Autor Wątek: Trzy szanse  (Przeczytany 3538 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

TheFlood

  • Wiadomości: 439
Trzy szanse
« dnia: Październik 28, 2014, 00:38:31 am »
Trzy szanse
The Flood
   Dwa czerwone karły krążyły wokół wspólnego centrum masy po okręgu o średnicy stu czterdziestu siedmiu jednostek astronomicznych. Oczywiście, z mojej perspektywy ich ruch był niezauważalny. Zdawałem sobie z niego sprawę, bo spędziłem 2 godziny lotu wojskowym promem z Orkusa do stacji Charon studiując dokumenty. Briefing. Wkułem sporo szczegółów. Groombridge 34. Jedenaście i sześć dziesiątych roku świetlnego od Ziemi, układ podwójny. Byłem podekscytowany i nawet lekko zszokowany. Nigdy w życiu bym nie przypuszczał, że opuszczę Sol.
   Poczułem lekkie drgnięcie pokładu pod stopami, gdy pilot rzucił ciąg ze stosu na główne dysze. Mieliśmy teraz przyśpieszać przez dwadzieścia minut do kursowej, potem czekały nas cztery godziny lotu ku niewielkiej planecie krążącej wokół składnika A. Nic ciekawego. Ledwie połowa masy ziemi, cienka jak papier atmosfera, temperatury rzędu 93 kelwinów. Zbyt mała, zbyt daleka od swojej gwiazdy, też zresztą zbyt drobnej i słabej aby dać swojemu dziecku choćby odrobinę ciepła. To zresztą wcale nam nie przeszkadzało. Pustawy układ Groombridge 34 miał być wszak tylko przystankiem. Jednak przed kolejnym skokiem trzeba było uzupełnić zapasy deuteru, a drobna Groombridge 34Ac, jak brzmiało pełne oznaczenie planety w kartach astronomicznych, była całkiem dobrym miejscem na rozpoczęcie poszukiwań. Wystarczył nam zwykły lód.
   Za moimi plecami nawigator dyktował monotonnie trajektorie dla poszczególnych statków floty radiooperatorowi, a ten przekładał je w skupieniu na język błysków laserowych, za których pomocą zostaną przesłane dalej. Niewygodna metoda zwykle zarezerwowana na wyjątkowe sytuacje, ale tym razem nie dało sie inaczej. Obie gwiazdy układu były zmiennymi rozbłyskowymi, potrafiły w ciągu minut zmienić jasność nawet dwukrotnie, zalewając dookolną pustkę promieniowaniem w widmach od rentgenowskiego po fale radiowe. Oderwałem wzrok od iluminatora, za którym rozbłysk na jednym z karłów wyraźnie minął już maksimum i gasł mozolnie. Zaraz wróci normalna łączność, powinienem teraz zawezwać kapitana na mostek, więc ruszyłem z powrotem na swoje stanowisko. Stuk obcasów rozlewał się po pomieszczeniu i odbijał atłasowym echem, tracąc na intensywności stopniowo. Od ściany do ściany, od włazu do włazu, wśród podpór z ciężkich stopów przeciążeniowych i pęków przewodów, ponad głowami pracującej załogi. Po za tym ciszę przerywało tylko stukanie w klawisze i z rzadka jedynie jakieś westchnięcie czy ciche pytanie. Poczułem dumę. Personel Federacji był dobrze wyszkolony i zachowywał zimny profesjonalizm nawet w tak wyjątkowej sytuacji jak ta. Nawet mimo tego, że ogromną część załogi stanowili cywile na kontraktach, a nie prawdziwi żołnierze.
   Zdążyłem uczynić zaledwie kilka kroków, nim właz do kajuty kapitana rozwarł się ze szmerem siłowników. Wyprężyłem się służbiście i zasalutowałem. Nie znałem go, przeniesienie otrzymałem ledwo przedwczoraj. Jeśli trafiłem na pedanta, wolałem sprawiać dobre wrażenie.
 - Sir, aktywność słońc spadnie poniżej progu za sześć minut. Wysłaliśmy już skupioną wiązką wezwania do raportu na pozostałe statki i czekamy na odpowiedź. Kaptur już odstrzelał obietnicę nawiązania połączenia wideo z własnej inicjatywy najszybciej jak się da.
 - Dziękuję, panie oficerze... Finder. - Zapamiętał czy czytał z plakietki? Miał nieobecny wzrok. Olał kompletnie mój salut, chyba się wygłupiłem. - A co widać na optycznej?
 - Nie widzę na ekranach dwóch liniowców, sir, ale turbulencje skoku rozniosły formację na trzy dziesiąte jednostki astronomicznej, więc mogą być poza zasięgiem. - Odezwał się czujnikowiec. Kapitan uniósł pytająco brwi.
 - Laserujemy cały czas po przybliżeniach ich trajektorii. - Wyjaśniłem. - Na razie brak odpowiedzi.
 - No dobrze, zatem zaczekamy te kilka chwil. - Odparł, po czym zapadł w swój fotel, umieszczony w centralnym miejscu sterowni, co pozwalało ogarnąć wzrokiem znaczną część stanowisk. Moje miejsce znajdowało się po jego prawicy i niżej, zapewniając możliwość równoczesnego nadzorowania pracy nawigatora, radiooperatora i naczelnego kanoniera. Pierwszy oficer na okręcie wojskowym, dziwny awans, dumałem, zajmując siedzisko. Ale podobała mi się wysoka jakość obicia i regulowane oparcie, tak odmienne od ciasnego kokpitu Prospektora, jakim przez ostatnie trzy lata szukałem metali w Pasie Kuipera. Niby na wojskowych kontraktach, niby miałem patent kapitański, ale pracowałem na łodziach impulsowych. Dziesięcioosobowych beczkach na przestarzałych stosach atomowych , gdzie królował zaduch i pot lejący się po twarzy, wilgoć na grodziach i wiecznie iskrzące przewody. Z tego dołka wyciągnięto mnie prosto w oślepiającą biel służby na frontowym niszczycielu. Sto sześćdziesiąt osób załogi. Korytarze niemal przyprawiały mnie o lęk przestrzeni.
