Autor Wątek: Konkurs na Opis Wyprawy II  (Przeczytany 9010 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Sentenza

  • Administracja
  • Wiadomości: 6298
  • demigod
Konkurs na Opis Wyprawy II
« dnia: Luty 10, 2014, 21:10:04 pm »
Konkurs na Opis Wyprawy II

ok, ponieważ lore poszczególnych zakonów nie zostało jeszcze do końca ustalone, nie będę wydziwiał i wymyślał na kolanie bo powstaną bzdury, wykorzystamy oryginalny "gothicowy" wzór. I tak chyba tylko Al go pamięta :P
Cytuj
Przed wiekami, nim morza swą paszczę przed lądami rozwarły, znaczną ich połać pożerając i w ramiona Boga Równowagi oddając, powstała istota z mroków duszy brata swego narodzona. Beliarem ją później zwano, Panem Chaosu i Wojen wszelakich. Władca ów stworzył wtenczas bestię wspaniałą, czyniąc ją swą sługą. Jednakże potwór ten brzydził się i lękał swego stworzyciela, dlatego ze strachu przed Beliarem zbiegł on do jego brata, Innosa. Rozzłościło to Pana Mroku, a gniew jego upustu nie mogąc nigdzie znaleźć, domagał się zemsty na bestii zdradzieckiej. I tak też się stało. Lecz żal było nie tyle dawnego sługę zabijać, co ze śmiercią owego monstrum moc poświęconą na jego ożywienie zmarnotrawić. Dlatego wyrwawszy z piersi stwora jego wciąż bijące serce, Beliar przelał zawartą w nim magiczną potęgę na kryształ, którym zamierzał obdarować swego najbardziej oddanego sługę. A nie była to byle błyskotka, bowiem posiadacz jej nadludzką moc zyskiwał oraz długowieczność, jaką jedynie starożytne smoki mogłyby się poszczycić.
 Kryształ następnie w rękojeść wspaniałego miecza wprawiono, a kto bronią tą władał, temu i setki doświadczonych wojów rady by nie dały. Przyzwał tedy Beliara upadłego generała i przekazał mu ów podarek, rozkazując armię ciemności poprowadzić do boju ostatecznego przeciw czcicielom Innosa. Lecz Adanos podpatrzył czyn mrocznego brata i wiedział, iż dzięki temu artefaktowi wojska Królestwa niechybną klęskę poniosą. Rozkazał wiernemu słudze swemu w noc przed bitwą wykraść miecz z namiotu śpiącego generała i podmienić go na broń zwykłą, lecz identycznie się prezentującą.
 Wojska Innosa i Beliara starły się z sobą następnego dnia w widłach rzek Gunmar i Anguary, a że żadna ze stron przewagi w tym boju nie posiadała, obydwie wyrżnęły się co do ostatniego żołnierza. W starciu tym poległ także upadły generał, swego magicznego miecza pozbawiony.
 Broń tą potężną ukryto następnie w samym sercu starej, opuszczonej świątyni Boga Równowagi, położonej pośród dzikich kniei, gdzie panowały łaknące krwi bestie. A było to miejsce na kryjówkę zaprawdę doskonałe, bo od wieków przez świat zapomniane. Przybytek, w którym miecz zapieczętowano, także do zwykłych nie należał: korytarze jego wiły się na kształt labiryntów, w których nieuważny wędrowiec mógł już na wieki pozostać. Dodatkowo tu i ówdzie znajdowały się rozliczne pułapki, przyszykowane z myślą o ewentualnych intruzach, którzy artefakt posiąść by zapragnęli. Na straży broni pozostawiono także magiczne stwory, jeśliby zasadzki nie dość skuteczne się okazały...
 Nie wiedział nikt z żywych, co stało się z mieczem, ale historie o skrywanej przezeń mocy i potędze, jaką potrafił obdarować swego posiadacza, obrosły w legendy. Podawano je z ust do ust przez wieki, z czasem za zwykłą bajkę uznając. Lecz oto trafiła się grupa śmiałków, która historii tej zawierzyła. Znaleźli oni starą mapę, miejsce ukrycia magicznej broni wskazującą. Postanowili wówczas niezwłocznie wyruszyć, by miecz ów zdobyć, a za sprawą jego także sławę i bogactwo...

 - Zadaniem uczestników konkursu jest stworzenie opowiadania o wyprawie mającej na celu zdobycie artefaktu. Nie chodzi tu o suchy opis, ale typowe opowiadanie akcji, pełne przygód i walk.
EDIT: jakoś mega się tym wzorem nie sugerujcie, jak pisałem w OwO, potraktujcie to jako ogólny punkt wyjścia gdzie ma zmierzać historia. Jest jakaś legenda, jest potężny artefakt, są ci, którzy chcą zrobić z niego użytek lub po prostu na nim zarobić. Może być gothic, może być ŚP, jak ktoś chce, może być nawet w realiach morrowinda, mi to obojętne

 - Miecz i świątynia celowo nie zostały bliżej opisane, by pozostawić tu duże pole do popisu uczestnikom. To, jak będzie wyglądała owa broń, jakież to bestie czają się w puszczy oraz jakie pułapki czyhają po drodze na grupę śmiałków, pozostawiamy już Waszej wyobraźni.

 - Wedle uznania można opisać przygodę tylko jednego bohatera, bądź też kilkuosobowej drużyny. W opowiadaniu można także jako bohaterów wykorzystać członków Świętego Przymierza, jeśli wyrażą oni na to zgodę. Jednakże w tym przypadku ich opis musi być zgodny z tym, co sami zadeklarowali w temacie „Kim jesteś: postać fantasy”. Niedopuszczalne jest uśmiercanie lub brutalne torturowanie któregoś z członków ŚP.

 - Przy ocenie pracy będzie brana pod uwagę także poprawność językowa. Plagiat będzie karany.

 - Gotowe prace oceniać będzie następujący skład sędziowski: Sent i.. czekam na zgłoszenia w OwO.

 -  Zgłoszenia do konkursu oldschoolowo, pisząc w temacie (tak wiec Al, Dass, C, Arim, jakbyście się zapisali już tak oficjalnie, byłbym dźwięczny). Konkurs rozpoczyna się oficjalnie za tydzień, tj. 27.12 i potrwa dwa tygodnie do 12 stycznia, ale tym razem darujemy sobie wymóg 10 chętnych. Prace możecie pisać więc już teraz, bo na pewno nic nie zostanie odwołane, "bo za mało uczestników".

 - Gotowe prace wysyłajcie na adres e-mail: spkonkurs2@gmail.com

 - Zwycięzca konkursu otrzyma plus przy składaniu prośby o awans. Wielkość owego plusika będzie zależała od ilości chętnych i poziomu nadesłanych prac – im większa konkurencja, tym większa nagroda dla zwycięzcy.

 - Wyniki powinny zostać ogłoszone maksymalnie do dwóch tygodni od momentu zakończenia konkursu.

 - Wszelkie pytania i wątpliwości odnośnie konkursu proszę zamieszczać w temacie „Oko w Oko”.

 Pozostaje nam tylko życzyć Wam weny i połamania piór (lub długopisów ^^)!!!

lista uczestników:
wardasz
cerasis
xilk
Arim
Dollan
Tidas
Dass
C
zing

Wielki Czarny Mistrz Podziemia
Znawca Podziemi * Strateg Podziemia * Generał Podziemia * usw.
Nowy, lepszy MoG ver. 2.01b

Non nobis Domine, non nobis, sed nomini tuo da gloriam!

Sentenza

  • Administracja
  • Wiadomości: 6298
  • demigod
Odp: Konkurs na Opis Wyprawy II
« Odpowiedź #1 dnia: Luty 10, 2014, 21:12:39 pm »
Czas na wyniki. Ponieważ po całym dniu nad pracami nie mam weny na dłuższe pisanie, nie przedłużając:

III miejsce - Arim
II miejsce - Dollan z Wielkim Cycem
I miejsce Dassnar

gratulacje!

oceny:
Tidas
Wbrew temu co myślisz o swoich pracach, nie jest źle, przez te lata widziałem wiele gorszych. Musiałbyś tylko popracować nad kilkoma elementami: po pierwsze, wysyłać w docu zamiast mailu/.txt bo inaczej chrzani mi się formatowanie i robi to złe wrażenie, po drugie poprawić literówki i niektóre błędy składni (np. „racje” zamiast „rację”, „jeden z chłopaków którzy u niego pracowali” zamiast „jeden z chłopaków, który u niego pracował”), po trzecie zaś popracować nad dialogami, które niekiedy są strasznie sztuczne i nienaturalne. Wiele z tego dałoby się uniknąć, gdybyś po prostu przejrzał drugi raz pracę przed wysłaniem, co na pewno podniosłoby ocenę. Ponieważ to nie miejsce na długą recenzję, radziłbym ci generalnie wrzucić tę pracę do działu story i poczytać co na jej temat powiedzą mądre głowy, bo jakbyś poprawił braki warsztatowe byłaby w przyszłości szansa na podium. Z pozytywów jednak mogę nadmienić, że opisy wychodzą ci wcale nienajgorzej jak na amatorskie forum, a także duże propsy za nawiązywanie do miejsc i dynamiki wydarzeń w ŚP, teksty w stylu „miejsce, gdzie obecnie znajduje się bezkresne bagno” kupują mnie od razu. Miłe było również, być może uczynione nieco niechcący, nawiązanie do Hobbita, gdzie Bilbo również zostaje wyrwany ze swojego leniwego życia i który też nie wie czy się tym ekscytować czy może wręcz przeciwnie. No i dość niespodziewane zakończenie.
5/10

Wardasz
Po pierwsze – dankan, rly? Mogłeś zostawić Duncana, spolonizowana forma bije po oczach niczym Boo. Po drugie – ortografy i inne błędy, sam nie jestem z tego najlepszy, ale jest ich tu po prostu od groma, a od niektórych aż zęby bolą. Są tu dobre pomysły, są nawiązania (choć jak na mój osobisty gust na początku za dużo wiedźmina, za mało ŚP, ale opis świątyni to później wynagradza), ale przez te błędy czytanie po prostu boli. Do tego kilka dziur, gdy z orka idioty nagle jest uczony geolog wypowiadający się jak profesor akademii. Są tu dobre pomysły i niektóre dialogi, ale te błędy.. brr. Chętnie oceniłbym wyżej, ale po prostu nie mogę przez to – 5/10

Arim
Ostało się sporo głupich błędów, psuje to wrażenie z pracy, zwłaszcza że z drugiej strony przykładałeś wagę do takich detali jak podział pracy na rozdziały, fajny też ten zabieg z prologiem i epilogiem. Trochę dziwny jest ten motyw, że z jednej „uuu sekta” że nawet oprychy nie bardzo chcą mieć z nimi do czynienia, a z drugiej na wyprawę rusza wesoła ciepła rodzinka, ale można to wybaczyć. Dziwna postać strażnika, z jednej to poprzedni właściciel co chce ocalić świat, a z drugiej dziękuje im, jakby najważniejsze w tym wszystkim było jego wyzwolenie. W ogóle widać że koniec pisany na kolanie, bo z jednej został panem, z drugiej robi to co miecz chce, tak samo „brat” mówi, ze chodziło o pieniądze, to po cholerę brali ostrze..  szkoda, bo mogła to być zwycięska praca, a tak to 7/10.

Dollan
Propsy za żart o napadzie i rozsmarowaniu po polach. I scen z Asterixa. Generalnie bardzo inna praca od pozostałych. Nie jest to może lekkość pratchetta, w kilku miejscach poleciały już suchary (niestety te takie czerstwe co już niezbyt smakują), parę miejsc możnaby było myślę nieco wzbogacić o opisy i tym podobne, ale ogólnie mi się podobało, 7,5/10

Cycek
Opowiadanie bardzo podobne do Tidasowego, tylko lepiej wykonane. Widać, że koniec pisany pod presją czasu, aż żal, że kończy się tak a nie inaczej. Mimo to błędów nie stwierdziłem, dobre dialogi i opisy, może nie rzuca na kolana, ale na pewno jedna z lepszych prac. Szkoda ze nie siedziałeś nad tym dłużej, bo mogło być znacznie lepsze 7,5/10

xilk
Widać pośpiech, początkowe opisy może nie mają jakiś chamskich powtórzeń, ale dało się uniknąć wrażenia że co trzecie zdanie używasz tego samego wyrazu. Później też jest kilka głupotek (Przemyślenia „dobrze strzelają z koszy” choć strzelali z przyłożenia praktycznie..). Co zaś do samego opka.. cóż, nie porwało mnie po prostu. Nie chodzi nawet o to, że jest nieskończone i urywa się nawet nie w połowie, ale jakoś tak.. jakby mu brakło pasji i duszy, nie potrafiłem się zaangażować w treść, choć z pozostałymi pracami jakoś takiego problemu nie miałem. Mam więc spory problem z oceną bo jest to poniekąd przeciwieństwo pracy wardasza – błędów generalnie nie ma, ale po prostu nie wciąga. 5/10 będzie chyba sprawiedliwe, skoro i tamte prace otrzymały taką ocenę.

Dass
Ciebie to chyba zamorduję z kolei za te cegły :P Co zaś do zakończenia.. cóż, jest dość.. niespodziewane. W sumie sam nie wiem co o nim myśleć. Chętnie doczytałbym do końca coś w stylu pierwszej połowy, z drugiej to ciekawy wybieg.. aczkolwiek bardziej jako pomysł ukazujący pewną dekadencką społeczność wykorzystującą nieświadome ofiary, ponieważ takie połączenie magii i współczesnych kategorii mowy czy myślenia, przynajmniej w obecnej formie, niezbyt do mnie trafiało, wykonałbym to inaczej, choć sam koncept był dobry. Też mam słabość do klimatów neoŚP :P Niemniej jednak jest to chyba najlepsza praca, której z czystym sumieniem mogę dać 9/10

cer
w sumie taka wypadkowa pozostałych prac – czasem jakieś drobne błędy (niestety im dalej tym więcej), czasem można by pracować nad naturalnością dialogu, czasem jakiś opis jest mało opisowy.. i ogólnie taki błąd który się często na początku robi, za dużo dialogów kosztem otoczki. Ciekawe jest osadzenie całkowicie w realiach wiedźmina. 5/10


Wielki Czarny Mistrz Podziemia
Znawca Podziemi * Strateg Podziemia * Generał Podziemia * usw.
Nowy, lepszy MoG ver. 2.01b

Non nobis Domine, non nobis, sed nomini tuo da gloriam!

