". Najwyraźniej przedwcześnie został obdarzony tym imieniem.
Tymczasem spory kawałek dalej, na pokładzie potężnego okrętu wojennego "Darius Reiven" wybuchła euforia. Wśród powszechnie tam panującej barwy niebieskiej, czy to na mundurach czy chorągwiach, wyróżniał się jegomość o skórze bladej jak księżyc, uważnie przyglądający się przez lunetę zamieszaniu we flocie Podziemia i Królestwa. A raczej w jej nędznych pozostałościach. Stojący obok niego słusznych gabarytów wojownik dzierżył w dłoniach coś na kształt wielkiej rury, z której wydobywały się kłęby dymu i paskudny zapach siarki. Obaj byli pod dużym wrażeniem.
- No proszę, staruszek w końcu zmajstrował coś naprawdę przyjemnego w użytku - rzekł Damian, odkładając delikatnie rurę na bok.
- I zarazem coś, co nie wybucha przy pierwszej próbie odpalenia, jak to mają w zwyczaju jego wynalazki - dodał Dassanar, składając lunetę. - Fajna sprawa, te morskie ekspedycje.
- Myślisz, że domyślają się co ich trafiło? - zapytał Fechtmistrz.
- Raczej nie, i niech tak zostanie. Może dojdą do wniosku, że to bogowie ich pokarali, albo coś. - odparł Szampierz - Powinniśmy się stąd zmywać. Jeśli te patałachy z Królestwa pierwsze wrócą do portu to mogą zacząć coś podejrzewać, gdy będziemy przepływali do Klasztoru przez ich ziemie.
- Może grzmotnijmy im jeszcze raz? – zaproponował Damian, uśmiechając się złowieszczo.
- Nie kuś losu, mój drogi – ostudził jego zapał Dassanar – To, że ta… rura, nie wybuchła za pierwszym razem nie znaczy, że powinniśmy sprawdzać, czy wybuchnie za drugim.
- A jeśli jednak popłyną po te skarby? To uparte bydlaki - zauważył Fechtmistrz.
- Wątpię, są zbyt wycieńczeni.
- No to może my powinniśmy jednak tam popłynąć? Mieliby niespodziankę jakby kolejny raz się tu pofatygowali i zastali figę z makiem.
- Nie trzeba. Status Quo w pełni zadowala szefostwo, więc tak czy inaczej wyszliśmy na swoje - Egzekutor szybkim krokiem wmaszerował na mostek dowodzenia, po czym zwrócił się do mężczyzny za sterem - Komandorze, ster lewo na burt. Wracamy do domu.
- Tajes, Wasza Łaskawość - odparł Komandor, po czym jednostka powoli zaczęła zawracać w kierunku kontynentu.

W tym samym czasie ocalali Podziemniacy i Królewicze wrócili na swoje jedyne pozostałe okręty i z bezpiecznej odległości zaczęli debatować o tym, co należy z obecnym fantem zrobić.
- Prawda jest taka, że obaj ponieśliśmy zbyt duże straty, żeby teraz zajmować się tymi przeklętymi wyspami. - zauważył Zimak. - Proponuję, żebyśmy wyjątkowo tym razem dali sobie spokój i wrócili do domów. Rozwiążemy ten spór kiedy indziej.
- Mhm - odparł Xero, z trudem hamujący swoją wściekłość. Cała ta sytuacja była wybitnie niekomfortowana, zwłaszcza z punktu widzenia nieprzyzwyczajonego do nagłych i niewyjaśnionych porażek wysoko postawionego wampira  - I co niby mamy powiedzieć Kapitułom, jak wrócimy? "Wybaczcie nam, lecz dostaliśmy łomot od jakiejś kuli ognia z nieba i z podkulonym ogonem uciekliśmy do domu"? Nie wiem, jak u was, ale u nas za coś takiego żywcem obdzierają ze skóry.
- Nie marudź, nikt wam nic nie zrobi. Opowiemy o bohaterskiej, sportowej rywalizacji dwóch potężnych flotylli, która zakończyła się taktycznym odwrotem.