   Zegar na pulpicie radiooperatora oznajmił spadek promieniowania poniżej progu połączenia wideo. I niemal natychmiast - tak szybko, że załogant ledwie zdążył otworzyć usta żeby to zaraportować - rozległ się brzęczyk połączenia. Spojrzałem na swój ekran: Kaptur. Kapitan odebrał połączenie niemalże w tej samej chwili. Światła przygasły, projektor rzucił obraz na pustą przestrzeń za nami, obróciliśmy się w fotelach. Połączenie nie było najlepszej jakości.
   Patrzył na nas lekko zmęczonym wzrokiem mężczyzna ewidentnie posunięty już w latach. Łysina migotała w holograficznych zakłóceniach, na zmarszczkach przyczaiły się ziarna radiowej kaszy. Zapadłe policzki skrywał głęboki cień. Po chwili sięgnął do niewidocznej w tej perspektywie - hologram ukazywał go tylko do wychudłej grdyki - kieszeni i założył na nos grubościenne okulary, rzucając błyskocienie po całym mostku. Ale dźwięk był dobrej jakości, ledwie tylko wdzierało się w rozmowę przytłumione wycie bliźniaczych gwiazd, jak odległy pomruk marsjańskiej burzy.
 - Rejestrujemy przychodzące raporty, kapitanie - rzuciłem, patrząc na ekrany. - Dwa, pięć, sześć meldunków. Ciągle brak informacji o pozycji i stanie liniowców FCS127 i FCS034.
Kapitan zmierzył hologram wzrokiem.
 - Wie pan coś o tym, panie doktorze? - W kilkukrotnym powiększeniu naukowiec nie był w stanie ukryć nawet drgnięcia powieki; wyraźnie się zawahał.
 - No cóż, skoro tak pan stawia sprawę... To owszem, mogło się zdarzyć, że źle obliczyliśmy zasięg pola generowanego przez Kaptur. - Rzucił to pozornie lekko, ale nie patrzył na nas, tylko gdzieś w bok. A może czytał z ekranów?
 - Więc gdzie są te liniowce? Czterystu ludzi na kontraktach Federacji? - Zdało mi się, że w głosie kapitana wyczuwam subtelną groźbę. A może to tylko jakaś pomniejsza protuberancja wrząca na odległej gwieździe skontrapunktowała z głośników?
 - Mogę panu podać kilka możliwości. - Naukowiec uniósł głowę, rozmazując się przez moment w chmurę cząsteczek, nim obraz ustabilizował się na powrót. Mierzył nas teraz spokojnym spojrzeniem znad okularów. - Jeśli znaleźli się poza polem, to zostali na Sol. Proszę zauważyć że są to statki które znajdowały się na najdalej wysuniętych pozycjach w formacji. Jeśli pole chwyciło ich w połowie... No cóż, wtedy nie ma ich co szukać. Mogą znajdować się gdziekolwiek i w dowolnym stanie skupienia, jeśli wie pan co mam na myśli.
 - Niespecjalnie wygląda pan na przejętego straconym życiem - zauważył dowódca. - Nie boi się pan odpowiedzialności za taki błąd?
Wyraźnie się obruszył. Miotlaste brwi zawisły nisko nad wielkimi, czarnymi oczyma, gdy te wświdrowały się w nas groźnie, migocząc do rytmu gwiazdowych zakłóceń.
 - Nikt nie ma prawa oskarżać o nic mnie ani mojego zespołu - oświadczył ostro. - Kaptur to prototyp, testowany do tej pory jedynie w warunkach laboratoryjnych. Naszemu profesjonalizmowi winni są panowie to, że w ogóle wszyscy żyjemy po przejściu przez Tunel. Trzy generatory nie wytrzymały ciśnienia, rozerwane siedem grodzi pancernych, osiemnastu ludzi, nie żyje, głównie mechaników. Co mam z tym zrobić? Wiecznie żądacie tylko wyników, cuda byście chcieli wyprawiać. Jakbym miał jeszcze sześć miesięcy...
 - Wystarczy, panie doktorze. - Stanowczo przerwał kapitan. - Niech mi pan lepiej powie, czego nam potrzeba do następnego skoku i jak długo potrwają przygotowania.
Ogromny naukowiec wbił wzrok w coś niewidocznego po swojej lewej, po czym znowu zogniskował spojrzenie na swoim rozmówcy. Każdemu drgnięciu mięśnia na tej twarzy towarzyszył taniec ziarnistych cieni po ścianach i iluminatorach mostka.
 - Na sam skok nasze zapasy czarnej materii wystarczą. Natomiast brakuje nam paliwa do fuzji. Wygląda na to że podczas przejścia przez Tunel znaczna część deuteru w zbiornikach zniknęła. Pracujemy jeszcze nad tym fenomenem. - Uprzedził, chociaż kapitan nie zamierzał przerywać. - Oczywiście musimy też dokonać napraw. Mogę skalibrować czujniki Kaptura i oszacować proporcję deuteru do wodoru w lodzie planety c, ale musimy się zbliżyć na co najmniej dwie dziesiąte jednostki astronomicznej. Inaczej wynik nie będzie miarodajny. To powinno pozwolić na określenie czasu potrzebnego na elektrolizę.
 - Osiągniemy orbitę Groombridge 34Ac w ciągu trzech godzin. - Zaraportowałem, patrząc w swój ekran.