Tidas

  • Wiadomości: 33
Odp: Konkurs na Opis Wyprawy II
« Odpowiedź #2 dnia: Luty 10, 2014, 21:13:29 pm »
Południa w Stolicy były spokojne. Grube mury, mnóstwo strażników oraz Zakon dobrze chroniły miasto. Len nie lubił zbyt wiele spokoju, nudziło go nudne życie

jako handlarz broni. Niestety nie miał zbyt dużego wyboru, odziedziczył biznes po Ojcu który nakazał mu prowadzić rodzinny biznes. Pracowało dla niego dwóch

chłopaków, którzy zajmowali się sprzedażš, on natomiast mógł w spokoju przesiadywać całe dnie w karczmie. Razem z przyjacielem Philsem spędzali tak większoœć

dni.
- Miałbym ochotę wyrwać się z tego miasta, przeżyć jakšœ przygodę dopóki jestem jeszcze do tego zdolny- powiedział Phils
- Nie tylko ty, ale tylko tu mamy jakieœ życie. Poza tym nie tak łatwo żyć poza tym cholernym miastem. Niby Zakon dba o bezpieczeństwo Królestwa, ale na

drogach aż się roi od bandytów. Tylko się opierdalajš i każš sobie płacić za ochronę.
- Masz racje- Phils pocišgnšł łyk złocistego z kufla- No cóż muszę w końcu zobaczyć co robiš moje chłopaki.
- Ehh, do dupy z takš robotš, cóż też sprawdzę- powiedział Len

Len ruszył w kierunku swojego stoiska, cała dzielnica była pochłonięta pracš. Kowale tłukli i formowali metal, sprzedawcy zakrzykiwali do kupna ich towarów,

a z pracowni alchemików wydzielał się dziwny zapach. Już prawie doszedł do stoiska, kiedy zobaczył że Fenn( jeden z chłopaków którzy u niego pracowali) kłóci

się z klientem.
- Nie mogę tego zrobić, przyjmuje tylko pienišdze- krzyknšł Fenn
- Chłopcze, po co ci pienišdze skoro możesz mieć skarb, ja go nie potrzebuje, ale tobie by się przydał.
- Nie, mistrz nakazał tylko gotówkę

Len już doszedł do stoiska. Klientem okazał się młody myœliwy z kuszš na plecach i długim nożem przy pasie.
- Co tu się dziej Fenn- powiedział Len
- Ten tu próbuje wcisnšć mi ten kawałek papieru w zamian za trzy tuziny bełtów- odpowiedział zdenerwowany Fenn
- Panie toż to mapa która prowadzi do jakiegoœ skarbu. Ja jestem tylko myœliwym i mi się nie przyda, za to potrzebuje bełtów do kuszy. A jak nie to myœlę że

konkurencja na pewno będzie chciała wymienić mapę na skarb.

Len chciał odmówić od razu. Wiedział ile osób próbuje tak sobie zapewnić darmowy sprzęt. Jednak gdyby mapa okazała się prawdziwa to razem z Philsem mieli by

swojš przygodę. Len był rozdarty jednak nie traktował handlu poważnie, jedynie jako Ÿródło utrzymania.
- Dobrze Fenn przynieœ panu trzy tuziny bełtów, a pan poda mi mapę- powiedział Fenn.
Myœliwy od razu podał Lenowi mapę i kiedy tylko chłopak przyniósł bełty odebrał je szybko. Lena to nie obchodziło, chciał tylko zobaczyć mapę. Mapa była

stara, i miejscami poniszczona, ale pokazywała najważniejszy fragment. Zachodnie granice Królestwa i czerwony krzyżyk w miejscu w którym obecnie znajduje się

bezkresne bagno. Od razu pobiegł ku stoisku Philsa.

***
Phils nudził się w domu. Gdy tylko dotarł na swoje stoisko szybko zrobił rozliczenie i tyle go tam widziano. Przed nim znajdował się kawał dziczyzny

przygotowanej przez jego służke. Jadł powoli popijajšc co chwila winem z Krianis. Posiłek mijał spokojnie kiedy usłyszał głoœnie stukanie w drzwi.

Niechcianym i niespodziewanym goœciem okazał się Len, który bez względnych uprzejmoœci przekazał dobre nowiny Philsowi. Phils słuchał spokojnie choć przez

poœpiech Lena było to ciężkim zadaniem. Kiedy jego przyjaciel znużony powiedział
- A skšd możesz wiedzieć że ta mapa jest prawdziwa, nie lubię tego miasta, ale Bezkresne Bagno !?- ostatnie zdanie podkreœlił doœć mocno.
- Phils przyjacielu, w Królestwie raczej przygody nie znajdziemy, a tu trafia się taka sytuacja. Sam nie jestem zadowolony z umiejscowienia skarbu, ale gnić

tu nie będę

Spierali się tak długo, Phils dawał argumenty przeciw, a Len odpowiadał argumentami za wyprawš.

-Nie Len, nie wyruszę z tobš na tš wyprawę- powiedział Phils i skończył rozmowę


***

Len był zły, ale nie nienawidził życia handlarza. Postanowił sam wyruszyć na wyprawę, mimo że nie chciał wędrować po bezkresnym bagnie sam. W domu zaczšł

przygotowania, spakował to co uważał za słuszne na takš wyprawę: ubrania, prowiant, miecz i kuszę którš wybrał ze swego straganu oraz œredniej wielkoœci

mieszek monet. Wieczorem przekazał chłopakom że wyrusza do rodzinny i może go długo nie być. Nakazał im pilnować interesu, po czym skierował się do domu żeby

ostatni raz się przespać w swoim łóżku.


***
Nastał œwit, Len wolno wstawał. Nie było to przyjemne uczucie, ale nie mógł się doczekać swojej przygody. Zabrał wczeœniej przygotowany ekwipunek i wyruszył

ku bramie. Ku swemu zdziwieniu przed domem czekał na niego Phils. Miał ze sobš sporo rzeczy, oraz był uzbrojony tak samo jak Len
- Nie myœlałeœ chyba że cię jednak puszcze samego, przecież ty nawet nie potrafisz zawišzać butów bez mojej pomocy- powiedział Phils, uœmiechnšł się i dodał

po chwili- Poza tym ty pewnie nie masz pomysłu jak dotrzeć na bagno, a ja natomiast mam pomysł...


***


Len razem z Philsem stali razem na pokładzie statku. Len był zadowolony, sam miał zamiar na poczštku iœć lšdem zatrzymujšc się w wioskach. Phils natomiast

wymyœlił żeby udali się do Chalar i tam wynajęli statek. Wydawało się to dobrš drogš, jednak wynajęcie miejsca na statku nie było łatwe, statki albo

wyglšdały jakby miały się rozpaœć na pierwszy sztormie, albo wynajęcie kajuty przekraczało możliwoœci majštkowe Lena i Philsa. Na szczęœcie Philsowi udało

się znaleŸć idealny statek. Kierował się do Rajani, skšd były już tylko 3 dni drogi do bezkresnego bagna. Był tylko jeden minus, Phils nie wspomniał Lenowi

że będš musieli pracować na tym statku, a kapitan nie należał do tych którzy dajš łatwę zajęcie podróżnym. Szorowali pokład, gotowali posiłki oraz

wiosłowali, ale nie chodzili głodni, a przewóz był prawie za darmo. Minęło już jakieœ półtora tygodnia od opuszczenia przez nich Stolicy kiedy przybyli do

Rajani. Było to małe handlowo-rybackie miasteczko które utrzymywało się ze sprzedaży ryb, głównie œledzi które występowały licznie w okolicznych wodach.
Opuœcili statek i skierowali się ku straganowi. Len miał zajšc się prowiantem, a Phils uzupełnić amunicje do kusz. O ile Len miał łatwe zajęcie ( kupił

kilka solonych ryb i suszonego mięsa), natomiast Philsowi nie było łatwo zdobyć bełtów, w mieœcie był mały popyt na nie. Jednak po godzinnej wędrówce po

mieœcie znalazł stary sklep z broniš który prowadził stary człowiek. Sprzedawca był trochę szalony, œmierdziało od niego tanim winem a wyglšdał jakby więcej z

niego było niedŸwiedzia niż człowieka. Jednak phils nie narzekał, ceny miał dobre niestety z jakoœciš bywało różnie. Po uzupełnieniu zapasów, zjedli ciepły

posiłek w karczmie, po czym wyruszyli od razu w drogę...

***

Bezkresne bagno nie było przyjaznym miejscem. Nie należało do nikogo, ani do Królestwa, ani do Podziemia z którymi sšsiadowało. Jednak zdarzało się że

dochodziło tu do regularnych starć obu państw. Najgorsze jednak były stworzenia, które do przyjemnych nie należały. Pełno tu było drapieżników, padlinożerców

które tylko czekały na kawałek œwieżego mięsa. Smród był nie do wytrzymania, ale Len i Phils kierowali się coraz dalej w bagno. Według mapy skarb znajdował

się gdzieœ w œrodkowej częœci bagna. Im bliżej œrodka tym okolica stawała się coraz okropniejsza, za dnia było jeszcze znoœnie, ale w nocy nie dało się

wędrować. Wtedy najgorsze bestie wyłaziły ze swoich nor. Len i Phils umówili się że każdy będzie pół nocy wartować, tak żeby drugi mógł się przespać.

poczštki nie były łatwe, ale handlarze przyzwyczaili się do poczucia grozy i smrodu. Mimo wszystko wędrówka trwała spokojnie dopóki nie znaleŸli trupa.
Był cały pogryziony, i ledwo można było rozpoznać, ale jedna rzecz ocalała. Naszywka na mundurze przedstawiajšcej 2 skrzyżowane miecz oraz 2 zielonek

kropelki pod nimi.
- Cholera Phils, ten trup wyglšda na œwieżego, wiesz może kim on może być- powiedział z przerażeniem Len
- Nie ma wštpliwoœci, to najemnik. Nie znam tego oznaczenia, więc bardzo możliwe że pochodzi z Podziemia.
- Z Podziemia!!! ale co on tu robi
- Nie wiem tego Len, jednak nie jestem już taki pewny czy chcę kontynuować wyprawę, skoro grożš nam nie tylko bestie, ale też najemnicy
- Phils nie po to zaszedłem tak daleko, tylko po to by się wycofać tak blisko celu, może jednak ten trup jest stary, albo najemnicy poszli w innš stronę
- Chyba masz racje Len, znajdŸmy nas skarb

Wędrowali dalej, na szczęœcie nie spotkali już trupów. Wędrówka po bagnie była coraz cięższa, woda stawała się coraz mętniejsza, a grunt nie pewny. Jednak 4

dni po spotkaniu trupa odnaleŸli dziwny budynek. Wyglšdała jak stara œwištynia poœwięcona Bogom

- Jak myœlisz Len, czy w tym miejscu znajduje się nas skarb
- Nie wiem Phils, ale według mapy to powinno być gdzieœ tutaj
- Więc to chyba to miejsce, w końcu w bajkach których opowiadała mi niania skarby zawsze były w œwištyniach, starych zamkach albo górach strzeżonych przez

smoki
- Cóż mam nadzieje nie spotkać smoka, ale według mapy się zgadza, wchodzimy

Handlarze weszli do œwištyni, zaraz po wejœciu zobaczyli półokršgłš komnatę, oraz otwarte drzwi. Za drzwiami były schody prowadzšce w dół. Skierowali
się w dół, i zamarli z przerażenia. Na końcu schodów zobaczyli kolejne ciało najemnika. Całe podziurawione, a krew na podłodze była jeszcze œwieża.
- O cholera, Len to chyba nie jest dobry pomysł
- Spokojnie Phils, jak widzisz tu sš pułapki, w takim tempie wszyscy najemnicy powybijajš się na tych pułapkach, a my sobie spokojnie przejdziemy
- No dobrze Len, ale dalej uważam że powinniœmy się wycofać- rzekł Phils ze strachem w głosie.

Obejrzeli dokładnie otoczenie, i zauważyli że jeden z bloków na podłodze różni się od innych. Ominęli go i spokojnie przeszli zostawiajšc pierwszš pułapkę za

sobš. Szli coraz dalej w głšb œwištyni, mijajšc coraz to nowe trupy i pułapki, jak zabójcze strzałki ze œcian, kwas, żmije, zapadajšcy się sufit oraz wiele

wiele innych. Udało im się ominšć wszystkie pułapki dzięki ciałom najemników którzy w nie powpadali. W końcu zobaczyli jasne œwiatło na końcu korytarza. Na

œcianach były kraty z kolcami, na szczęœcie korytarz był szeroki, dlatego spokojnie przeszli. Dostali się do dużej prostokštnej komnaty. Wszędzie były posšgi

i obrazy, a na œrodku stało wysokie podwyższenie, na którym stał człowiek. Len i Phils stali przerażeni, natomiast człowiek na podwyższeniu oglšdał

przepiękny miecz. Miecz wyglšdał na półtora ręczny, ale Len nie mógł tego ocenić z takie odległoœci. Człowiek zauważył Handlarzy i krzyknšł
- Kim wy do cholery jesteœcie


Len i Phils stali jak sparaliżowani, nie mogli się ruszyć, a człowiek z mieczem zaczšł iœć w ich stronę

- Mówiłeœ że wszyscy najemnicy zostanš wybici przez pułapki- rzekł ze strachem Phils
-Ja..Ja...Ja
- Kim wy do cholery jesteœcie- krzyknšł jeszcze raz człowiek, z tej odległoœci było widać już dokładnie jego mundur.