- No i możecie wspomnieć, że ponieśliśmy większe straty niż wy. My powiemy, że wy ponieśliście większe i każdy będzie zadowolony - dodał Elero, wciąż trzymając przy swoim nosie chusteczkę, starając się zatamować krwawienie, przez co jego głos był odrobinę stłumiony.
- Hmmm... - mruknął Pan Smoków. Nie podobało mu się takie rozwiązanie, najchętniej wyrżnąłby wrogów do nogi, ale nie był głupi. Wiedział, że jeśli straci kolejnych ludzi to nawet nie zdoła dotargać swojej łajby do portu. - Niechaj będzie. Te głupie wyspy i tak pewnie nie są warte zachodu. Zwłaszcza, że nasze Kapituły nic jeszcze o nich nie wiedzą.
- Taa... - wymamrotał pod nosem Zimak. Przez chwilę obaj z Xerem patrzyli sobie prosto w oczy, aż w końcu niemal jednocześnie krzyknęli "Do wioseł!" i popędzili by sami również wiosłować.
Oba okręty, wtedy już w wyjątkowo marnym stanie, powoli skręciły w stronę swoich portów i z pełną prędkością ruszyły przed siebie. Obaj dowódcy wiedzieli bowiem, że nie jest najistotniejsze kto pierwszy postawi stopę na dziewiczym lądzie. Dużo istotniejsze jest, kto pierwszy dostarczy tą stopę do domu. Jeśli ta stopa będzie wciąż przytwierdzona do reszty ciała, będzie to dodatkowa premia.
« Ostatnia zmiana: Lipiec 18, 2015, 22:16:58 pm wysłana przez Dollan »

Cassimir

  • Wiadomości: 53
  • klikajcie moje nagie fotki
Odp: Konkurs Na Opis Bitwy - Edycja II.
« Odpowiedź #4 dnia: Lipiec 19, 2015, 13:30:52 pm »
Wstęp

Niniejszy opis przeszłych wydarzeń powstał w hołdzie tym, którzy własną piersią i krwi nie szczędząc, pierwsi zagrodzili sługom Beliara drogę w głąb Królestwa Innosa 98 roku naszej ery. Jako uczestnik bitwy granicznej, która rozegrała się na przedpolach miasta Clameur w księstwie Arianis, czuję się w obowiązku odtworzyć na tych kartach jej przebieg tak, jak zachował się on w mojej pamięci. Domagają się tego nawiedzające mnie co noc niezapomniane twarze moich towarzyszy broni, którzy dzielnie spełnili swój obowiązek, walcząc i oddając swe życie w obronie ojczyzny i Zakonu Ognia, a których czyny nie doczekały się dotąd należytego upamiętnienia. Jeśli nie wszystkich wymienię, jeśli nie wszystko zapamiętałem – niech mi to zostanie wybaczone.
Cassimir z Gildoru

Przed bitwą
Wieść o wybuchu wojny zastała mnie w drodze z miasta Daros, na północy Gildoru, do mojej siedziby w Dalmorze. Nie znałem wtedy jeszcze dokładnego kierunku ataku wroga, ale wiadomym było dla mnie, że nie spocznie on na próbach forsowania naszych twierdz granicznych, które znakomicie strzegą północnych rubieży naszej ojczyzny, ale poprzez ruiny Salvetarionu poprowadzi on zagon w głąb Królestwa Innosa, aby owe fortece odciąć od aprowizacji oraz dróg spodziewanej odsieczy. Toteż jasnym było dla mnie, że nie mogę poprzestać jedynie na wsparciu załogi Bastionu Poległych, którego zaopatrzeniem zajmowałem się na mocy rozkazu samego Wielkiego Mistrza, ale muszę pośpieszyć na wschód ku księstwu Arianis, gdzie wedle wszelkich moich domysłów paść musiał jeden z ciosów przeciwnika. Dlatego niezwłocznie wyprawiłem licznych posłańców z jasnymi rozkazami: siły Dalmoru wraz z braćmi zakonnymi pośpieszyć miały do Bastionu Poległych, aby wesprzeć jego dzielną załogę, garnizon Daros otrzymał misję strzeżenia granic Gildoru oraz wzmocnienia mnie czterema chorągwiami lekkiej jazdy, a Arcymag Delaware z Arianis oraz generał Sernor z Kanevar zostali przeze mnie powiadomieni o moim zamiarze zabezpieczenia północnej przeprawy na rzece Gunmar. Tam bowiem spodziewałem się napotkać straż przednią nieprzyjaciela, która ogniem i mieczem siać miała panikę i zamęt na naszych tyłach.