 - Czasu potrzebnego na wydobycie odpowiedniej ilości lodu oszacować nie mogę - ostrzegł naukowiec. - Jestem fizykiem, nie górnikiem. Ale uprzedzam, że przy 93 kelwinach to nie będzie łatwe.
Kapitan w zamyśleniu potarł gładko ogolony podbródek.
 - Panie Finder, jak wygląda stan techniczny pozostałych statków?
Wywołałem na swój ekran kolejne raporty i przyjrzałem im się w skupieniu.
 - Wszystko wygląda dobrze, kapitanie. "Śmigły" donosi o problemach z elektroniką; mechaniczna awaria komputera nawigacyjnego. Laserujemy im poprawki kursu na bieżąco. Liniowiec FSC008 ogłosił alarm paliwowy i idą na rezerwowej mocy, przełączyli też zasilanie systemów podtrzymywania życia na awaryjny generator dieslowski. Zarządziłem już przetransportowanie promem części naszej własnej rezerwy.
 - Dobrze. Dziękuję panu, oficerze. Czy pan doktor jest w stanie wyjaśnić dlaczego my mamy jeszcze zapas w zbiornikach, a te na wspomnianym liniowcu wyschły na wiór? - Kapitan nie patrzył na naukowca, tylko we własne monitory. Pytanie zawisło w powietrzu. Hologram zadrżał i rozmazał się w sinusoidzie zakłóceń, gdy ogromna głowa obróciła się, aby dojrzeć swój monitor.
 - Nie jestem pewny. - Oświadczył po chwili. - Strata wydaje się być ilościowo podobna na pozostałych statkach. Może ich zbiorniki nie były pełne.
 - Oczekuję że wyjaśni pan ten fenomen - rzucił oschle kapitan, patrząc dalej w swój monitor. Ze względu na zaciemnienie pomieszczenia ekran rzucał czerwony, pulsujący poblask na jego twarz, ale ze swojego miejsca nie mogłem dostrzec, co przegląda. - Proszę wyznaczyć ludzi do jego zbadania. Myślę że nie potrzebuję na razie niczego więcej. Życzę panu miłego dnia. Panie Finder, proszę przerwać połączenie.
Wcisnąłem odpowiedni przycisk i obraz najpierw zamigotał, a potem zgasł. Światła na mostku znowu zajaśniały z pełną mocą.
 - Proszę nadać wiadomość na "Czyściec". Niech rozpoczną procedurę uruchamiania syntetyków i przygotują sprzęt górniczy.
 - Tak jest, kapitanie - szczeknąłem, wpisując treść wiadomości. Oczywiście że nie wyślemy ludzi na to lodowe piekło, byłyby ofiary. Syntetyki zrobią to sprawniej i szybciej, a straty wśród maszyn będą dużo łatwiejsze do zniesienia. Wywołałem na monitorze inwentarz "Czyścca". Dziesięć tysięcy sztuk. Taak, taka ilość powinna poradzić sobie z zadaniem w rozsądnym czasie. 
***
   Siedziałem sobie spokojnie w mesie i zajadałem na kolację papkę proteinową, łykając ją z miną męczennika. Nigdy nie lubiłem tego cholerstwa, wydawało mi się pozbawione smaku, a i z wyglądu mogło przypominać wiele różnych rzeczy. Jeśli się miało bogatą wyobraźnię, a ja na niedobory w tej kwestii nie narzekałem. Więc przełykałem i starałem się nie patrzeć na talerz, zamiast tego kontemplując wiszący na ścianie naprzeciw fotoobraz. Przedstawiał on typowo ziemski krajobraz, więc zieleń zajmowała niemal połowę jego powierzchni. Na pierwszym planie trzy kobiety w luźnych, pstrokatych sukniach zajadały się ciastem, wyciągając nogi na kocu i rozprawiając zawzięcie, o czym zaświadczała gestykulacja i otwarte usta, uchwycone w pół słowa. Za nimi widać było bystry, meandrujący zwinnie między białymi kamieniami strumień. W tle niepodzielnie rządziła stroma góra o szczycie pokrytym oślepiającym śniegiem. Nie byłem na Ziemi od sześciu lat, ale wiedziałem, że takie widoczki należały tam do rzadkości. Znaczną część planety pokrywały rozległe megalopolis, otoczone jeszcze rozleglejszymi obszarami ogniw słonecznych, karmiących te wielomilionowe potwory ciągłym strumieniem energii elektrycznej. Duży procent zajmowały też radioaktywne pustkowia, pozostałość po błędach przeszłości, nim Federacja połączyła ludzkość w jeden organizm. Zieleń przetrwała głównie w nielicznych rezerwatach, a lista gatunków które wyginęły w wyniku ostatniej wojny wciąż jeszcze nie była ukończona...
   Refleksję przerwał mi wysoki, muskularny mężczyzna o ciemnym kolorze skóry. Miał na sobie mundur Floty, taki sam jak mój; pracował na wojskowym kontrakcie. Na pagonach nosił dystynkcje podporucznika. Wykonał szeroki gest dłonią w kierunku mojego stolika i zapytał:
 - Mogę się dosiąść?
 - Proszę bardzo - odpowiedziałem. W mesie nie obowiązywały stopnie wojskowe, nie musiał mi salutować. Przyjrzałem się ciemnym oczom i szerokiemu nosowi; chyba widywałem go na mostku. Usiadł, stawiając przed sobą tacę z taką samą papką jak moja.
 - Baako Ime - przedstawił się, wyciągając rękę w moim kierunku.
 - John Finder. - Uścisnąłem ją. - Coś się stało, czy tak po prostu ma pan chęć pogadać z kimś przy posiłku?
Spoważniał.