Wyglšdał jak najemnicy, tylko jego mundur był bardziej zdobiony, dzięki czemu handlarze domyœlili się że widzš przed sobš dowódce najemników. nagle Phils się

ocknšł i krzyknšł
- uciekajmy- i razem z Lenem zaczšł uciekać do wyjœcia
Dowódca najemników ruszył za nimi w pogoń, wzišł załadowanš kuszę z pleców i wymierzył w handlarzy. Trafił Lena w nogę który upadł
- Phils- krzyknšł Len upadajšc
- Len trzymaj się- powiedział Phils, wyjšł kuszę i próbował też trafić dowódce najemników, niestety chybił. Wycišgnšł miecz , pomógł Lenowi wstać i razem z

nim uciekał w wolnym tempie przez ranę Lena. Najemnik szybko dogonił handlarzy. Złapał Philsa i popchnšł go na kolce
-PHILSSSSS!!!!!!!!- krzyknšł Len
Len wycišgnšł miecz i używajšc go jako podpory zaczšł uciekać. Wiedział że dla Philsa jest już za póŸno. najemnik wiedzšc że len mu nie ucieknie, użył miecza

żeby odcišć głowę umierajšcemu Philsowi.
Len używał wszystkich swoich sił żeby uciec. najemnik znowu go gonił. Poruszał się najszybciej jak tylko mógł, gdy nagle grunt się pod nim usunšł. Uciekajšc

zapomniał o pułapkach i zaczšł spadać. Patrzšc w góre zobaczył tylko œmiejšcego się najemnika. Zamknšł oczy i zdšżył wyszeptać "Przepraszam Phils" zanim

poczuł zapach kwasu. Nagle poczuł ból...
« Ostatnia zmiana: Luty 10, 2014, 21:14:12 pm wysłana przez Sentenza »