W tym miejscu pragnę dokładniej opowiedzieć o przesłankach kierujących mną przy podejmowaniu takich a nie innych decyzji w momencie wybuchu wojny.
Zawsze byłem przekonany o tym, że udana inwazja wojsk Beliara na Królestwo graniczy z niemożliwością, zresztą podobnie jak nasz ewentualny atak na Podziemie. Wynika to z wielu uwarunkowań geograficznych i strategicznych. Nasza granica z krajem Pana Ciemności jest bardzo krótka, w dodatku świetnie zabezpieczona obronnymi fortami, które nieprzyjaciel musi długo oblegać, dając nam stosunkowo dużo czasu na przygotowanie odsieczy, która musiałaby związać go w pozbawiającym inicjatywy boju. Z drugiej zaś strony, południowe rubieże Podziemia to ogromne, pustynne pustkowia, których przekroczenie mogłoby kompletnie wyczerpać armię królewską jeszcze przed pierwszą bitwą. Dlatego też spodziewałem się po nieprzyjacielu złamania umowy o niewprowadzaniu wojsk do Salvetarionu i próby oskrzydlenia naszych linii obronnych od wschodu. Miałoby to na celu zasianie zamętu w głębi Królestwa i opóźnienie wsparcia dla twierdz granicznych już na starcie konfliktu, nie wspominając o plądrowaniu wiosek, mordach, braniu w niewolę bezbronnych wieśniaków oraz innych okropnościach. Z kolei takie działanie wymusza zastosowanie niezwykle szybkich i mobilnych formacji, jak znani na całym kontynencie hakasze, przy ewentualnym wsparciu orkowym w dalszej fazie wojny. Na wieść o inwazji postanowiłem więc niezwłocznie udać się na wschód, aby zapobiec rozsypaniu się tych band łupieżczych po całym regionie, rozbijając je zawczasu.
A zatem niezwłocznie skierowaliśmy się na wschód. Miałem wówczas przy sobie jedynie moją przyboczną chorągiew, wszystkiego stu osiemdziesięciu trzech zbrojnych. Byli to ludzie w żołnierskim rzemiośle doświadczeni i przysposobieni do forsownych marszów, toteż już następnego dnia minęliśmy Clameur, leżące w centralnej części księstwa Arianis. Tam dowiedzieliśmy się od napotkanych podróżnych, że hakasze z Podziemia już przekroczyli Gunmar i sieją spustoszenie w wioskach po tej stronie rzeki. Ziściły się zatem wszelkie me obawy.
Od mostu na Gunmarze dzieliły nas wówczas ledwie cztery mile, dlatego jasnym się stało, że pomimo trudów i znoju stawić musimy czoła nieprzyjacielowi. Napływający członkowie zbierającego się dopiero pospolitego ruszenia doradzali nam, abyśmy chroniąc się z nimi za murami Clameur doczekali posiłków z Kanevar i Arianis. Odrzekłem im jednak, że ja i moi ludzie nie po to broń nosimy u boku, aby szukać schronienia, kiedy wróg pustoszy nasze ziemie.
Po krótkim postoju, potrzebnym do ostatecznej preparacji do bitwy, skierowaliśmy się na północ, gdzie według relacji uprzednio wysłanych zwiadowców, spodziewaliśmy się zagrodzić drogę lekkiej jeździe sług Beliara.