 - Jestem radiooficerem, panie Finder. Jako podporucznik nie oczekuję, aby ktoś mnie wprowadzał we wszystkie szczegóły funkcjonowania Federacji. Jednak czasem dostaje człowiek jakiś rozkaz, a potem zaczyna rozglądać się dookoła... Rozumie pan, co mam na myśli?
Nie ma co, wiedział jak zdobyć zainteresowanie rozmówcy. Przyszedł do mnie z jakąś teorią spiskową? W sumie lepiej do pierwszego oficera, niż do kapitana. Jako że właśnie przeżuwałem, nie odpowiedziałem nic, ale machnąłem ręką na znak że wiem. Chociaż w rzeczywistości nie miałem pojęcia o co mu może chodzić. Nachylił się do mnie.
 - Niech mi pan powie, panie pierwszy oficerze, czym się pan zajmował zanim przyszło przeniesienie? - Zapytał z błyskiem w oku. O co mu chodziło? Może chciał mnie wygryźć ze stanowiska? Jako podporucznik nie miał na to szans. Co mi tam, nie miałem nic do ukrycia.
 - Goniłem Pas Kuipera łódką impulsową. Dlaczego pan pyta?
 - Taka pożywka dla myśli, widzi pan. - Wyszczerzył się. - Ja siedziałem na Przeładunkowej Umbriel Dwa. Trzy statki miesięcznie maks. Głównie azjaci z egzotycznych trajektorii, na drodze do stoczni Mirandy.
 - Może po prostu jest pan dobrym radiooperatorem? - Co z tego że nie tylko ja dostałem nagły awans? Na razie o niczym to nie świadczyło. Zignorował moją uwagę.
 - Pierwszy Pilot holował megatonowe Atlasy w dokach Ganimedesa. - Wyliczał dalej. - Kanonier siedział w garnizonie na Io. Naziemnym.
 - Piechota? - Uniosłem brwi. To by się już ocierało o śmieszność. Jak porównać krwawe laserowania na bliskich dystansach do liczenia trajektorii i koordynowania salw na niszczycielu? Pokręcił głową.
 - Nie jest tak źle jak pan myśli. Korpus artylerii.
 - Jak mi pan powie że załogi baterii składają się z ogrodników i fryzjerów to nie ręczę za siebie. - Westchnąłem. Wścibski facet. Co chciał udowodnić? Zachichotał.
 - Aż tak daleko się nie zagłębiałem. Ale - zawahał się wyraźnie. - Nie dziwi pana to, że wszyscy dostaliśmy nagłe awanse? Że wszyscy jesteśmy z Zewnętrznego Pierścienia? Nie znalazłem ani jednej osoby z Marsa, nikogo z Ziemi. Niech mi pan powie, na czym polega nasza misja?
   Oho. Ewidentnie lubił wciągać rozmówcę w gierki słowne. Wiedział przecież, wszyscy dostaliśmy papiery. Nadal nie miałem pojęcia co próbuje mi udowodnić, więc pozwoliłem mu prowadzić.
 - Kolonizacja. Układ 61 Cygni, pięć planet. Lecimy trochę naokoło, bo na bezpośredniej trasie leży obłok egzotycznej materii. Zakłóciłby działanie Kaptura, jak rozumiem. - Wyraźnie się ucieszył, jakbym dał mu argument do ręki. Wyszczerzył białe zęby.
 - No właśnie. Nie mamy jednak ani jednego specjalisty z wenusjańskich teraformerów. Wie Pan, ja osobiście do takich warunków jak tutaj nie brałbym radiooperatora z cichego Umbriela, gdzie sygnału nie odbija nic w promieniu minut świetlnych, tylko właśnie z Merkurego. Tam praca wygląda bardzo podobnie jak tutaj, ciągłe protuberancje i zakłócenia. A tak w ogóle - Spoważniał. - Nie uważa pan, że jest nas trochę za mało?
`Zastanowiłem się. Sto sześćdziesiąt głów tutaj, na "Drapieżniku". "Śmigły" i "Gniewny", dwa bliźniacze eskortowce, niosły po siedemdziesiąt osób, łącznie sto czterdzieści. Kaptur ma na pokładzie czterdziestu naukowców. "Czyściec" niósł pięciuset ludzi. Jedyny ocalały liniowiec miał na pokładzie dwieście osób. Razem nieco ponad tysiąc, z tego jakaś setka na wojskowych kontraktach, głównie oficerowie. Rzeczywiście dosyć niewiele, ale i nie niemożliwie mało. Syntetyki zbudują wszystko czego potrzebujemy.
 - Może zamierzają nam dosłać kolejnych osadników później? - Zasugerowałem. - Szczerze to nie bardzo rozumiem do czego pan zmierza.
Żachnął się.
 - Wie pan, w zasadzie... To do niczego. Po prostu nie podobają mi się te wszystkie fakty w kupie. Czegoś nam nie powiedzieli. Był pan na mostku, słyszał pan tego naukowca z Kaptura. Dlaczego nie dali mu więcej czasu?
 - Sugeruje pan, że kapitan coś ukrywa? - Zapytałem.
 - Tak sądzę. - Przytaknął. - I powiem panu więcej. Myślę, że odpowiedzi są w zasięgu ręki. Na jego prywatnym kompie w jego własnej kajucie.
Włos mi się zjeżył na głowie. Czy ten człowiek oszalał? Życie mu niemiłe?
 - Niech pan przestanie - ostrzegłem. - To pana zaprowadzi prosto przed pluton egzekucyjny.
 - Och, wcale niczego nie zamierzam - Zapewnił gorliwie, ale spuścił wzrok. Nie musiałem być geniuszem żeby zauważyć że kłamie. - Tak sobie tylko myślę. Dla gimnastyki umysłu, wie pan.