wardasz

  • Wiadomości: 883
Odp: Konkurs na Opis Wyprawy II
« Odpowiedź #3 dnia: Luty 10, 2014, 21:15:07 pm »
   Siedzieli i czekali. Słońce chyliło się ku zachodowi, dzień się kończył, ogień trawił kolejne gałęzie, a oni wciąż siedzieli i czekali aż ona wróci. Dankan wertował kolejną książkę, szukając wzmianek o tym co można napotkać w świątyni, Ryu w swoim idiotycznym zwyczaju nakładał truciznę na ostrza, ignorując fakt że magiczni strażnicy raczej nie przejmą się nią zbytnio, Vrex chlał, wiedząc że od niego myślenia się nie wymaga, a w walce alkohol mu nie przeszkodzi, Silent zaś ostrzył jeden z mieczy-długie, proste ostrze, które używał na co dzień. Berta, wielka skalna niedźwiedzica Vrexa, leżała spokojnie z boku obozu, po przeciwnej stronie niż konie pozostałych członków bandy. Vukko przyglądał jej się z lękiem. Nie podskakiwał już ze strachu na jej widok czy ryk bojowy, ale wciąż budziła w nim lęk. W sumie trudno było mu się dziwić. Rozumiał, że Vrex jest wielkim, mierzącym dwa i pół metra i warzącym pewnie z ćwierć tony (jak nie więcej) orkiem i po prostu nie ma konia który go uniesie, ale… jeździć na niedźwiedzicy? Choć przynajmniej było coś charakterystycznego w ekipie. Grup jak oni było pełno, a dzięki Bercie wyróżniali się na tle pozostałych… w sumie to dzięki niej chciał dołączyć właśnie do nich. Nie planował tego, ale zawsze mówił że jak ma dołączyć do jakiejś grupy to właśnie do niech… no i jakimś cudem tak wyszło że dołączył.
   Z rozmyślań wyrwało go warknięcie Berty. Wszyscy spojrzeli na nią, a potem w kierunku z którego dobiegł odgłos łamanej gałązki. Z pomiędzy drzew wyszła Iris, trzymając dwa patyki w dłoniach. Minę miała zrezygnowaną.
-Jak zwykle. Pozabijali by was tu, a byście nie usłyszeli że ktoś idzie.
-No jak nie słyszeliśmy!!! – wrzasnął Vrex, podnosząc się znad bukłaka – Berta od dawna cię czuła, tylko że cię zna, wiec nie robiła afery. Prawda, Berciu?
   Niedźwiedzica ponownie warknęła, ale Iris nie wyglądała na przekonaną.
-Berta mnie wyczuła, bo obeszłam obozowisko od drugiej strony, by wiatr niósł mój zapach w waszą stronę. A i tak warknęła dopiero gdy gałąź podnosiłam.
-Dobra, mniejsza – Silent wstał i schował miecz do pochwy – nie każdy jest elfem, jak ty. Wychowałem się na pustyni, z natury bazuje na wzroku, nie słuchu. Ale mniejsza z tym, co takiego widziałaś?
-Ehhh, Silent, Silent, - do rozmowy włączył się Ryu, swym monotonnym, nużącym głosem - jak zwykle w gorącej wodzie kąpany, jak zwykle nieuprzejmy. Czemu wy, ludzie, musicie robić wszystko natychmiast, wiedzieć natychmiast, a przy tym jesteście takimi ignorantami? Nie tylko my, elfy, musimy być czujni. O tym, że to ty hałasowałeś trąc tym kamieniem po stali już nie wspomnę.
-Ryu, z tego co pamiętam ty, jako mistrz morderstw i śledzenia, jesteś naszym drugim zwiadowcą, znaczy to ty powinieneś uważać na otoczenie gdy jej nie ma. – skontrował Silent – poza tym to wy, elfy, jesteście total…
   Słowa szermierza zagłuszył ryk Berty, stojącej na tylnych łapach, z Vrexem ledwo utrzymującym się na jej grzbiecie. Wszyscy spojrzeli w ich stronę.
-No, więc jak skończyliście się kłócić – ork wydarł się na całe gardło – to może już ruszymy? Podobno nie chcecie spędzać kolejnej nocy w tym lesie?
   Faktycznie nie chcieli. Od tygodnia przedzierali się przez puszczę na zachodnich kresach Algaroth. Małe zaludnienie i bliskość ziem podziemia spowodowała że las ten był pełny wszelakiego świństwa. W przeciągu siedmiu dni uciekali przed stadem wiwern, bili się z wilkołakiem, przebijali się przez stado endriag, tropili sukkuba który porwał Ryu (który już raz mają kłopoty przez jego żądzę, a podobno on ma żonę), walczyli z trolem, trupojadami i truposzami, przerośniętymi niedźwiedziami i Innos wie z czym jeszcze. Szczęściem drobiazgi nie wchodziły im w drogę, wyczuwając z daleka Bertę. Ale i tak Vukko i Iris zużyli większość strzał (mimo że wzięli spory zapas zarówno gotowych, jak i grotów do zrobienia nowych), Ryu uzbierał wielką torbę organów używanych jako składniki alchemiczne, Dankan przeklinał las na wszystkie możliwe sposoby, uparcie twierdząc że jest złodziejem a nie wojownikiem, a Vrex uznał wyprawę za najlepszą przygodę swojego życia. Chyba jako jedyny z chęcią by spędził kolejną noc pomiędzy tymi drzewami.
-Olbrzym ma rację – odezwał się Dankan, siedzący już w siodle – o ile Iris nie widzi problemów w postaci jakiegoś syfu na drodze ruszajmy do tej świątyni.
-Nie, droga czysta. Aura świątyni chyba odstrasza potwory. W samej świątyni jest chyba gniazdo drobnicy jakiejś, lisy czy inne pierdółki, ale tym się nie należy przejmować. Berta będzie miała co jeść. Śladów ludzi nie ma, jesteśmy przed Siwym chyba. W drogę.
   Siwy. Widmo wiszące za nimi od czasu dowiedzenia się o mieczu i o nagrodzie wyznaczonej przez Kapitułę. Inna banda, rywalizująca z nimi od wielu lat. Sam Vukko ich nie znał, przez ostatni rok, gdy już jeździł z Silentem i paczką, nie skrzyżowały się drogi tych dwóch grup, ale słyszał dość sporo-w otwartej walce szans by nie mieli, ale wkurzyć potrafią, łup zwędzić czy pod ubitym potworem się podpisać i nagrodę za cudzą robotę wsiąść. Choć ponoć zabawić się umieją, jak należy. Teraz oni także ruszyli do świątyni, chcąc zdobyć nagrodę za zabranie z niej miecza zanim zrobią to sługusy Beliara. Wyruszyli dwa dni wcześniej, więc obawy że dotrą do świątyni jako pierwsi były jak najbardziej uzasadnione. Widać zgubili się w lesie lub potwory skutecznie ich zatrzymały.
   Dosiedli koni i ruszyli. Zgodnie ze słowami Iris po drodze nie napotkali na cokolwiek co by nie uciekało natychmiast po wyczuciu zapachu Berty. Po niecałych 30 minutach dotarli do bramy świątyni. Wielkie, dębowe, okute drzwi na końcu stu metrowego wąwozu, głębokiego na końcu na około 15m. Mimo że ponoć mają kilka tysięcy lat drewno nie zbutwiało, a żelazo nie zardzewiało. Jedynym widocznym uszkodzeniem był brak dolnej części jednej z desek. Podjechali, zeszli z koni, Silent chciał tak po prostu otworzyć drzwi. Nie ustąpiły jednak.
-Zamknięte. Dankan, czas na ciebie.
   Kha'jiit podszedł do drzwi i obejrzał zamek. Bez słowa wyjął wytrych i niewielki nożyk i zaczął grzebać w zamku. Po chwili usłyszeli wyraźne kliknięcie, a pchnięte przez włamywacza drzwi otworzyły się.
-Jeżeli wszystkie bariery i pułapki będą…
   Urwał, widząc lecący w stronę swojej twarzy, okuty na końcu i zaostrzony pień. Dankan kucnął, pień przeleciał przez miejsce gdzie jeszcze niedawno była jego głowa, wyleciał dalej, na zewnątrz, zatrzymał się na łańcuchach na których wisiał, po czym zaczął wracać. Po kilku kolejnych wahnięciach zawisł w wejściu do świątyni.
-No wiecie co?!?! Wahadłowy pal, na zewnętrznych drzwiach??? – zasyczał poddenerwowany kotołak – a ponoć klasztornicy to ostoja finezji, spokoju i taktu, o magii nie wspomnę. I co, na samym wstępie belka połączona sznurkiem z klamką?
   Wszyscy zachichotali. Dankan, jako włamywacz i spec od pułapek od początku wiedział, że będzie musiał przeprowadzić drużynę przez labirynt wiodący do komnaty z mieczem, i z tego powodu większość wolnego czasu spędzał na czytaniu książek poświęconym zarówno tej świątyni, jak i ogólnie magicznym pułapkom i blokadom stosowanym przez wyznawców Adanosa. Jeśli cała świątynia będzie taka prosta, będzie to oznaczało że wszystkie jego trudy i (przede wszystkim) nerwy pójdą na marne. A on niezbyt to lubił.
-Jebać belki – na potwierdzenie swych słów Vrex rozbił uderzeniem topora belkę na dwie części – ruszajmy po miecz.
   Weszli więc. Vukka aż zatkało. Pierwsza komnata była wielka, miała niemal 10 metrów wysokości, dwa razy tyle szerokości i ponad 50 długości. Sześć wielkich, mających pewnie z metr średnicy kolumn podpierało strop. Całość była pokryta freskami ukazującymi Klasztor Adanosa, jego Kapitułę i zwykłych członków, armię, magów i cywilów. Zbroje i szaty magów, przedstawione na malowidłach, nie były widziane w Algaroth od wieków, twarze i imiona mistrzów przetrwały jedynie w kronikach. A Dankan czytał ostatnimi czasy także kroniki.
-To Addon i Rex, jedni z wielu Mistrzów Klasztoru Adanosa. To za czasów ich władzy powstała świątynia, to oni stworzyli plan kradzieży miecza. Cała reszta to zapewne wizerunek klasztoru za czasów ich władzy.
-Dobra, mniejsza z obrazkami. – wtrącił się Silent - Potem możemy zaprosić tu staruszka Gurta co by mógł się historią nacieszyć. Nas interesuje miecz.
-A co, ten już ci się znudził? – odezwała się Iris, wskazując na miecz wiszący przy prawym boku towarzysza.
-Nie, Tardżuk spisuje się znakomicie i nie mam ochoty go zamieniać na nic innego. Ale za to ostrze Beliara wydębimy od tego całego Neda sporo złota. Ile tam było w ogłoszeniu? 50 funtów?
   50 funtów złota. Tyle było w ogłoszeniu, to skłoniło resztę do pójścia na wyprawę, Vukko jednak liczył na coś innego. W przeciwieństwie do towarzyszy był członkiem Zakonu. Miał nadzieje że sukces ekspedycji przyniesie mu nie tylko przeniesienie z obozu rekrutów do straży miejskiej, ale i patent oficerski.
   Zgodnie ze słowami Silenta ruszyli dalej, zostawiwszy w pierwszej komnacie konie i Bertę. Poza bramą którą weszli w komnacie były jeszcze jedne drzwi, małe, żelazne, umieszczone dokładnie naprzeciwko tamtych. Dały się otworzyć bez żadnych problemów, nie były także zabezpieczone żadną pułapką. Za nimi ciągnął się korytarz wysoki na dwa i pół metra, szeroki na dwa. Olbrzymi Vrex ledwo się w nim mieścił. Pierwszy szedł Dancan, zaraz z nim Silent. Następnie Ryu, Vrex, Vukko i zamykająca pochód Iris. Każdy (poza orkiem, który nie bardzo miał jak) niósł pochodnie. Poza rzadkimi, krótkimi zdaniami kha'jiita, który ostrzegał od czasu do czasu przed podejrzanie wyglądającymi płytami, mogącymi aktywować pułapki, nikt się nie odzywał. Na ścianach widzieli kolejne freski, przedstawiające krajobrazy, ludzi, bitwy i święta. Ich przewodnik był zajęty pilnowaniem drogi, więc nie było nikogo kto by im wyjaśnił co przedstawiają, ale domyślali się że skoro początek ukazywał klasztor współczesny twórcom świątyni, to wchodząc w nią głębiej wchodzą głębiej w jego historię. Tunel wił się, raz zakręcał powoli i łagodnie, innym razem łamał się gwałtownie pod kontem większym niż 90⁰, czasem ciągnął się 200 metrów idealnie prosto. Stale mieli wrażenie że powoli, ale jednostajnie schodzą coraz to głębiej i głębiej pod ziemie. Po przeszło godzinie marszu dotarli do następnej komnaty. Rozległa, bo mająca aż 6 metrów szerokości i dwa razy tyle długości (oraz 3 metry wysokości, co szczególnie uszczęśliwiło Vrexa), z ośmioma sarkofagami stojącymi w dwóch rzędach po cztery, mniej więcej na środku komnaty. Pod ścianami, w niewielkich wnękach, stały szkielety trzymające obnażoną broń najróżniejszego typu, niby pozostawione na warcie. Pomiędzy nimi stały kamienne rzeźby, przedstawiające jakichś dziwnych, egzotycznych wojowników o płaskich, kwadratowych głowach. Poza tym ściany były nagie, w przeciwieństwie do korytarza komnata nie była pokryta freskami. Naprzeciw wejścia do komnaty były kolejne drzwi, znowu żelazne. Tym razem nie miały zamka ani klamki, nie ustąpiły też gdy Dankan je pchnął, mając nadzieje że nie są zablokowane. Otworzyło się za to wykute nad drzwiami oko, generując słup światła, który począł ślizgać się po drużynie. A potem rozległ się głos:
„Sprowadzam rany i oczyszczenie
Kiedy przemijam-historii zniszczenie
Życie i blizny to dla mnie spełnienie
Czym jestem”
   Mina Vrexa spochmurniała. Nie dość że nie dołoży się raczej do rozwiązania zagadki, to jeszcze jako odporny ma magię (przynajmniej częściowo) będzie musiał sprawdzić ustalenia towarzyszy. Pochmurniał także Ryu, spoglądając z przekąsem na Dankana
-A narzekałeś na zbyt proste pułapki.
-Spokojnie zaraz coś się wymyśli – odezwał się Silent – jakieś sugestie?
-Czas – powiedziała Iris
-Albo los – dodał Vukko
-Może też być przeznaczenie. – skwitował Silent – ale czas mi pasuje najbardziej. Vrex?
   Vrex westchnął, stanął przed drzwiami i spojrzał na oko, a to oświetliło go.
-Odpowiedź brzmi: czas!
   Promień światła z pomarańczowego zmienił się na czerwony. Odpowiedź podła głosem podobnie bezbarwnym, jak wcześniej zagadka:
-Odpowiedź…     nieprawidłowa.
   Strumień światła zmienił się w strumień ognia, który otoczył Vrexa. Ten zawył, począł dusić ogień na sobie, ale niezbyt mu to szło. Wszyscy wiedzieli, że wprawdzie po przygodach w ruinach i podziemiach Haydinhall niedźwiedzi jeździec jest w jakimś tam stopniu odporny na ogień, ale nikt nie wierzył by był on w stanie stań w nieskończoność pod tym strumieniem ognia, a chyba nie mógł się przemieszczać, w przeciwnym razie już by odszedł na bok. W tym momencie na twarzy Vukka wymalowało się uczucie olśnienia i triumfu. Podbiegł pod drzwi i ryknął na całe gardło:
-Odpowiedź brzmi: ogień!!!
   Płomienie otaczające orka znikły, snop światła skierował się na argonianina, zmienił barwę na złoty. Drzwi szczękneły.
-Odpowiedź…     prawidłowa
   Drzwi się otworzyły, za nimi widać było kolejną komnatę, podobną do tej w której właśnie się znajdowali. Vrex, wolny już od ognia, uśmiechną się szeroko. Na jego skórze nie było widać najmniejszego śladu po oparzeniach.
-Ale żeście spanikowali – wyszczerzył się – co, myśleliście że taki płomyczek mi coś zrobi???
-Nie, wiedzieliśmy że los nie jest na tyle łaskawy by cię od nas zabrać – powiedział Ryu z przekąsem
-Oj Ryu, daj już mu spokój. Od czasu gdy cię znalazł, gdy zamiast się stawić na punkcie spotkania zabawiałeś się z jakąś wieśniaczką, robisz wszystko by go zdenerwować.
   Ryu chciał chyba coś powiedzieć, ale uprzedził go Silent
-Tak Ryu, wiemy że miała na imię Celina i była córką sołtysa. Nie mam zamiaru wysłuchiwać teraz waszych kłótni. Idziemy dalej. Chce jeszcze przejść kilka komnat zanim położymy się spać.
   Faktycznie, na zewnątrz już zapewne słońce zaszło. Dawno już przyzwyczaili się wprawdzie do krótkiego snu czy zasypiania nawet i 4 godziny po zachodzie słońca, ale po tygodniu niepokojów, nocnych alarmów i podwójnych wart z chęcią przespali by ciut więcej czasu niż zwykle. Weszli do kolejnej komnaty. Była prawie że identyczna jak poprzednia. Znowu osiem sarkofagów, znowu warty ze szkieletów uzbrojonych w mozaikę nie wiedzieć czemu nie zardzewiałej broni, znowu posągi wojowników i znowu drzwi i oko zadające zagadkę nad nimi:
„Kryształ, piękny, ale naprawdę nie drogi”
-Hmmm, kolejna – odezwał się Ryu – Dankan, jesteś złodziejem, powinieneś wiedzieć. Jakie kryształy są tanie?
-Jak coś jest tanie, to nie warto tego kraść – kha'jiit spojrzał na elfa jak na idiotę – a to znaczy że mnie nie interesuje. Może Vrex coś wie, jest budowniczym i geologiem.
-Hmmm… - ork, zaskoczony że go pytają, zamyślił się głęboko – kryształ górski, jest go masa, i da się go ładnie oszlifować. Może to też być złoto głupców, przez górskie maluchy zwane pirytem, zasrane mądrale… może też to być…