Bitwa
Biorąc pod uwagę metody walki stosowane przez hakaszy, postanowiłem podzielić moją chorągiew na dwie części: przodem ruszyłem osobiście, prowadząc czterdziestoosobowy oddział ciężkiej jazdy, złożony głównie z gildorskiego rycerstwa, za którym w odległości jednego strzału z łuku podążała niemal trzykrotnie liczniejsza kompania mojej lekkiej kawalerii, której skład stanowili zaciągnięci przeze mnie najemnicy, jakich przez lata starannie dobierałem. Dowodzona przeze mnie straż przednia została ustawiona w klin, na którego czele podążałem ja, z kolei lekka jazda uformowała dwie, jadące równolegle, czwórkowe kolumny. Nieprzyjaciel, w sile kilkuset jeźdźców, najwyraźniej wiedział już o naszej obecności, bo ujrzeliśmy go w gotowości bojowej o jedną wiorstę od nas. Poczęliśmy więc powoli przechodzić z kłusu w galop, tratując dzielącą nas trawiastą równinę. Hakasze zastosowali tradycyjną dla siebie taktykę: uderzyli naprzód z wielką furią, obsypując nas gradem strzał, lecz po krótkim boju spotkaniowym z naszą awangardą, której sprostać w bezpośredniej walce nie byli w stanie, rozpoczęli pozorowany odwrót, mający na celu zwabienie nas w pułapkę, z czego doskonale zdawaliśmy sobie sprawę. Dmąc ze wszystek sił w róg, dałem znak moim tyłom, że nadszedł czas aby obie kolumny nas prześcignęły, rozwijając się w ławę, rozdzielając się i szerokim łukiem zajmując miejsca na naszych flankach. Miało to na celu nie tylko osłonienie naszego ciężkiego klina, ale także spędzenie do środka rozjeżdżających się na boki, uchodzących hakaszy. Taki rozwój wypadków zdecydowanie zaskoczył ukrytego w pobliskim lesie nieprzyjaciela, bowiem jego nieoczekiwany atak z lewej flanki, który w zamiarze miał być dla nas zabójczy, rozbił się o nasze prawe skrzydło, co skłoniło go do panicznego odwrotu ku mostowi na Gunmarze. Tam z kolei, liczna masa wrogiej kawalerii poczęła tłoczyć się na brzegu. Nasze uderzenie zdruzgotało tych, którzy nie zdążyli się przeprawić na czas. Widząc jednak, że znajdująca się po drugiej stronie rzeki część wrogich jeźdźców uszykowała się należycie i poczęła nas ostrzeliwać z łuków (nie bacząc, że i swoich tym sposobem rażą), a moi ludzie są już wyczerpani zarówno bojem, jak i forsownym marszem zeszłej nocy, wydałem rozkaz, aby wycofać się o ćwierć mili. Miało to na celu kilka rzeczy: oddalenie się od wroga na tyle, by jego strzały nie mogły nas dosięgnąć oraz pozostanie w takiej od niego odległości, by każda jego próba ponownego przekroczenia rzeki napotkała naszą błyskawiczną szarżę.
Głównym jednak celem postoju był odpoczynek dla wyczerpanych żołnierzy oraz oczekiwanie na posiłki, bez których nie byliśmy w stanie zadać przeciwnikowi decydującego ciosu. Bez wątpienia jednak, pierwsza faza bitwy zakończyła się pełnym sukcesem, bowiem udało się nam przepędzić przeciwnika na drugą stronę Gunmaru, gdzie zamknięty w widłach rzek mógł działać już tylko reaktywnie, tracąc pierwotną inicjatywę.
Nasza błyskotliwa i odważna szarża, w czasie której kilkakrotnie byłem przekonany, że oto i sam przypłacę ją życiem, kosztowała nas szesnastu poległych i dwadzieścia trzy zabite strzałami konie. Nie umiem dokładnie oszacować, jakie straty zadaliśmy przeciwnikowi, jednak były one na pewno wyższe od naszych, lecz nie było to tak istotne, jak osiągnięcie przez nas wspomnianego wyżej celu taktycznego.