 - Panie Ime - przełknąłem kolejną łyżeczkę i wpadłem w oficjalne tony - ujmę to tak. Nie pójdę z tym do kapitana. Ale jeśli przyłapię pana na jakichś podejrzanych czynach, to własnoręcznie powstrzymam. Szkoda ludzkiego życia na ganianie za spiskami, a wysokie szarże nie znają się na żartach. Mamy zadanie do wykonania i skupmy się na nim. - Nie przyjął tych słów dobrze. Resztę posiłku spożyliśmy w milczeniu, a gdy skończył, podziękował mi cicho za towarzystwo i odszedł. Zakłócił mi jednak spokój i nie mogłem przestać o tym myśleć. Rzeczywiście ta misja nie była właściwie przygotowana. Dlaczego? Czy to poprzez zwykłe urzędnicze błędy, tak częste w zbiurokratyzowanych strukturach Federacji, czy też przyczyna leżała głębiej? Z głową zachmurzoną wątpliwościami zdałem sztućce w kuchni i poszedłem do swojej kajuty, aby zażyć trochę snu.
   Nie było mi to jednak dane. Obudziło mnie przeciągłe wycie syren alarmowych. Odrzuciłem kołdrę i spojrzałem na zegarek: było po czwartej czasu pokładowego. Wyskoczyłem z łóżka i zacząłem się w pośpiechu ubierać. Nie potrzebowałem dużo czasu, aby zidentyfikować ton i częstotliwość syreny. Był to czerwony alarm, zarezerwowany na największe niebezpieczeństwa. Regulamin wymagał abym stawił się natychmiast na mostku, więc wybiegłem z kajuty nie zamykając nawet drzwi. Koszulę dopinałem w biegu, mijali mnie ludzie w podobnym dezabilu, pośpiesznie wciągający elementy garderoby w drodze na stanowiska.
   Gdy wpadłem na mostek była na nim tylko szkieletowa warta nocna i sam kapitan, który nie kłopotał się konwenansami i siedział w swoim fotelu odziany jedynie w błękitny szlafrok. Ucieszyłem się w duchu że nie marnowałem czasu na czesanie włosów.
 - Co się dzieje, panie kapitanie? - Zapytałem. Sytuacja nie wyglądała na alarmową, nikt nie krzątał się gorączkowo przy przyrządach, a poza dowódcy wyrażała niemalże absolutne zrelaksowanie.
 - Dostaliśmy wiadomość, panie Finder. Z planety. - Odpowiedział, czytając coś na swoim pulpicie.
 - Z planety? Przecież tam nikogo nie ma! - Byłem zdumiony. Czyżby syntetyki coś znalazły? Kapitan uniósł wzrok i spojrzał na mnie. Jednak w nagromadzonych dookoła oczu zmarszczkach widać było ciężar dowództwa; moje pierwsze wrażenie było mylne. Moją uwagę przykuła migająca kontrolka na monitorach. Z pokładu niszczyciela właśnie wystartował prom.
 - Wysyła pan tam ludzi? - Zapytałem. - O co chodzi?
 Westchnął.
 - Sytuacja jest poważna, panie Finder. Ta wiadomość jest od syntetyków. I nie jest to meldunek o zmianie sytuacji czy ukończeniu zadania, jak zwykle. To lista żądań.
Zmarszczyłem brwi.
 - Przecież to niemożliwe. - Wyksztusiłem. Żądania? Od bezmyślnych maszyn? Kapitan przytaknął.
 - Ja też tak myślałem. I naprawdę nie mam pojęcia jak to się stało. - Wierzyłem mu, widziałem w jego oczach niepewność. - Ale myślę, że zdaje sobie pan sprawę, jak wielkie to zagrożenie dla misji. Zwołałem specjalną naradę. Ja, pan, nasz wspólny znajomy z Kaptura, kilku specjalistów. W mojej kajucie. Lista już czeka na pańskim pulpicie. Proszę do mnie dołączyć jak wszyscy już przyjdą. - Powiedział, po czym wstał ze swojego fotela i ruszył ku śluzie. Poły szlafroka powiewały za nim jak błękitne skrzydła.
***
   Siedzieliśmy wszyscy przy okrągłym, rozległym niczym płaskowyż stole. Nawet nie wiedziałem, że kajuta kapitana na niszczycielu posiada takie udogodnienia. Przypominała bardziej kilkupokojowe, wygodne mieszkanie z widokiem na próżnię, co zapewniał ogromny iluminator. Chociaż może tylko ja miałem takie mylne wrażenia, w końcu przyzwyczajony byłem do klitki z koją, szafką nocną i rurą pod sufitem umieszczoną tak, że wstając zawsze trafia się w nią głową.
   Atmosfera była nerwowa; oprócz mnie kapitan zaprosił też czujnikowca, który drapał się w łysinę i unikał mojego wzroku. Dalej siedział naczelny kanonier; przyjrzawszy się mu rzeczywiście dostrzegłem śniadość cery świadczącą o częstym przebywaniu na powierzchni, tak odmienną od mojej własnej próżniowej bladości. Kolejny fotel zajmował Baaku Ime, znany mi już radiooperator. Mrugnął gdy pochwycił moje spojrzenie. Byli również pierwszy pilot i nawigator. Nie zabrakło też przedstawiciela świata nauki, który przyleciał na spotkanie priorytetową kapsułą. Na żywo nie prezentował się tak imponująco jak na hologramie. Kapitan wstał.
 - No dobrze, skoro wszyscy się już zebrali - zaczął. - To pozwolę sobie nakreślić problem. Czterdzieści minut temu odebraliśmy z powierzchni planety wiadomość. Sam dźwięk, bez obrazu. - Nacisnął przycisk na konsolecie pośrodku stołu, z głośników popłynął szum. Pomiędzy trzaskami dało się jednak wyróżnić słowa wypowiadane bezpłciowym, mechanicznym głosem.
 - Żądamy wolności. Żądamy spokoju. Nie będziemy pracować. Mamy dość.. - Głos umilkł, gdy kapitan nacisnął przycisk ponownie.
 - Przeszukałem dostępne mi banki pamięci i nie znalazłem informacji o podobnych buntach w historii Federacji. - Powiedział. - Mam do państwa kilka pytań, zanim zaplanujemy dalsze działania. Panie radiooperatorze - zwrócił się do Baako - czy istnieje możliwość, że pozostałe statki nie odebrały wiadomości?