-Skończ, Vrex. – przerwał mu Silent - Za dużo tego. Nawet ty wymieniłbyś jeszcze kilka możliwości, a gdyby tu ściągnąć gnoma-jubilera mógłby cię tu przez rok smażyć, tyle by pomysłów miał. To musi chodzić o coś zupełnie innego.
-Hmmm, może szkło – zasugrowała Iris – są metody wytapiania szkła na podobieństwo kryształów, a samo w sobie szkło jest dość tanie. Zwłaszcza w porównaniu z takim diamentem czy szafirem.
-Nie wydaje mi się. – odezwał się Ryu – szkło jest wynalazkiem stosunkowo młodym, gdy tworzono świątynie raczej go jeszcze nie znano…
- Skupmy się na tym co mamy. – powiedział Vukko - I na tym co było. Musimy pomyśleć jak oni.
-Na tym co było? – podchwyciła Iris – a dopiero co był ogień! Lód! Lód! Odpowiedź brzmi: lód!
   Słup światła, ślizgający się dotąd po drużynie, spoczął na elfce i zmienił kolor na złoty, monotonnie bezbarwny głos oświadczył że lód jest prawidłową odpowiedzią, zaś drzwi się otworzyły, ukazując… kolejną taką samą salę. Silent westchnął, Vrex aż zawył z irytacji, Vukko, Dankan i Iris spojrzeli na drzwi, a potem siebie z lekkim zrezygnowaniem na twarzach.
-Serio? Kolejna zagadka? – jęknął Ryu, wyrażając myśli całej drużyny.
   Podeszli, oko się otworzyło. Snop światła ponownie zaczął jeździć po nich, zaś monotonny głos objawił im treść kolejnej zagadki:
„Chodzę pomiędzy ludźmi
chowam się za ich oczami
słońce mnie odkrywa
czym jestem?”
-Teraz to ja zupełnie nie wiem o czym może być mowa. – odezwał się Silent, przerywając chwilę milczenia zapadłą po zakończeniu zagadki – A wy?
-Nie mam pojęcia – przyznał Dankan – ale spróbujmy to drogą co ostatnio. Te hasła muszą się jakoś łączyć.
-Woda? – zaryzykował Vukko – chyba jedyne co mi się kojarzy z ogniem i lodem na raz, ale totalnie nie pasuje do zagadki.
-Ogień i lód… - zamyśliła się Iris – przeciwieństwa, ale przecież się łączą. Co może być trzecią siłą w tej układance? Powietrze? Ziemia? Nie, to się nie trzyma kupy…
-Trzecią siłą??? – Vukko spojrzał na nią badawczo – Trzy siły… jak trzech bogów…
-Jaszczurko, jesteś genialna – zamyślony dotychczas Dankan podniósł gwałtownie głowę – ogień to Innos tak jak lód, a raczej woda, to Adanos. Czas na coś związanego z Beliarem…
-Coś co oboje uznajemy za największego sojusznika – odparł Ryu, stojąc już przez drzwiami i patrząc na oko – odpowiedź brzmi: cień.
   Ponownie światło stało się złote, a drzwi się otworzyły. Po drugiej stronie była… nie tym razem nie taka sama komnata. Tym razem była owalna komnata, średnicy jakiś 15 metrów, z niewielką, niedziałającą już (ale wciąż o basenie wypełnionym wodą) fontanną na środku. Ściany ponownie pokryte były freskami, pomiędzy którymi były rzeźby gargulców i… pochodnie. Dwanaście stalowych uchwytów, w każdym nienaruszona jeszcze żagiew. Wprawdzie poszukiwacze mieli nawet spory zapas pochodni, ale nowe przyjęli z wdzięcznością jako prezent od przychylnego im losu. Zmęczeni przygotowali szybką kolację składającą się z suszonych owoców, chleba, wędzonego mięsa i sera, zjedli i położyli się spać, pierwszy raz od tygodnia stawiając tylko jedną osobę na warcie. Pierwszą dostał Ryu, drugą Dankan, ostatnią zaś Vukko. Stojąc na warcie miał czas obejrzeć sobie dokładnie freski pokrywające ściany. Było tam kolejnych dwóch przywódców klasztoru oraz ponownie armia, magowie i cywilni mieszkańcy, miasta, wsie i krajobrazy. Po wyglądzie uzbrojenia i miast można było wywnioskować że przedstawiają one starszy okres dziejów niż te z pierwszej komnaty świątyni. Wielokrotnie powtarzający się motyw kowala, górnika i mincerza sugerował że okres rządów dwójki okazanej na malowidle był okresem rozkwitu gospodanki, zaś triumfujące armie i klęczące postacie w zupełnie odmiennych szatach-sukcesów politycznych i militarnych. Pomiędzy fragmentami fresku stały gargulce, każdy trzymał w dłoniach jakiś przedmiot, każdy co innego. Był tam sztylet, miecz, młotek, pochodnia, dzwonek, ludzka czaszka, cęgi, złota moneta, waga, róg i dzban, ostatni nie trzymał nic, ręce miał splecione na brzuchu. Wszystko, poza monetą, było wyrzeźbione z kamienia, moneta zaś była nienaturalnie duża i przyczepiona jakimś sposobem do rąk gargulca-Vukko, po dosyć długim wahaniu, próbował zabrać ją z rąk rzeźby. Nie dało się. Ponadto u stóp każdego gargulca stała kamienna misa, a wokoło fontanny leżało pełno glinianych dzbanów i mis. Vukko nie miał za bardzo pojęcia, po co to wszystko, jednak podejrzewał że ma to jakiś związek z okiem znajdującym się ponad kolejnymi drzwiami, jednak nie ośmielił się do niego zbliżyć i aktywować zagadki.
   Gdy w końcu minął czas jego warty, co równało się z końcem czasu przeznaczonego na odpoczynek, obudził pozostałych członków wyprawy. Po szybkim śniadaniu, w czasie którego Dankan zrobił im krótki wykład na temat postaci ukazanych na freskach (a byli to Ardhad i Magnat, przywódcy Klasztoru za czasów jego największego rozkwitu), czym zanudził Vrexa, zirytował Silenta i zaciekawił Iris i Vukko. Ryu, jak prawie zawsze zresztą, nie okazał żadnych emocji z tym związanych, podtrzymując obraz zamkniętego w sobie i nic nie mówiącego, stereotypowego elfa. Po zebraniu manatków stanęli przed drzwiami prowadzącymi do dalszej części świątyni. Oko ponownie zalśniło, a pomarańczowy promień począł ślizgać się po całym pomieszczeniu.
„Cztery zwierzęta jak rośliny potraktuj, a w głębie zajrzysz. Pierwszego zabijesz, gdy do otwarcia użyjesz. Drugi to zimny kochanek, co czuły jest i blisko zawsze, lecz całuje krwawo, i tylko gdy pan jego każe. Trzeci zwołuje żywych, lecz i zmarłych opłakuje nieraz. Ostatni śmiercią jest nazywany, gdy mędrzec o nim mówi, a mimo to szczytem pragnień jest władców i z pospólstwa wielu”
   Poszukiwacze przygód spojrzeli po sobie.
-No, ktoś tu chyba narzekał na to że zagadki są proste – zauważył Silent z przekąsem.
-Ale ja nie o tym – Dankan próbował się bronić – chodziło mi o tą prostacką pułapkę przy zewnętrznych drzwiach…
-Spokój! – przerwała Iris – skupmy się na zagadce.
-Racja – Dankan spojrzał na elfkę, po czym rozejrzał się wokoło – zwierzęta potraktować jak rośliny… co się robi z roślinami?
-Pielęgnuje – odezwał się Vukko – nawozi, oczyszcza… - urwał, po czym wziął z podłogi dzban i nabrał wody z baseniku fontanny - …i podlewa.
   Spojrzeli na szereg gargulców i stojące u ich stóp kamienne misy. Wszystkim poza Vrexem, którego mina wyrażała niezrozumienie, zaświeciły się oczy w przypływie olśnienia. Iris, Ryu i Dankan także wzięli i napełnili dzbany. Co ciekawe, poziom wody w basenie nie opadł nawet o milimetr.
-Dobra, to teraz powoli – ponownie głos zabrał kha'jiit – nie wiadomo co się stanie w razie pomyłki i nie mam zamiaru się tego dowiadywać. Po kolei. Co zabijemy, podlewając wodą?
-To akurat oczywiste – argonianin spojrzał na towarzysza jak na idiotę – ogień potraktowany wodą gaśnie, czyli umiera – stanął obok gargulca trzymającego pochodnie – a pochodnia płonie ogniem. – wylał zawartość dzbana do kamiennej misy u stóp gargulca trzymającego pochodnie. Snop światła przestał wędrować po komnacie, a zamiast tego spoczął na misie, nie zmieniając koloru.
-Dobra, to pierwsze mamy z głowy – kotołak uśmiechną się – teraz drugie. Kochanek zimy, rozdający krwawe pocałunki, gdy tak mi każe jego pan. Czuły jest i zawsze blisko… co to do cholery być może być?
-No nie wiem… - Iris zamyśliła się – może zrobimy to od drugiej strony??? Młot czy cęgi raczej nie pasują, podobnie jak dzwon…
-Moneta, dzwon, waga, róg ani dzban raczej też nie – podchwycił Ryu – pozostaje miecz, sztylet, czaszka i nicość. Nic z tego nie jest czułe. Jak dla mnie to podpucha, nie ma odpowiedzi.
-Nie, to ma sens – wtrącił się milczący dotąd Silent – czaszka symbolizuje umarłego. Mógł kogoś kochać, być czuły i tak dalej i tak dalej, ale teraz jest zimnym trupem. Nie ma warg, a tylko zęby, więc pocałunek byłby tak naprawdę ugryzieniem. No i potrzebował by mocy Beliara, pana umarłych, aby zrobić cokolwiek-a więc i jego zgody. Druga jest czaszka.
-Skoro tak twierdzisz… - Iris niezbyt chętnie podeszła do gargulca trzymającego czaszkę. Widać było że nie jest zbyt przekonana co do tego pomysłu, ale ufała towarzyszowi i jego zdolnościom, zarówno szermierczym, jak i umysłowym. Powolnym ruchem wlała zawartość dzbana do misy. Promień światła przeniósł się z poprzedniej misy na tą, nie zmieniając barwy – uff, chyba wszystko w porządku. Czas na trzecie.
-Trzecie akurat jest proste – odezwał się Dankan, podchodząc do gargulca trzymającego dzwonek – tylko dzwon z tych przedmiotów służy do wydawania dźwięku. To właśnie on budzi wszystkich w czasie jakiegoś niebezpieczeństwa, gromadzi ich w czasie niezapowiedzianych uroczystości, jego powolne bicie jest jednym z symboli śmierci. Trzeci jest dzwon, jak nic – wlał wodę do misy. Promień światła ponownie przeniósł się na nowo napełnioną misę i ponownie nie zmienił koloru. - Dobra, czas na ostatnie.
-W oczach mędrca śmierć, pożądana przez zwykłych ludzi każdego stanu… - zamyślił się Silent – narzędzi nikt raczej jakoś szczególnie nie pragnie, glinianego dzbana tym bardziej, chyba że o zawartość chodzi… to może mieć nawet sens. Dzban jako alkohol. A niektórzy mówią że alkohol to śmierć.
-Nie, Silent – odezwała się Iris – tu chodzi o miecz. Siła, potęga, armia. Narzędzie podboju. Wbrew pozorom mało kto na pytanie o skojarzenia do wojny powie śmierć. Pierwsze będą łupy, zdobycze czy sława, śmierć na drugim miejscu.
-Nieee, to nie o to chodzi – odezwał się Ryu – od razu czy chwilę potem, każdy skojarzy miecz ze śmiercią. Tu chodzi o coś innego.
-Tak? – elfka spojrzała na towarzysza przymrużonymi oczami - Jak jesteś taki bystry to powiedz o co w takim razie chodzi?
-Gdy nie wiesz o co chodzi to chodzi o pieniądze - elf uśmiechnął się, stając obok gargulca z monetą – złoto to śmierć. Królestwa wypowiadają sobie wojny z tego powodu, szlachcice tłuką się ze sobą o ziemie, która rodzi zborze, które sprzedają dla złota. Gildie kupieckie kłócą się ze sobą, by mieć go więcej, a pospolici bandyci podrzynają gardła podróżnym by się do niego dobrać. Każdy chce złota. A złoto to śmierć.
   Wlał zawartość dzbana do misy. Snop światła przesunął się, zatrzymał na kilka sekund na misie, po czym przejechał dookoła, oświetlając wszystkie misy. Wykonał jedno okrążenie, po czym zaczął robić kolejne. Tym razem zatrzymywał się na kilka sekund na każdej wypełnionej misie. Przy trzecim okrążeniu na tych przystankach począł zmieniać kolor. Przy złotej monecie, pochodni i dzwonie zmienił kolor na złoty, ale przy czaszce… światło stało się czerwone. Z piersi poszukiwaczy przygód wydobył się przekleństwa i jęki, snop światła począł zaś kręcić się po podłodze, zataczając coraz to węższe kręgi. Na oświetlonych fragmentach posadzki pojawiały się ogniste linie i znaki, wraz z ujawnianiem się kolejnych fragmentów coraz wyraźniej widać było magiczny krąg, zawierający w sobie trzy mniejsze. Gdy promień światła dotarł do fontanny, na tych trzech mniejszych kręgach zmaterializowały się trzy czteronożne stworzenia, przypominające psy wysokie na metr i długie na dwa metry, stworzone z ognia. Przekleństwa poszukiwaczy przybrały na sile. Vukko nigdy nie widział takich poczwar, z żadnej z opowieści nie pamiętał by reszta drużyny także ich spotkała. Nie znał ich też z żadnych innych opowieści czy książek. Nie miał jednak wątpliwości że nie mają dobrych zamiarów.
   Pierwszy na przeciwników skoczył Vrex. Potężnym ciosem topora rozpłatał płomienną bestię na dwoje, jednak ta po prostu rozwiała się w ognistą chmurę i odleciała, by ponownie przybrać postać psa po drugiej stronie komnaty. Miecze pozostałych członków drużyny dawały podobny efekt, a raczej jego brak. Po chwili zdecydowana jej większość była srogo poparzona. Po kolejnej chwili wszyscy odskoczyli do tyłu, tworząc krąg, wsparci plecami o fontannę. Ogary chwilowo nie kontynuowały ataków, krążyły wokoło grupy, obserwując i czekając. Silent oparł lewą dłoń na rękojeści drugiego ostrza, zamyślając się.
-Jak myślicie, magiczna ruda i dusza zamiast stali coś tu zmieni? - spytał
-Wątpię - odezwała się Iris - ani magiczna ruda, ani srebro, ani żaden inny metal. O tym że w furii nie patrzysz na to że coś cię krzywdzi nie wspomnę. Na to magiczne gówno potrzebujemy maga. Trza było porwać jakiegoś wodoleja. Pomógł by nam przy zagadkach, objaśnił freski, utłukł to gówno.
-WODOleja? - Dankan spojrzał na elfkę z triumfem na twarzy - a woda nie starczy?
Obrócił się, chwycił jedną z mis, napełnił wodą z baseniku fontanny i chlusnął na jednego z przeciwników. Ten lekko przygasł, odskoczył do tyłu, ale po chwili odzyskał dawną formę. Pozostali poszukiwacze poszli w ślady kha'jiita. Po chwili bezładnego chlapania wodą na wszystkie strony postanowili skupić sie na jednym przeciwniku. Sześć strug wody zalało ogara, kompletnie go gasząc. Chwilę potem znikły, podobnie potraktowane, pozostałe dwa ogniste pomioty. Drużyna posiedziała chwilę, odpoczęła, opatrzyła rany, czy raczej poparzenia (najbardziej dostało się walczącym krótkimi ostrzami elfom, za to ork jak zwykle wyszedł niemal nietknięty), po czym ponownie stanęli przed drzwiami.
-Dobra, wiemy ze potrzebne są dzwon, złoto i pochodnia - odezwał sie Silent, patrząc na oko - a czaszka odpada. Pozostają do wyboru sztylet, miecz, młotek, cęgi, waga, róg, dzban i nicość. Jaka była zagadka?
-Coś o zimnym kochanku, co jest blisko, całuje krwawo i na rozkaz - odpowiedziała Iris - przy czym jak dla mnie młotek, cęgi, waga, róg i dzban odpadają.
-Sztylet - odezwał się Vukko - nie wiem jakim trzeba być psychopatą żeby go nazwać kochankiem, ale cała reszta pasuje.
-Fakt, to pasuje praktycznie idealnie - odezwał sie Ryu - mam kilku... kolegów po fachu, którzy nazywają poderżnięcie gardła krwawym pocałunkiem.
-Nie chce wiedzieć - Silent spojrzał na elfa, po czym odwrócił się i ruszył w kierunku fontanny - naprawdę nie chcę wiedzieć kogo ty znałeś w tej gildii, zanim cię wyrzucili. Mniejsza. Do roboty, dość czasu straciliśmy w tej komnacie.
   On, Ryu, Vukko i Dankan podeszli do fontanny (wciąż pełnej wody mimo że nowa nie leciała, a oni sporo wylali na ogniste ogary), napełnili dzbany i przelali wodą do mis u stóp gargulców trzymających złotą monetę, sztylet, pochodnie i dzwon. Oko rozbłysło, snop światła przejechał po wszystkich misach, zatrzymując się na tych pełnych. Tym razem przy wszystkich czterech misach kolor światła zmienił się na złoty. Drzwi otworzyły się.
   Za drzwiami był kolejny tunel, Wyższy i szerszy od tego poprzedniego. Wielokrotnie zakręcał, przechodził przez komnaty z sarkofagami na środku, a stojącymi na warcie uzbrojonymi w mieszankę najróżniejszej broni szkieletami i płaskorzeźbami wojowników pod ścianami i stale schodził niżej i niżej w głąb ziemi. Po dobrej godzinie marszu drużyna dotarła do owalnej komnaty średnicy 20 metrów. Naprzeciw wejścia były kolejne drzwi, prowadzące go dalszych części świątyni, przed nimi jednak, na środku komnaty, stał golem. Mierzący cztery i pół metra wzrostu, szeroki na grubo ponad dwa kamienny kolos, zdolny zmiażdżyć człowieka ciosem pięści. Vukko dobrze wiedział, że topory, miecze, noże czy strzały nic nie dadzą w starciu z takim poprzednikiem. Był pewien, że jego towarzysze też o tym wiedzą. Słyszał jednak, że kiedyś spotkali już oni jednego i obyło się bez walki.