Do wieczora aktywność obydwu stron ograniczyła się jedynie do toczonych ze zmiennym szczęściem harców, w których hakasze bardzo się lubują sprawdzać. Okoły godziny przed zachodem słońca pojawił się generał Sernor z Kanevar, prowadzący swój potężny, pół-tysięczny oddział zbrojnych, w dużej mierze złożony z kanewarskiego rycerstwa, w tym braci zakonnych i paladynów. Stało się wtedy jasne, że klęska na pewno nam już nie zagraża, bardziej za to poczęliśmy się obawiać, że na widok tak silnego wojska wróg po prostu ucieknie do Salvetarionu. Arcymag Delaware z Arianis, mimo że nie jest wojskowym, okazał tym czasem dużo więcej sprytu i znajomości sztuki wojennej, niż ktokolwiek byłby przypuszczał. Powiadomiony wcześniej o moim zamiarze obsadzenia przeprawy na Gunmarze i poproszony o wsparcie, nie przekroczył Gunmaru na południe od Warowni Chmur, jak wszyscy przypuszczali, że uczyni, jeno skierował się na północ i wkroczył do Salvetarionu, jak z podziemi wyrastając o zmroku za plecami wroga. Siły nasze, słysząc odgłosy bitwy po przeciwnej stronie rzeki same szykować do boju się poczęły. Generał Sernor rzekł mi, że moja chorągiew za dnia wspaniale się spisała, dlatego czas teraz nastał, aby to jego ciężka, rycerska konnica na własne barki wzięła ciężar wybicia przeciwników.
Istotnie, kolumna rycerstwa kanewarskiego przetoczyła się przez most, druzgocząc próbujące ją powstrzymać oddziały lekkiej kawalerii Beliara, która w takim boju nie miała najmniejszych szans z ciężkimi, zakutymi w stal jeźdźcami Innosa.
Bitwa zdawała zakończyć się naszym definitywnym zwycięstwem, w czym największa zasługa Arcymaga Delaware i jego przytomnego działania. To dzięki niemu tak nieliczni hakasze zdołali ujść z życiem, nie wspominając o tym, ile istnień ludzkich udało nam się ocalić, już na samym progu witając żelazną pięścią wrogi zagon. Stała się jednak rzecz niespodziewana: trakcie pościgu za uchodzącym wrogiem, doszły do naszych uszu dźwięki trąb orkowych, co było jasnym sygnałem, że to nie koniec krwawego boju, a dopiero wkracza on w swoją decydującą fazę.
Sernor zarządził zaprzestanie pościgu i wycofanie się do improwizowanego obozu, aby tam noc przeczekać i rankiem dnia następnego wydać bitwę siłom orkowym. Część braci zakonnych nalegała, byśmy wycofali się na wschodni brzeg Gunmaru, albo schronili się w Warowni Chmur, jednak Sernor wolał pozostać w widłach rzek, zabezpieczając w ten sposób obydwa mosty.
Noc była bardzo niespokojna, jako że orkowie, zatrzymując się o jakąś wiorstę od nas, zgodnie ze swym zwyczajem, długo i głośno walili w swe wojenne bębny i dmąc w trąby próbowali obniżyć wolę walki u naszych ludzi. Trudno było, w tę ciemną i deszczową noc, oszacować ich ilość, zwłaszcza, że do ich metod prowadzenia wojny psychologicznej dochodzi rozpalanie co najmniej kilku ognisk przez jednego wojownika, aby tym sposobem przerazić wroga własną, pozornie przygniatającą liczebnością. Byliśmy jednak pewni, że jest ich nie mniej niż trzy tysiące, co w połączeniu z niedobitkami hakaszy, było liczbą przewyższającą nas ponad dwukrotnie.
Tymczasem Sernor wraz ze mną i Delaware’m układał plan nadchodzącej bitwy. Bardzo nam zależało, aby tym razem nie pozwolić na odwrót nieprzyjaciela i żeby całe jego siły rozgromić za jednym zamachem. Postanowiliśmy, że ja z Sernorem zajmiemy kolejno prawe i lewe skrzydło. Arcymag z Arianis, jako że dysponował najliczniejszą w naszych siłach piechotą, zgodził się zająć centrum. Po długich naradach o tym, jak należy stoczyć nadchodzący bój, położyliśmy się spać.