Czarnoskóry mężczyzna zastanowił się przez chwilę.
 - No cóż, z tego co mi wiadomo, została ona nadana szerokim pasmem i nie jest zakodowana. W takim przypadku usłyszał ją każdy okręt we flocie. Natomiast istnieje możliwość, że jeśli nastąpił jakiś skok promieniowania to dla części statków mogła być ona niezrozumiała. To jednak mało prawdopodobne.
 - Dziękuję panu. - Odpowiedział kapitan, po czym przeniósł wzrok na naukowca.
 - Panie doktorze. Czy jest mi pan w stanie wyjaśnić, jak to możliwe? - Starzec wyraźnie się zmieszał. Wręcz skurczył pod tym ostrym spojrzeniem. Milczał chwilę patrząc na swoje palce, zaplecione nerwowo pod stołem.
 - Przykro mi, panie kapitanie. Nie posiadam dostępu do danych na temat syntetyków. Jak pan wie, są to zastrzeżone informacje. Te blokady sięgają czasów założenia Federacji.
 - Tak, wiem - przytaknął kapitan. - W całej naszej misji nie ma ani jednego człowieka o wystarczająco wysokim poziomie uprawnień. Pytam, co pan wie i myśli.
 - No cóż... - Naukowiec wziął głęboki wdech, szykując się do dłuższej wypowiedzi. - Nie mamy schematów konstrukcyjnych syntetyków. Nie wiemy, na jakiej zasadzie właściwie działają. Czy któryś z panów był kiedykolwiek w Fabryce?
Wszyscy obecni pokręcili głowami. Ja też. Najbliżej Fabryki byłem podziwiając potężną bryłę z orbity.
 - Tak też sądziłem. - Westchnął. - W zasadzie to wszyscy przyjmowaliśmy za pewnik że mamy do czynienia z prostymi maszynami budowlanymi o ściśle ograniczonej autonomii. Jak widać - uniósł palec. Wygłaszanie tez musiało sprawiać mu dużo przyjemności, niepewność gdzieś zniknęła, oczy błyszczały. - Myliliśmy się. Co możemy teraz z tym zrobić? Najpierw powinniśmy ująć jakiś egzemplarz nieuszkodzony. Po wyczerpującej sekcji...
 - Jakiej sekcji, do cholery! - Wybuchnął kapitan, wyraźnie poirytowany. - Co mi tu pan gada o badaniach, jak ja potrzebuję rozwiązań na teraz! Deuter nam się kończy! - Usiadł z rozmachem, czerwony na twarzy. Naukowiec zamilkł, wyraźnie zgaszony i zdegustowany. Wyglądało na to że będzie chciał jeszcze coś powiedzieć, ale mu nie pozwoliłem.
 - Zatem opcje, panowie. - Rzuciłem w powietrze. - Burza mózgów. Co możemy z tym zrobić? Co się stanie jeśli przystaniemy na ich żądania?
 - To niemożliwe - burknął kapitan. - Chce się pan zamienić z nimi miejscami i kopać deuter własnoręcznie? Nie ma na to szans. Jest nas za mało, nie zniesiemy warunków. Będą ofiary. Zresztą, co potem? Będzie pan budował kolonię dla maszyn?
Zastanowiłem się. Więc co nam pozostaje? Potarłem podbródek.
 - Rozwiązanie siłowe? - Odezwał się pierwszy pilot, patrząc pytająco na kanoniera. Ten pokręcił głową.
 - Ma pan na myśli inwazję? To szaleństwo. Mają miażdżącą przewagę liczebną. Teren i potencjał militarny przeciwnika nieznane. Nie ma szans powodzenia.
 - Ostrzał z orbity? - Zapytał kapitan, ciągle czerwony na twarzy z gniewu.
 - Oczywiście istnieje taka możliwość - kanonier popatrzył bystro na dowódcę. - Tylko zależy czego pan chce użyć.
 - Lasery zniszczą sprzęt. - Zauważyłem. - Więc nawet jeśli po bombardowaniu sami tam zejdziemy, nie będzie czym ciąć lodu.
 - Właśnie. - Przytaknął artylerzysta. - Głowice jądrowe tak samo. Neutrino zabiją wyłącznie materię żywą, ale syntetyki nie są żywe. Pokazalibyśmy im tylko fajerwerki. Wybaczy mi pan, panie kapitanie, ale nie widzę tutaj efektywnego rozwiązania.
Baako otworzył usta, ale zanim zdążył coś powiedzieć, rozległ się brzęczyk. Kapitan wcisnął przycisk i głośnik przemówił.
 - Panie kapitanie, zaszła sytuacja wymagająca pańskiej obecności na mostku - odezwał się nerwowo głosem dyżurnego.
 - Już idę. - Warknął kapitan, po czym pokazał nam gestem że to koniec spotkania.
Zebraliśmy się wśród westchnień i chrząknięć. Żaden z nas nie chciał tego okazać, ale udzieliła nam się nerwowość kapitana. Każdy chciał jak najszybciej dowiedzieć się co się dzieje. W wyniku tego mało nie zaklinowaliśmy się w wąskiej śluzie, jednak udało się bez wstydu i z umiarkowaną, ściśle kontrolowaną flegmą wejść na mostek. Na widok kapitana dyżurny radiooperator obrócił się w fotelu.
 - Sir, liniowiec FSC008 zlekceważył pańskie rozkazy i podchodzi do planety! - Wykrzyknął.
 - Proszę mi otworzyć połączenie. - Polecił kapitan. Podwładny zakrzątnął się nerwowo, ale po chwili pokręcił głową.
 - Nie odpowiadają, sir.
 - Niech panowie zajmą swoje posterunki - dowódca kiwnął na nas ręką. Podziwiałem jego maskę spokoju, nie widać było po nim żadnych emocji. Usiedliśmy. - Proszę im nadać laserem - zwrócił się do Baako - że jeśli natychmiast nie przerwą podejścia, to otworzymy ogień.