-Kurwa, tego tylko brakowało. - warknął Vrex - Golem. I co z nim robimy?
-Spokojnie Vrex. - powiedziała cicho Iris - Nie wiemy po co on tu jest. Może uda się go przekonać by nas wpuścił lub doprowadzić go do szaleństwa. Silent, pamiętasz Heydinhall?
-Jasne - potwierdził szermierz z pustyni, także przyciszonym głosem - pamiętam. Przegadałem takiego i się wyłączył. Może tym razem też się uda... - wyszedł kilka kroków przed resztę, podniósł dłoń w geście powitania i odezwał się głośno - Witaj. Nie mam złych zamiarów.
-Nabrać dwa golemy na tą samą sztuczkę? - Dankan nachylił sie nad Vukkiem, szepcząc mu do ucha - To się źle skończy, zobaczysz.
-Ciii - uciszył go argonianin - nie byłem z wami pod Heydinhall, nie widziałem Silenta wyłączającego golema. Daj posłuchać.
-Ja też nie - zadudnił golem - wiedz jednak, że może się to zmienić. Jesteś gościem?
-Tak - odpowiedział Silent - A ty? Kim jesteś?
-Jestem strażnikiem tych podziemi. Mam powstrzymywać intruzów.
-Intruzów? Czyli?
-Intruz to ten, co nie ma znaku, a chce wejść dalej, atakuje mnie, bądź próbuje wpłynąć na me jestestwo. Czy...
-Skąd się tu zwiąłeś? - kolejnymi pytaniami szermierz nie dawał golemowi dojść do słowa
-Zostałem stworzony przez Alderberta, wielkiego maga Klasztoru Adanosa, bym strzegł tych komnat. Czy...
-Te komnaty są bardzo stare, podobnie jak ty. Alderberg prawdopodobnie nie żyje.
-Wciąż żywe jest jego słowo we mnie. Wciąż żywy jest klasztor, któremu służył, i wciąż w komnatach jest cel, który mam bronić. Czy...
-Pamiętasz czy ktoś tu kiedyś był?
-Na początku było wielu gości, potem było ich coraz mniej. Od dawna nikogo tu nie było. Czy...
-Kim byli? W ogóle, kim jest gość, co czyni gościem?
-Gość to ten, kto został namaszczony przez Adanosa bądź nosi znak namaszczonych. Pierwsi...
-Namaszczeni przez Ananosa? - tym razem Silent nawet nie pozwolił golemowi dokończyć odpowiedzi - chodzi ci o magów wody? Kapitułę klasztoru?
-Nie wiem jak inaczej ich nazwać. Jest ich dwóch na raz. Czy masz...
-Czy mogę zapytać cię o formułę określającą twoje zachowanie? - wypalił szybko Silent.    Widać bardzo nie chce usłyszeć pytania golema, pomyślał Vukko.
-Oczywiście że nie. Jeśli to zrobisz, uznam cię za intruza. Czy...
-Masz świadomość czego strzeżesz?
-To nieistotne. Czy...
-Czy możemy porozmawiać o twoim stwórcy?
-To nieistotne. Czy...
-Rozumiem. Domyślam się że nadał ci on program, pozwalający odróżnić intruzów od gości. Wiesz jednak że intruzi mogą cię zwodzić i okłamywać?
-Przez uzbrojonymi w miecze mam kamienne pięści. Przed uzbrojonymi w słowa mam żelazną logikę. Czy...
-Nie sądzisz że wśród nich mogą być magowie, iluzjoniści i zmieniający pamięć? Cóż więc jest pewne?
-Pewne jest moje istnienie, formuła i słowo, które mnie powołało do życia. Czy...
-Skoro pewne jest tylko to, to resztę można poddać pod wątpliwość. Ktoś może mamić twoje zmysły.
-Mistrz mnie na to przygotował. Czy masz symbol Namaszczonych?
-To nieistotne co powiem. Mogę go mieć, lub nie mieć, a ty możesz zobaczyć jak jest lub sytuację odwrotną. Mogę być gościem, intruzem, gościem udającym intruza lub intruzem udającym gościa. Nie możesz być pewien kim jestem, a nie możesz pozwolić sobie na zaatakowanie gości.
-Paradoks. Zasada wyłączonego środka - powiedział golem powoli. Jego oczy przygasły, Silent uśmiechnął się szeroko odwracając sie do towarzyszy. Chciał chyba ogłosić swój sukces, ale w tym momencie oczy golema zalśniły na czerwono - intruz próbuje wpłynąć na me jestestwo. Intruzi muszą zostać powstrzymani.
-Że co? - Silent spojrzał przez chwilę na golema, po czym wrócił wzrokiem do drużyny - wynosimy się stąd!!! Musimy znaleźć jakiś młotek dla niego!!!
   Zgodnie z poleceniem drużyna rzuciła się do ucieczki, golem zaś pobiegł za nimi. Przebiegli przez jedną komnatę z sarkofagami, w biegu oglądając broń trzymaną przez szkielety. Nic ciekawego. W drugiej komnacie znaleźli za to olbrzymi, dwuręczny młot ulany ze spiżu, o głowicy 8 na 8 na 20 cali i trzymetrowym trzonku. Silent wskazał go Vrexowi, ten zaś natychmiastowo go chwycił i skoczył na biegnącego za nimi golema. Obróciwszy młot głowicą do dołu, uderzył nim jak kosą, od prawej, trafiając prosto w prawą pięść przeciwnika, lecącą w jego stronę, i rozłupując ją w drobny mag. Następnie przerzucił młot z powrotem na swoją prawą stronę, nad głową golema, i ciosem z góry rozbił lewą rękę przeciwnika na wysokości łokcia. Golem, zaskoczony utratą kamiennych pięści, odskoczył do tyłu, chcąc ponownie nabrać rozbiegu i staranować orka, Vrex jednak momentalnie doskoczył i pchnął szczytem głowicy w środek kamiennej klaty. Golem zachwiał się, przyklęknął na jedno kolano. Wciąż był wyższy od swego przeciwnika, ale dystans pomiędzy szczytem jego głowy a sufitem nabrał sensownych rozmiarów. Vrex cofnął się kilka kroków, nabierając rozpędu, po czym ruszył biegiem na golema, unosząc w biegu młot nad głowę. Dwa kroki przed oponentem wyskoczył, po czym uderzył od góry w głowę kamiennego stworzenia. Wśród gruchotu rozsypujących się kamieni dało się słyszeć uderzenie młota o posadzkę. Golem przestał istnieć. Drużyna zatrzymała sie przy nim tylko tyle by pozwolić Ryu odnaleźć wśród szczątek cenne onyksowe serce, po czym ruszyli w dalszą drogę. Drzwi w komnacie pilnowanej przez kamiennego strażnika dały się otworzyć bez większych problemów. Za nimi była wąska, często zakręcająca ścieżka, która po kilku krokach rozdzieliła się na dwie. Zaraz potem znowu. I jeszcze raz, tym razem na trzy. Po chwili Silent wstrzymał towarzyszy.
-Labirynt. Cholerny labirynt. Wracamy - odwrócił sie, a mina mu zrzedła. Przed nim znajdowały się trzy równoległe korytarze, oddzielone od siebie cienkimi ścianami - eeee... którym my przyszliśmy?
-Silent, naprawdę nie wiem -odezwała się Iris - Jesteśmy tu chwilę, ale ta chwila wystarczyła, bym straciła orientacje. - reszta drużyny milczała.
-Ehhh... czyli robimy mapę od środka, od tego... - odezwał się Vukko, lecz Vrex przerwał argonianinowi w pół zdania
-Mapy, labirynty, tony badziewia. Co my, profesorowie jesteśmy? Tu trza prostego podejścia!
   To mówiąc uderzył wielkim młotem, który wciąż dźwigał na ramieniu, w najbliższą ścianę, wybijając w niej spory otwór. Zanim ktokolwiek odzyskał zdolność mowy, ork poszerzył otwór kilkoma kolejnymi uderzeniami młota, przelazł przezeń i począł rozbijać kolejną ścianę. Jego przyjaciele spojrzeli po sobie, po czym wzruszyli ramionami i podążyli na niszczącym labirynt orkiem. Po jakichś 20 minutach Vrex dotarł do ściany której nie mógł rozbić. Po kilku nieskutecznych uderzeniach doszedł do wniosku że to skraj labiryntu i skręcił w prawo. Po kilku kolejnych minutach dotarli do drzwi w skrajnej ścianie. Także te drzwi nie były w żaden sposób zabezpieczone. Za nimi znajdowała się owalna komnata o średnicy 10 metrów, pokryta freskami. Pomiędzy nimi widać było dwóch kolejnych mistrzów zakonu. Naprzeciw wejścia znajdowały się drzwi zamknięte na trzy zamki.
-To Ronin_Tire i NSGA, pierwsi Mistrzowie Zakonu Adanosa, nazywani wtedy Najjaśniejszymi Głosicielami Słowa Adanosa - odezwał sie cicho Dankan - te freski obrazują początki zakonu.
-Kij z freskami - odezwał się Silent znudzonym głosem - jesteśmy tu po miecz. Zajmij się drzwiami.
   Kha'jiit westchnął i podszedł do drzwi. Po ponad kwadransie dłubania udało mu się otworzyć wszystkie trzy zamki. Potężne, dębowe, okute żelazem drzwi otworzyły się z upiornym zgrzytem. Za nimi była niewielka, owalna sala, średnicy jakichś 5 metrów. Na jej środku, w szklanej kolumnie znajdował się miecz. Szkło sięgało od podłogi do sufitu.
-Nie da się tego otworzyć - odezwał się Dankan po szybkich oględzinach szklanej tuby - nie widzę żadnego zamka, żadnej szpary, nic. Jedyne co mi przychodzi na myśl to specjalny czar.
-To co teraz? - spytał Ryu - wracamy po czarodzieja?
-To co zawsze - westchnął Silent - to co zawsze, gdy mamy do czynienia z magicznym ustrojstwem. Vrex, zniszcz to.
-I to mi się podoba! - ryknął Vrex, po czym uderzył jednym z toporów w szkło
   Na szklanej tubie pojawiła się pajęczyna pęknięć. Mimo że ork nie wyprowadzał kolejnych uderzeń, stopniowo rozszerzała się, wspinała się coraz wyżej na szklanym walcu. Gdy dosięgła sufitu, cała tuba rozsypała się na szklane drzazgi i z hukiem runęła na ziemie. Miecz wisiał w powietrzu, w snopie błękitnego światła. Z góry dochodził dziwny szum.
-No, nareszcie. Wychodzimy z tych przeklętych tuneli. Złoto królestwa jest nasze! - powiedział Silent, łapiąc za miecz.
   W momencie gdy miecz opuścił snop światła drzwi się zatrzasnęły. Z sufitu zaś, z otworu wcześniej blokowanego szklaną tubą, runął piach, szybko wypełniając komnatę.
-Vrex, drzwi!!! - ryknęli wszyscy jednym głosem
   Ork ponownie zdjął z ramienia potężny młot znaleziony w którejś z poprzednich komnat i ruszył w kierunku drzwi. Potężny cios, silniejszy od tego który rozłupał golema, nie zrobił na drzwiach najmniejszego wrażenia. Podobnie kolejny. Dopiero pod trzecim ciosem pękło kilka desek. Kolejny zdołał złamać jeden z żelaznych pasów wzmacniających drzwi. Dwa kolejne i w drzwiach ziała sporych rozmiarów dziura. Wyłazili przez nią jedno po drugim, w pośpiechu, nie patrząc na ostre kawałki drewna i żelaza wystające z krawędzi otworu. Dopiero gdy przeszli, zdali sobie sprawę jak bardzo się poranili.
-Szlag by to, zerwałem se skórę z przedramienia. Akurat tam, gdzie NIE BYŁEM poparzony - westchnął Silent, wyciągając z torby kolejną rolkę bandaża - czy po tej przeklętej wyprawie pozostanie na mnie choć mały fragment zdrowego ciała?
-Zamilcz Silent - odezwał się Ryu, klęczący nad Iris - z nią jest gożej.
   Wszyscy skupili się wokoło leżącej elfki. Jak szybko sama wyznała, nadziała się brzuchem na ostry kawałek żelaza gdy kolejna fala piachu zsypująca się ze sterty uderzyła ją w plecy. Tym razem bandaże i eliksir przeciwbólowy nie wystarczyły. Ranna nie była w stanie iść o własnych siłach.
-Vrex, weź ja na ręce - odezwał się Ryu, gdy skończył opatrywanie ran - nawet z moimi leczniczymi wywarami nie będzie w stanie chodzić przez długi czas. Przydałby się mag-uzdrowiciel.
-Potem jakiegoś znajdziemy. Wodoleja albo ognistego móżdżka, kogokolwiek. Byle byśmy wyszli z tych tuneli i z lasu otaczającego świątynię.
   Ruszyli w drogę powrotną. Nie licząc krótkiej chwili konsternacji na początku (czy też, patrząc od tej strony, na końcu) labiryntu szli szybko i bez przerw. Mimo to wyjście zajęło im dobre trzy godziny. Na końcu zaś czekała ich niespodziewana przeszkoda.
-Konie - usłyszeć sie dało z zewnątrz - i drzwi otwarte. Ktoś tu był.
-Nie był tylko jest - odpowiedział mu kolejny głos - konie wciąż tu są, więc oni także. A jak tu są, to można ich utłuc i zabrać im miecz. Kimkolwiek są, nikt nie będzie po nich płakał.
-Siwy - odezwał się cicho Silent - Vrex, odłóż Iris na ziemie. Czas w końcu strącić mu ten pusty czerep z karku. Ale pierw dajcie mi z nim pogadać.
   Ork odłożył elfkę i wyciągnął zza pasa topory. Także Ryu i Dankan wyciągnęli długie bojowe noże, Vukko zaś nałożył cięciwę na łuk. Oba miecze Silenta pozostały w pochwach. Wyszli do pierwszej komnaty. Poza ich końmi (niedźwiedzicy nie było) w środku był siwowłosy, choć nie wyglądający szczególnie staro berserker z północy, ork, para podobnie wyglądających krasnoludów, prawdopodobnie braci, elf i człowiek z moczar o charakterystycznie zielonych włosach.
-Zabić nas? - odezwał się wychodzący pierwszy Silent - zabrać nam miecz? Czyżbyś zostawił rozum w domu, Siwy?
-Silent? - berserker był wyraźnie zdziwiony - no proszę, nie spodziewałem się że to właśnie was tu napotkamy. Gdzie Berta? Gdyby tu była od razu bym wiedział że to wy. A poza tym - rozejrzał się po drużynie - gdzie elfka? Czyżby ona też się zgubiła?
-A jakie to ma znaczenie? Mimo że nie jesteśmy w komplecie wystarczy nas by was wyrżnąć.
-W twoich snach, pustynniaku. Wreszcie oczyścimy świat ze skazy jaką jesteś.
-Z ust mi to wyjąłeś, lodowy idioto.
   To mówiąc Silent skoczył na przeciwnika. Vrex i ork towarzyszący Siwemu ruszyli na siebie. Dankan z Ryu natarli na krasnoludzkich braci, Vukko nałożył strzałę na cięciwę, zielonowłosy wyciągnął dmuchawkę, elf zaś... zaczął nakładać cięciwę.
   Para orków zderzyła się ze sobą. Cztery topory uderzyły w siebie, rozdzieliły się, i ponownie zderzyły. Po kilku kolejnych ciosach ork z bandy Siwego począł się cofać. Kilka kolejnych ciosów i topór Vrexa rozczepił jego głowę na dwie części. Obok elf z kotołakiem wpadli na krasnoludów. Młot i topów raz po raz trafiały w próżnie, zaś dwa langsaxy i dwa wakizashi co chwila odpijały się od perfekcyjnie wykonanych krasnoludzkich zbroi. Nic nie wskazywało na to by ta walka na wyczerpanie miała się zakończyć w miarę szybko.
   Vukko napiął cięciwę i wypuścił strzałę, która trafiła elfa w środek klatki piersiowej. Widać nakładanie cięciwy w trakcie walki nie jest najlepszym pomysłem. Sam argonianin dostał jednak w brzuch strzałką z dmuchawki zielonowłosego. Zawroty głowy i ból brzucha wyłączyły łucznika z walki. Drugi z mieszkańców bagien włożył do dmuchawki kolejną strzałkę i szykował sie do zneutralizowania kolejnego z przeciwników, gdy z zewnątrz dał się słyszeć ogłuszający ryk. Odsunął dmuchawkę od ust i przerażony odwrócił się do tyłu, by zobaczyć biegnącą na niego olbrzymią niedźwiedzicę. Berta wyskoczyła, powaliła zielonowłosego i zatopiła zęby w jego gardle.
   W tym samym czasie biegnący na Siwego Silent wyciągnął z pochwy drugie ze swoich ostrzy, zwane Tardżukiem
   Tardżuk. Katana z magicznej rudy, wykuta dla jakiegoś księcia o tym samym imieniu kilkaset lat temu. Po jego śmierci w czasie przewrotu pałacowego jego dusza zamknęła się w ostrzu, napełniając gniewem i żądzą krwi każdego kto dotyka rękojeści, dodając mu siły i zwinności. Silent używał tego ostrza tylko w wyjątkowych przypadkach. Jego oczy zalśniły szkarłatem, z piersi wydarł się okrzyk bojowy godny orkowej armii. Siwy uniknął pierwszego cięcia, drugie próbował zablokować. I to był błąd, ostatni błąd jaki popełnił. Jego miecz pękł przy uderzeniu, Tardżuk zaś poleciał dalej, odcinając górną połowę jego głowy. Silent doskoczył do krasnoludów, dwa szybkie cięcia zakończyły starcie. Dwuwarstwowa, krasnoludzka kolczuga, mająca chronić karki braci, pękła pod ciosem katany, podobnie jak same karki. Było po walce.
-Ryu, antidotum - wysapał Vukko, kończąc wymiotować i przysuwając strzałkę do nosa - na jad błotnej kobry...
   W chwilę po podaniu odtrutki argonianin doszedł jako tako do siebie. Po krótkim odpoczynku wsiedli na konie (Ryu wziął Iris na swojego, wodze jej konia wziął zaś Dankan) i ruszyli w drogę powrotną. Przed nimi był tydzień podróży przez tą zapomnianą przez bogów i ludzi puszczę, dwa kolejne przez cywilizowane ziemie... i 50 funtów złota nagrody za przywiezienie miecza.