Obudzony rankiem przez swych ludzi dowiedziałem się, że orkowie już szykują się do bitwy i ufni w swą liczebność lada chwila rozpoczną natarcie. Ku mojemu wielkiemu zadowoleniu okazało się, że w trakcie mego spoczynku przybyły z Daros cztery lekkie chorągwie, które wezwałem do wsparcia moich sił w momencie wybuchu wojny. Było to bardzo poważne wzmocnienie dla naszego prawego skrzydła.
Jeszcze przed południem orkowie przypuścili pierwszy atak na nasze centrum, które w porozumieniu z Sernorem, Delaware ustawił w wygięty ku przeciwnikowi łuk. Widziałem ze wzgórza, że niemal ciągły, kuszowy ostrzał szeregów naszej piechoty świetnie razi nadbiegających przeciwników. W momencie zderzenia się obydwu stron, nasza konnica z obydwu skrzydeł rozpoczęła szarżę w kierunku hakaszy, którzy pozostawali w tyle, oczekując na rozwój wypadków. Bój z takim przeciwnikiem jest niezwykle ciężki, bo słabo opancerzony unika on walki bezpośredniej, jeno wciąż umyka na swych drobnych, lecz szybkich koniach, próbując razić wroga z łuku. Dlatego na tym etapie bitwy bezcenna okazywała się moja lekka kawaleria, która, choć z wielkim trudem, potrafiła dopaść wroga i zdruzgotać go w walce na broń białą.
Tymczasem w centrum, najdalej ku przodowi wysunięte oddziały rozpoczęły kontrolowany odwrót, ograniczając się już niemal wyłącznie do osłaniania kuszników, którzy bełtami bezlitośnie dziurawili ogromne cielska orkowe. Miało to na celu wciągnięcie wroga w zastawioną przez nas pułapkę, bowiem zielonoskórzy nie zdawali sobie jeszcze sprawy, że postępując naprzód wraz ze swym natarciem, zaczynają być flankowani przez skrzydła naszej piechoty. Istotnie, byli wtedy pewni swego rychłego zwycięstwa.
Po około dwóch godzinach walki, hakasze zostali rozbici i rozgonieni po okolicy. To dało nam możliwość przejścia do końcowej fazy naszego planu: Sernor wydał rozkaz zwrotu konnicy w kierunku orkowych tyłów, a Delaware wstrzymał odwrót piechoty nakazując jej nagły kontratak. Dzięki genialnemu rozlokowaniu oddziałów przed bitwą, nasze szczupłe siły były w stanie skutecznie oskrzydlić liczniejszego przeciwnika, w czym największa zasługa generała  Sernora z Kanevar.
Orkowie, widząc co się dzieje, próbowali przebijać się małymi grupkami z okrążenia, nie byli jednak w stanie sprostać żelaznej dyscyplinie naszych wojsk. Do wieczora wyrżnęliśmy ich w pień.

Podsumowanie
Nasze straty wyniosły około trzystu osiemdziesięciu zabitych, były więc bardzo poważne, stanowiąc około jedną piątą sił, które wzięły udział w bitwie. Niewątpliwie jednak udało nam się zabezpieczyć dobrą koniunkturę dla odsieczy, podążającej ku naszym północnym rubieżom, gdzie już rozpoczynało się oblężenie Twierdzy Ognia. Bitwa pod Clameur, mimo, że brały w niej udział relatywnie skromne siły, miała spore znaczenie strategiczne i psychologiczne. To dzięki temu dwudniowemu starciu, udało się uchronić Królestwo od groźnego zagonu nieprzyjaciela, a także przekonać przerażonych wybuchem wojny obywateli, że armia królewska potrafi radzić sobie na czas z każdego rodzaju przeciwnikiem.
Królestwo - Mistrz Miecza