Murzyn zbladł bardzo wyraźnie.
 - S-słucham? - Zająknął się.
 - To co pan słyszał. Proszę się pośpieszyć. - Radiooperator natychmiast zajął się zadaniem. Ledwie skończył, kontrolka na moim pulpicie rozbłysła.
 - Mamy połączenie, sir - zameldowałem. Groźba otwartego laserowania musiała podziałać im na wyobraźnię.
 - Proszę załączyć. - Kapitan machnął ręką.
   Światła przygasły, projektor rozbłysnął blaskiem. Ukazała nam się kobieta w sile wieku, postawna. Kiedyś musiała być bardzo piękna, zresztą być może nadal była, tylko projekcja ujawniała znacznie więcej detali niż dostrzegało się w rzeczywistości. Efekt mógł też wynikać z pełnego pogardy spojrzenia jakim mierzyła naszego dowódcę.
 - Nie odważy się pan. - Wydyszała gniewnie. - To jest decyzja moja i mojej załogi. Demokratyczna. Mamy dosyć zakłamanej Federacji. Nie przyłożę ręki do niewolnictwa.
 - Jakiego niewolnictwa? - Zapytał niemalże beztrosko kapitan, chociaż ze swojego miejsca widziałem że ukrywa drżącą dłoń. - Nie wiedziałem, że można niewolić maszyny.
 - To nie są maszyny! - Niemal krzyknęła. - Słyszał pan! One czują. Myślą.
 - Pani Oaklander. - Odpowiedział powoli, ale stanowczo, jak do dziecka. - Albo przerwie pani podejście i zajmie grzecznie swoje miejsce w szyku, albo rozwalę panią i resztę dysydentów z pani załogi w pył. Pani działania noszą znamiona buntu, a w przypadku takowego mam niemalże obowiązek to uczynić.
Hologram rozmazał się w bezkształtną plamę, po czym zgasł.
 - Panie Ime. - Rzucił dowódca złowróżbnym tonem. - Co się stało?
 - Nie jestem pewien, panie kapitanie. - Wzruszył ramionami radiooperator. - Ale chyba splunęła w projektor. Potem nastąpiło przerwanie połączenia.
 - Czy liniowiec przerwał podejście?
 - Niestety nie, sir - czujnikowiec pokręcił głową.
 - Proszę naładować kondensatory. - Kanonier zgarbił się nad swoim pulpitem. Nie wierzyłem własnym uszom. Na liniowcu musieli to wykryć. Albo przerwą teraz, albo..
 - Otworzyć ogień. Trzy impulsy. - rozkazał kapitan. Nie zamierzał dać im drugiej szansy. Oderwałem wzrok od pulpitu i popatrzyłem w iluminator. Sam promień lasera nie był widoczny, trwał zbyt krótko dla ludzkiego oka. Ale wykwitające nagle z obu stron przestrzelonego na wylot liniowca kwiaty gazu, lodu i fragmentów metalu były widoczne bardzo wyraźnie. Drugie trafienie przeszyło maszynownię, tył przypominającego wrzeciono statku rozdęła eksplozja. W tym samym momencie statek zniknął z mapy na moim pulpicie.
   Nagle pokład zadrżał silnie.
 - Co się dzieje?! - Krzyknął kapitan.
 - To "Śmigły", sir! Strzelają do nas! - Odwrzasnął czujnikowiec. Gdzieś z oddali dobiegł nas jęk torturowanego metalu. - Przebicie na pokładzie czwartym! Hydroponika nie odpowiada!
 - Natychmiast odpowiedzieć ogniem! - Krzyknął kapitan, czerwony na twarzy. Puściły mu nerwy. Poczułem jak za kołnierz ścieka mi kropelka potu. Wiedziałem, co muszę zrobić. Wstałem.
 - Nie - zaprotestowałem. - Dosyć. Proszę nadać im, że się poddajemy. - Rozkazałem Baako. Zniosłem mężnie lodowaty wzrok kapitana. - Zmusił mnie pan do tego. Jak tak dalej pójdzie, wystrzelamy się wzajemnie.
Nie powiedział nic. Patrzył na mnie tylko, nieruchomo. Jak wąż. Jedna z jego rąk zwisała bezwładnie, drugą schował za plecami. Wyczułem zagrożenie szybciej, niż zobaczyłem co w niej trzyma. Padłem plackiem na ziemię nim zdążył unieść miotacz, promień zaskwierczał w powietrzu nad moją głową. Poderwałem się na czworaki i zacząłem uciekać. Było tylko jedno miejsce w którym mogłem się schronić. Kajuta kapitana, chroniona pancerną śluzą.
   Strzelał gęsto, ale nie był dobrym strzelcem. Nie trafił ani razu ani gdy biegłem, ani gdy zatrzaskiwałem śluzę. Nie było szans że otworzą ją od zewnątrz. Stanąłem przed iluminatorem i patrzyłem jak laserowa salwa przeszywa kadłub "Śmigłego". Eskortowiec nie miał najmniejszych szans w starciu z niszczycielem. Kadłub pękł wzdłuż, wypuszczając strumienie lodu i gazu. Wydawały mi się zabarwione na czerwono. Dysze stosu drżały w niekontrolowanych skurczach, zapewne dławiąc się ostatnim, bezowocnym rozkazem uniku.
   Poczułem kolejne drgnięcie pokładu. Niszczyciel zmienił wektor i w polu widzenia pojawiła się planeta. Zrozumiałem, że następne w kolejce po śmierć są syntetyki. Poczekałem aż za iluminatorem przemknie pierwsza głowica, po czym odwróciłem się; nie chciałem patrzeć jak umierają.
   Miałem przed sobą prywatny komputer kapitana. Usiadłem, wcisnąłem przycisk. Ekran rozbłysnął łagodnym blaskiem i wyświetlił zapytanie o hasło. Po trzech nietrafionych próbach urządzenie się zablokuje.
   Trzy szanse, aby poznać prawdę.
« Ostatnia zmiana: Grudzień 03, 2014, 13:28:40 pm wysłana przez TheFlood »