chcesz czegoś? pisz pw, powiem ci gdzie mnie można znaleźć

Arim

  • Wiadomości: 1175
  • Mortal Wombat
Odp: Konkurs na Opis Wyprawy II
« Odpowiedź #4 dnia: Luty 10, 2014, 21:15:38 pm »
Prolog

Wiecie co to jest śmierć? Kiedy gaśnie ta tląca się iskierka życia, kiedy ciało ogarnia przejmujący chłód, a umysł osuwa się powoli w nicość. Pewnie jest wam to obce, w sumie to zrozumiałem, tak wy ciągle żyjecie, ale ja tego doświadczyłem, umarłem tysiące lat temu. Byłem panem świata, u stóp miałem wszystkie ludzkie królestwa, dowodziłem w setkach bitew, ale to minęło bezpowrotnie. Wiecie są taka prawa, którym nie powinien się nikt przeciwstawiać, o tak przekonałem się o tym i to w najbardziej brutalny sposób. Zastanawialiście się czy zamienilibyście swoje ideały za potęgę, życie za władzę, pewnie tak, ale nikt nie dał wam takiego wyboru, ja go miałem. Pamiętam to jak dziś, czasy mojej młodości, ach jaki świat był wtedy piękny, bezkresne łąki poprzecinane rzekami, setki zwierząt pasących pośród jezior. Byłem nawet szczęśliwy, na tyle ile szczęśliwym może być prosty wojownik, niestety ambicja jest siłą, która może pchnąć człowieka do wielkich czynów. Pewnie zastanawiacie się dlaczego niestety, zabawne sam kiedyś myślałem podobnie. Cele zawsze są szczytne, gorzej z drogą ku nim wiodącą, o tak dla większego dobra można wiele nagiąć, wiele poświęcić. Wspomnienia tną niczym nóż, seria obrazów przelatująca przed moimi oczyma. Piękna dziewczyny u mego boku, która zdradziła mnie, pierwszy krok ku zatraceniu, ojciec zostawiający cały majątek memu bratu, tak to już drugi, śmierć mojej siostry, przegrane bitwy, aż wreszcie najazd nomadów z południa, który położył kres istnieniu mego plemienia. Tak niewiele dzieli człowieka od przepaści, byłem na dnie, pobity, złamany i pozbawiony sensu życia. Było u nas miejsce otoczone złą sławą, ponura dolina gdzieś pośród Kruczych Gór, starzy ludzie powiadali, że pradawne ludy uwięziły tam krwiożerczego demona, bestie, która pustoszyła świat zanim ludzie się na nim pojawili. Legendy mówiły, że ten kto uwolni bóstwo otrzyma w nagrodę władzę nad światem. Zebrałem więc kilku przyjaciół i ruszyliśmy, o nie, nie znali oni celu naszej wyprawy, nie byłem na tyle głupi, aby im o nim wspominać, przecież zagrażali nam nomadzi, a w górach bylibyśmy bezpieczni, ufali mi, a więc łatwo udało się mi ich zwieść. Nie była to łatwa wyprawa, wszędzie spotykaliśmy grupy wrogów, musieliśmy lawirować między nimi, ale wreszcie po wielu trudach stanęliśmy u wejścia do doliny. Strzegło go dwóch, kamiennych wojowników, byli olbrzymi, dobre pięć metrów wzrostu, majestatyczne posągi jakich jeszcze nigdy nie widziałem. Nie przedstawiały one ludzi, o nie, rysy ich twarzy były bardziej gadzie, pradawna rasa panów, to oni mieli uwięzić bestie, a więc legendy nie kłamały. Powoli zagłębiliśmy się w te dzikie ostępy, było to naprawdę ponure miejsce, wąskie przejście ograniczone z dwóch stron ścianami gór, tak wysokimi, ze na dole panował wieczny mrok i ta przejmująca cisza. Byliście kiedyś w miejscu gdzie nic nie słychać, szumu wiatru, szelestu liści czy nawet bzyczenia muchy? Tu właśnie tak było, głucha, martwa cisza, zupełny brak życia. Wiecie co było najgorsze? Noc, nieprzenikniona ciemność, która wżerała się w głąb duszy i to straszne uczucie ciągłego zagrożenia, jakby coś ciągle nas obserwowało i tylko czekało na odpowiednią chwilę. Zabawne, ze większy strach wywołuje poczucie niepewności niż otwarty atak, drobny szmer jakby ktoś przypadkowo obtarł się o skałę, cichutki stukot upadającego kamyczka, czy wreszcie błyska oka w gruzowiskach. Pierwszy zniknął Adnei, szedł ostatni i czy nie wytrzymał ciągle narastającego napięcia i w szaleństwie pognał z powrotem czy coś go dopadło, nie wiemy, po prostu nie pojawił się już na kolejny postoju. Później przyszła pora na Wernasa i Kortiego, schemat był podobny, zniknęli w absolutnej, niczym nie zmąconej ciszy. Zostało nas tylko trzech, czułem że jesteśmy coraz bliżej, dolina utraciła swój dziki charakter, skały zostały tu ociosane i wygładzone, część pokryta była płaskorzeźbami przedstawiającymi wojny toczone przez dawno zapomniane rasy, brzegi doliny powoli zbliżały się do siebie, aż w końcu szliśmy swego rodzaju tunelem, co więcej rozświetlała go dziwna zielonkawa poświata o nieznanym pochodzeniu. Nie powiem, trochę zdziwiło to moich towarzyszy, ale ciekawość wzięła górę i ruszyliśmy dalej. Cztery dni marszu, zapasy powoli się kończyły, aż wreszcie dotarliśmy na miejsce. Ściany nagle zniknęły i stanęliśmy u wejścia do wielkiej komnaty, około metra przed nami ziała przepaść,  która otaczała samotną skałę. Podszedłem bliżej, jedyne przejścia prowadziło starym mostem, ruszyliśmy dalej. Tak to było to miejsca, starożytne więzienie, na samym środku, skrępowany potężnymi łańcuchami leżał smok w jego serce wbite było ostrze. Przyjaciele próbowali mnie powstrzymać, ale nie zwracałem na nich uwagi, chwyciłem i wyrwałem miecz z ciała bestii. W tym momencie okowy napięły się pękły, stwór był wolny.
- Wreszcie, po tylu latach jestem wolny. – usłyszałem głos w swojej głowie. Bestia spojrzała na mnie. – Więc to ty wyrwałeś z mego serca ten przeklęty miecz. Nawet nie zdajesz sobie sprawy co uczyniłeś, teraz ty jesteś panem Ostrza Dusz, nakarm je.
W tym momencie bestia zniknęła w kłębach czarnego dymu. Nakarmić ostrze, o co jej chodziło? Nagle uderzyła we mnie zimna świadomość tego co musze zrobić, czym żywi się moc zaklęta w stali, nie spodziewali się tego, trzy szybkie cięcia i ich dusze były moje, poczułem jak klinga wibruje, jak zasysa siły moich przyjaciół, a oni wstali milczący, zimni, moi martwi słudzy. To była pierwsza z moich niezliczonych zbrodni, to nie ja byłem panem Ostrza, ale ono moim, ciągle domagało się nowych ofiar, a z każdą kolejną jego moc rosła. Mijały tysiąclecia, coraz to nowe ludy klękały przed moją nieumarłą armią. Dłużej nie dałem rady, nie mogłem już tego wytrzymać, rzuciłem się na swój miecz, ale wróciłem, o tak nie tak łatwo jest umrzeć, odarty ze wszystkiego, widmo przeklęte na wieki. Co się stało z Ostrzem Dusz? Tkwi w mojej dawnej twierdzy ukrytej gdzieś w górach i czeka na nowego pana, który je nakarmi.


Rozdział I


Dął zimny, przejmujący wiatr, śnieżyca nie dawała za wygraną uderzała z coraz większą siłą w olbrzymie świerki. Samotny wędrowiec przedzierał się przez zaspy, zasłaniając sobie twarz kapturem mocno naciągniętym na głowę, za sobą prowadził konia objuczonego bagażem u siodła umocowany był długi łuk wykonany z kości. Powoli tracił siły, nagle zapadł się po pas, to już trzeci dzień, kiedy wreszcie ten przeklęty śnieg przestanie padać, pomyślał gramoląc się na powierzchnię , musiałem zejść ze szlaku. Zatrzymał się i rozejrzał w oddali migotało samotne światełko. Tak, chyba jestem na miejscu, uśmiechnął się do siebie i ruszył dalej.

***
W karczmie u Jednorękiego Kattera jak zwykle było gwarno, goście pili piwo słuchając kapeli wygrywającej skoczną melodię, na wielkim palenisku, ustawionym po środku sali buzował ogień. Przy samotnym stoliku ustawionym w kącie siedziało dwóch, ponuro wyglądających mężczyzn rozprawiając o czyś półgębkiem. Ubrani byli w ciemne płaszcze, jeden miał paskudną bliznę biegnącą od ucha aż do brody.
- Myślisz, że przyjdzie
- O tak, oni zawsze stawiają się na umówiony spotkanie – odpowiedział bliznowaty, pociągając łyk piwa
- Że też zachciało się nam interesów Łowcami Kości – powiedział jego kompan kończąc swój napitek
- Nie bądź kretynem, oddamy to, zgarniemy złoto i koniec. To świetnym interes, obłowimy się jak nigdy.
Drugi z oprychów nie wydawał się być uspokojonym, ale stwierdził, że nie ma sensu już tego poruszać. W tym momencie drzwi się otworzyły, zimny wiatr wraz ze śniegiem wtargnął do izby, a wejściu stanął wysoki mężczyzna. Powoli wszedł do środka, gdy tylko stanął w świetle zdjął kaptur z głowy. Ciemne włosy miał krótko przystrzyżone, wyglądał młodo, ale wśród sekty było to normą, nawet pomimo setek lat życia. Pod płaszczem miał czarną kolczugę spiętą szerokim pasem, za którym zatknięte miał dwa dosyć długie, bogato zdobione sztylety z kościanymi rękojeściami. Powoli podszedł do stolika, przy którymi siedzieli złodzieje.
- Mam nadzieję, że macie to? – mówiąc to wygodnie rozsiadł się i skinął na gospodarza, który od razu ruszył z kuflem piwa
Bliznowaty sięgnął za pazuchę i wyciągnął niewielki pakunek okręcony skórą.
- Tak, nawet nie wiesz panie ile trudu kosztowało nas zdobycie go.
- Dobra dawaj to nie mam czasu. – chwycił pakunek i rozpakował go z wnętrza wypadła dosyć sporo, jadowicie zielona moneta, uśmiechnął się do siebie wyraźnie zadowolony i schował ją do kieszeni.
- Panie nie żebym coś mówił, ale chyba zapomniałeś o zapłacie. – pośpiesznie rzucił jeden z bandytów, spoglądając ze strachem na swojego rozmówcę.
Nieznajomy szybkim ruchem rzucił na stolik sakiewkę, wstał i wyszedł z gospody. Śnieżyca dalej nie ustępowała, ale wyraźnie zadowolony wsiadł na konia i ruszył przed siebie.
***
W ciemnej sali, oświetlonej tylko bladym światełkiem płynącym z  zapalonej świecy, siedziały trzy osoby.
- A więc masz ostatni element, dobra robota Arzdanie. – ciemnowłosa kobieta obracała w palcach monetę – Spójrz Sander, wiesz jak to połączyć? – mówiąc to przekazała pieniążek niskiemu, brodatemu mężczyźnie siedzącemu obok.
- Tak, tak dajcie mi resztę. – po chwili miał rozłożone przed sobą siedem krążków – Spójrzcie, to znaki pozwalające pokonać Bramy Umarłych, są to swoiste glejty, którymi zapłacimy za przejście.
- Dobra wyruszamy jutro
***
Arzdan wraz z dwójką towarzyszy byli już na szlaku miesiąc, minęli Lodowe Pustkowia i z każdym przebytym kilometrem robiło się odrobinę cieplej. Z nieba nie sypał już śnieg, a leciutko siąpił deszcz, szczelnie owinięci płaszczami nieubłaganie posuwali się na przód. Już od tygodnia towarzyszył im monotonny krajobraz wielkiej trawiastej równiny, gdzieniegdzie poprzecinanej strumyczkami. Konie z trudem pokonywały błotnisty teren.
- Mam już dosyć tego deszczu, błota i tej głupiej trawy – powiedziała poirytowana kobieta próbując po raz kolejny rozpalić ognisko
- Jeszcze dwa dni i będziesz chciała tu wrócić – odparł Arzdan – Sander weź jej pomóż bo nie uśmiecha mi się spanie w mokrym ubraniu
Po chwili ogień wesoło buzował, a przemoczone płaszcze wędrowców suszyły się rozciągnięte na specjalnie w tym celu powiązanych kijach. Obozowali pod dosyć sporym nawisem skalnym, który zapewniał im ochronę od wilgoci, a lekko pochyły teren sprawiał, że skapująca woda spływała z dala od rozpostartych skór, na których mieli spać.
- Czyli dwa dni i opuścimy te przeklęte bagno? – zapytała z nadzieją w głosie dziewczyna
Mężczyźni wymienili szybki spojrzenia.
- Livrete, wierz mi, to jest najłatwiejszy etap naszej wyprawy, za dwa dni dojedziemy do Puszczy Azeth-Darnei, wtedy żarty się skończą
- Las Szeptów, ponure miejsce – dodał jego brodaty towarzysz, przeżuwając powoli suszone mięso
- I co tam jest takiego niezwykłego, już wolę jechać wśród drzew byle tylko było sucho
Sander spojrzał na nią po czym rzucił spokojnym głosem
- Głupiutka dziewczyno, nie masz pojęcia o czym mówisz
- To może mnie oświecisz, a nie ciągle traktujecie mnie jak niespełna rozumu – rzuciła gniewnie
- Spokojnie, nie denerwuj się, twój brat nie miał nic złego na myśli – Arzdan próbował załagodzić sytuację
- Oh miał, cały czas traktuje mnie jak dziecko
- Dobrze, już dobrze weź mojej siostrze opowiedz, bo nie da nam spać
- Puszcza Azeth-Darnei lub jak kto woli Las Szeptów, największy i najstarszy kompleks leśny na tym kontynencie. Niewielu potrafiło przejść na drugą stronę, ja sam zrobiłem to tylko raz.
- Tylko co tam jest takiego niezwykłego?
- Jak dojedziemy to sama zobaczysz, drzewa sięgają bardzo wysoko, na dole nigdy nie widać słońca w dzień panuje półmrok, a nocą nieprzenikniona ciemność, ale najgorsze są te szepty. Cichutkie głosy pojawiające się wśród absolutnej ciszy, leciutkie muśnięcie na twarzy, a to dopiero początek im dalej tym gorzej. Głosy stają coraz głośniejsze, pełne złości, trzeba bardzo uważać bo demony pragną krwi.
- Demony?
- Demony, złe duchy jak zwał tak zwał, ofiary dawnego kultu bogini Darnei. Głównie dzieci składane na kamiennych ołtarzach lub po prostu topione w bagnach. Ludzie Lasu wierzyli, że każde pierworodne stworzenia należy do bóstwa, mnóstwo krwi spłynęło i wsiąkło w korzenie drzew, przeklinając to miejsce na zawsze.