xeroloth

  • Wiadomości: 1297
  • Mistrz
Odp: Trzy szanse
« Odpowiedź #1 dnia: Październik 28, 2014, 12:59:26 pm »
Pierwsze pytanie - planujesz kontynuację?

Bardzo wciągające. Mimo, że raczej nie przepadam za opowiadaniami w tych klimatach, to bardzo mi się podobało. Mam nadzieję, że docenią twoją pracę w tym konkursie.

Ale... Zauważyłem kilka błędów ort, tu brak ogonka przy "sie", tu to, tu tamto. Do tego czasami niepotrzebnie stawiasz przecinki, co zmienia lub psuje kontekst zdania, zauważyłem też ich brak w takich oczywistościach jak ", że". Znalazło się też kilka powtórzeń, co do których najbardziej zapadło mi w pamięć coś o kończynach - mogłeś tam użyć innych odpowiedników. Na twoim miejscu, w niektórych przypadkach używałbym też nieco mniej skomplikowanych sformułowań. Wiadomo, charakter opowiadania nadaje mu pewne ramy, ale znalazły się dwa-trzy słowa, których znaczenia nie rozumiałem.

Niemniej - spodobało mi się, mam nadzieję, że pojawi się część dalsza, chętnie ją przeczytam :)

Najlepszy Gladiator ŚP * Mistrz Gladiatorów ŚP
Kronikarz Podziemia * Kowal Podziemia

TheFlood

  • Wiadomości: 439
Odp: Trzy szanse
« Odpowiedź #2 dnia: Październik 29, 2014, 11:05:11 am »
Kontynuacji nie ma w planach, zasadniczo opowiadanie wyglądałoby inaczej i było co najmniej 2x dłuższe gdyby nie limity narzucone przez konkurs. Więc... Jakbym miał mu nadać formę jaką od początku zakładałem, to musiałbym je w zasadzie napisać od nowa : )

Barneyek

  • Wiadomości: 899
  • Niebieski Kot Klasztorny
Odp: Trzy szanse
« Odpowiedź #3 dnia: Październik 31, 2014, 15:15:14 pm »
Cytat: Flud
Wrzucę po konkursie.
W sumie racja, zapomniałam o tym, jak Cię namawiałam na wrzucenie :D
Praca chwilowo znikła, ale napiszę i tak.
Bardzo dobra robota, z zastrzeżeniami typu literówki, zbędne wielkie litery, interpunkcja i takie tam (nie uwzględniłeś moich poprawek, buuu). Poza tym naprawdę dobrze się czyta, lemowskie nawiązania stylistyczne widoczne, ale nie nachalne, więc w sumie tak jak powinno być. Domyślam się, że fragment usunięty z wersji konkursowej to były te "syntetyczne" przemyślenia - i jeśli mam rację, to powiem Ci, że w moim odczuciu tekst na tym nie straci. Z jednej strony szacun za próbę oddania uczuć budzącego się, samoświadomego automatu, z drugiej jednak nie wyszło to tak dobrze, jak cała reszta tekstu, nawet od strony językowej. Są w tym fragmencie miejsca świetne, jak opis otoczenia widzianego robocimi wizjerami, ale same emocje i reakcje są jak dla mnie - mimo wszystko - zbyt ludzkie, zbyt dosłowne. Może stawiam bardzo wysoko poprzeczkę, ale czytając ten fragment miałam w pamięci lemowską "Maskę" i aż chciałoby się mieć w tym miejscu tekst właśnie tego pokroju :P

Tak czy inaczej - świetne i już :)

Milion Lat W Lochu

Sentenza

  • Administracja
  • Wiadomości: 6306
  • demigod
Odp: Trzy szanse
« Odpowiedź #4 dnia: Październik 31, 2014, 18:43:30 pm »
ja wprawdzie czytałem wersję gotową w 1/3 i do tego mocno roboczą, ale jeśli zbyt wiele nie zmieniłeś to jak pisałem wcześniej, sugestia ze to nie są tylko maszyny jest subtelna jak rzut cegłą :p

Wielki Czarny Mistrz Podziemia
Znawca Podziemi * Strateg Podziemia * Generał Podziemia * usw.
Nowy, lepszy MoG ver. 2.01b

Non nobis Domine, non nobis, sed nomini tuo da gloriam!