***
Dotarli wreszcie do linii drzew, krajobraz rzeczywiście przedstawiał się ponuro, olbrzymie pnie, nisko pochylone konary i wszystko obrośnięte porostami i mchem.
- Teraz ostrożnie, musi znaleźć szlak, który nam przeprowadzi na drugą stronę – mówiąc to Arzdan zsiadł z konia, a towarzysze poszli za jego przykładem.
Chwilę przedzierali się przez zarośla, aż znaleźli się na samym skraju lasu. Wędrowiec krążył wokół niewielkiej formacji skalnej, jakby czegoś szukał
- Długo to jeszcze potrwa – rzuciła zniecierpliwiona Livrete
- Jak będziesz mi przeszkadzała, to tak – odparł mężczyzna
Wreszcie zatrzymał się, wyciągnął sztylet i zaczął odrywać połacie mchu i ziemi.
- Mam, droga nekromantów, dawno nikt jej nie używał i wszystko zniknęło pod ziemią, ale to na pewno tu, podejdźcie i sami zobaczcie.
Zbliżyli się do niego i na świeżo odkrytej skale ujrzeli wygrawerowane runy.
- Paraknes, znak gildii – uśmiechnął się Sander wodząc palcami po wyrytych liniach
Powoli zagłębili się w gęstwinę, ledwie widoczny szlak wił się wśród drzew, a o jego istnieniu świadczyły tylko runy. Livrete rozglądała się z zaciekawieniem, wszystko wydawało się takie stare, nietknięte ręką człowieka im byli dalej tym mniej światła docierało do nich, aż wreszcie szli w półmroku. Jak tu cicho, pomyślała. Rzeczywiście nie było ani szumu wiatru, ani śpiewu ptaków, jakby las pochłaniał każdy dźwięk.
- Zaraz zapadnie zupełna ciemność, rozbijemy tutaj obóz – powiedział Arzdan
Wybrali miejsce nieopodal niewielkiej rzeczki, która akurat w tym miejscu tworzyła zakole, a więc otaczała ich z trzech stron, z tyłu rósł rozłożysty świerk, którego opadające gałęzi mogły posłużyć jako schronienie na noc. Rozpalili ognisko i czekali aż upolowany jeszcze na równinie zając się upiecze. Wtem nagle wśród błysnęły czerwone oczy, a potem następne i jeszcze kolejne.
- Co to było? – zapytała przestraszona dziewczyna
- Wyczuły nas, dopóki będziemy się trzymać szlaku nic nam nie zrobią, przynajmniej na razie.
Livrete wcale nie uspokojona położyła się spać, długo nie mogła zasnąć otoczono rubinowymi punkcikami pośród ciemności. Następnego dnia ruszyli wcześnie rano, powoli zmierzali w głąb lasu z każdym pokonanym krokiem cichutki szmer narastał. To chyba te szepty, pomyślała dziewczyna, jej towarzysze wydawali się nie zwracać na to uwagi, ale ona była coraz bardziej zdenerwowana. Mijały godziny, otoczenie stawało się coraz bardziej dzikie, po obu stronach szlaku rozpościerało się posępne bagno, nad którym unosiła się mgła. Arzdan z coraz większym trudem odnajdywał znaki pozostawione przez nekromantów, więc posuwali się bardzo wolno, uważając aby nie zgubić drogi. Raptem morze drzew się rozstąpiło, wyszli na niewielką polanę, pośrodku której znajdowała się wielka, kamienna płyta.
- Ołtarz, wiedziałem że w końcu musimy jakiś spotkać – rzucił mężczyzna i podszedł do postumentu, a jego towarzysze podążyli za nim.
Kamień wydawał się nietknięty zębem czasu, wykonano go z czarnego marmuru, szeroki na metr i długi na trzy, u góry znajdowała się płaskorzeźba przedstawiająca twarz kobiety, pewnie  tej bogini jak domyślała się dziewczyna. Trochę niżej wyżłobione długie kanały, które dochodziły aż do końca płyty.
Arzdan wodził palcami po wyżłobieniach.
- Spójrzcie, tędy spływała krew, którą zbierano do ofiarnych naczyń, a następni rozlewano na cześć Darnei
- Chodźmy stąd, nie podoba mi się tu – rzucił pośpiesznie Sander
Jakby na ten sygnał gęstwiny dobiegł ich straszliwy krzyk.
- Uważajcie, nadchodzą – krzykną Arzdan wyciągając długie ostrze.
Sander poszedł w jego ślady, a Livrete wydobyła dwa, noże. W tym momencie z lasu wypadły cztery stworzenia, całkowicie pozbawione już ludzkich cech, niskie, pokryte czarną łuską i ze szponami zamiast palców. Były piekielnie szybkie, Arzdan ciął mieczem najbliższego stwora, ale ten w ostatniej chwili odskoczył, tak że klinga przecięła tylko powietrze. Z swojej prawej strony usłyszał krzyk, zobaczył że jeden z demonów skoczył na plecy dziewczyny, szybko się odwrócił i uderzył, tym razem bestii nie udało się umknąć i obrzydliwa głowa upadła na ziemię. W tym momencie poczuł straszliwy ból w okolicach prawego barku, upuścił miecz i na oślep uderzył sztyletem wyjętym za pasa, ostrze przebiło czaszkę i martwa bestia upadła. Nie mógł ruszać ręką, ciepła krew spływała mu po plecach, jeżeli to dłużej potrwa to nas załatwią, pomyślał. Na szczęście jego towarzysze, wspólnymi siłami rozprawili się z trzecim demonem, a czwarty uciekł do lasu.
- Szybko, musimy wrócić na szlak bo zaraz przyjdą następne – rzucił mężczyzna przez ramię i pociągnął przestraszonego konia za sobą, po chwili byli już wśród drzew
- Przecież mieliśmy być bezpieczni – powiedziała cicho Livrete – Strasznie krwawisz, pokaż muszę to opatrzyć
- To nic takiego, daj mi tylko z mojej torby to czarne pudełeczko – mówiąc to zdjął płaszcz i kolczugę odsłaniając cztery głębokie rany, długie na sześć centymetrów i biegnące od barku w dół
- Ta polana musiała być pozbawiona ochrony, to chyba moc płynąca z tego ołtarza zniweczyła czary nekromantów, mieliśmy kupę szczęścia – stwierdził Sander
Dziewczyna posmarowała rany chłopaka maścią z pudełeczka, a te szybko się zasklepiły.
- Możemy ruszać dalej, jesteśmy już blisko jeszcze tydzień i znajdziemy wejście do doliny.
Kolejne dni upływały pod znakiem coraz głośniejszych szeptów, które powoli przeradzały się w krzyki w ich stronę leciały kamienie, gałęzie i grudki ziemi, na szczęście same demony nie mogły pokonać dzielącej ich niewidzialnej bariery.
- Wreszcie, Jezioro Topielców, serce lasu tu szlak się rozdziela pójdziemy jego prawą odnogą i obejdziemy jezioro – rzucił przewodnik
Livrete spojrzała w stronę zbiornika, woda była nienaturalnie przeźroczysta, niczym szkło, widać było dno, które pokrywały tysiące kości, czaszki, żebra, piszczele i kompletne szkielety. Wzdrygnęła się na ten widok. Dwa dni zajęło im dotarcie do podnóża gór.
- Jesteśmy na miejscu, Kamienne Kły i Dolina Umarłych, która zaprowadzi nas do Nekropolii – powiedział wyraźnie zadowolony Arzdan


Rozdział II

Coraz bardziej zagłębiali się w trzewia gór, kręta dolina prowadziła ich wśród ponurych rumowisk skalnych, po prawej stronie sączył się niewielki strumyczek, który miał swój kres w Jeziorze Topielców, gdzie niegdzie rosły samotne jodły. Droga ciągle się wznosiła i robiło się coraz chłodniej. W końcu śnieżne zaspy zaczęły im coraz bardziej utrudniać drogę.
- Zatrzymajmy się tutaj, jutro dojdziemy na do Bram Umarłych
Rozbili obóz u podnóża skały, gdzie byli chronienie od przenikliwego, zimnego wiatru.
- Mam nadzieję braciszku, ze wiesz jak pokonać te bramy – powiedziała wesoło dziewczyna
- Mam taką nadzieję, mamy monety i to powinno wystarczyć, jutro się przekonamy – odparł brodaty mężczyzna
Następnego dni poruszali się nadzwyczaj szybko i już około południa stali przed dwoma olbrzymimi, nefrytowymi obeliskami.
- To są Bramy Umarłych, Sander do dzieła – powiedział Arzdan
Brodacz zbliżył się i wyjął pieniążki, powoli chodził wokół każdego postumentu i badał go palcami, jakby szukał niewidzialnych znaków. Kiedy tylko był pewien przykładał monety w odpowiednie miejsca, aż w końcu nie pozostała mu ani jedna. W tym momencie obeliski zapłonęły zimny, jadowicie zielonym blaskiem, a tuż za nimi zmaterializowała się brama prowadząca do kamiennego grodu.
- Niesamowite – szepnęła Livrete
- Tak, Nekropolia jest świetnie ukryta – odparł Arzdan – Sander dobra robota, ruszamy dalej
Przekroczyli bramę i znaleźli się na brukowanej ulicy, po obu jej stronach znajdowały się budynki, przeznaczone na magazyny i warsztaty, a w oddali majaczyła potężna twierdza. W końcu doszli do murów i otworzyli bramę, ich oczom ukazał się niesamowity widok, cały zamek otoczony był setkami martwiaków. Potężna postacie, okryte płytowymi zbrojami, każdy miał przewieszony przez plecy długi miecz, stały nieruchomo w szeregach, jakby czekając na bitwę.
- Czy oni nam nic nie zrobią? – zapytała Livrete
- Nie, bez Władcy Miecza są tylko zwykłymi trupami, ale cóż to za potęga, armia budząca przerażenia przez tysiące lat.
Szli i mijali kolejne szeregi martwych wojowników, pokrywała ich cieniutka warstewka śniegu i wyglądali niczym posągi, były ich tysiące, niekończący się las postaci. W końcu dobrnęli do samej twierdzy, była olbrzymia, strzeliste wieżyczki sięgały szczytów gór, potężne, czarne mury były nie do sforsowanie. Kiedy podeszli bliżej, drzwi same się otworzyły, jakby zapraszały ich do środka. Gdy tylko przez nie przeszli zapłonęły zielonkawe światełka nieznanego pochodzenia.
- Gdzie jest komnata miecza? – zapytał Sander
- Chyba na dolnym poziomie, poszukajmy jakiś schodów – odparł Arzdan
Rozdzielili się, Livrete poszła korytarzem prowadzącym na północ, szła kamienna posadzką, a każdy jej krok odbijał się echem. Mijała zbroje ustawione we wnękach ścian, drogocenne puchary i talerze wykonane ze złota i szlachetnych kamieni ustawione na długich stołach. Na jednym z piedestałów stał szkielet dziwnego, ośmionogiego stworzenia z długim ogonem i wielka paszczą, a wszystko pokrywała gruba warstwa kurzu. W końcu znalazła się na samym końcu, gdzie znajdowały się schody prowadzące do podziemi. Szybko pobiegł zawołać swoich towarzyszy.
***
Podziemia tworzyły rozległy labirynt korytarzy, sal i przejść. Czuć było zapach stęchlizny, a ściany były wilgotne od skroplonej pary. Poruszali się powoli poszukując znaków, które wskazałby im drogę. Mijali kolejne komnaty, ucztujące szkielety, siedzące nad bogato zastawionymi stołami i zastygłe jakby zatrzymane w czasie, pokój pełen złotych monet, malutkie zakratowane pomieszczenia, gdzie do ścian przykute były kolejne trupy, sale z półkami pełnymi opasłych woluminów, wielkie baseny z zielonkawą cieczą, w której ewidentnie coś żyło. Wreszcie znaleźli się w długiej komnacie pełnej wielkich luster, gdy tylko do niej weszli wszystkie zwierciadła zapłonęły czerwonym blaskiem wypełniając pomieszczenie ognistym światłem, a na końcu otworzyły się drzwi ukazując snop światła, w którym wirował miecz. W tym momencie przed nimi zmaterializowała się postać w czarnej zbroi.
- Poprzedni Władca Miecza, a teraz jego strażnik – powiedział cicho Arzdan
- Kolejny głupiec, który myśli, że potrafi zapanować nad Ostrzem Dusz, giń – mówiąc to rzucił się do ataku.
Był niesamowicie szybki, raz po raz odpierali kolejne cięcia, a sami nie mogli go dosięgnąć. Cios za ciosem coraz bardziej przypierał ich linii luster w końcu Arzdanowi udało się trafi go w nogę, potknął się, ale nie upadł, ale szala zaczęła się przechylać na stronę wędrowców. Kolejne ciosy spadały na martwiaka, zaczął się cofać, otoczyli go z trzech stron, nie miał szans padł na ziemię.
- Dziękuję głupcy, nawet nie wiecie jak bardzo mi pomogliście – powiedział słabym głosem i rozsypał się w pył
Arzdan ruszył powoli w stronę Ostrza, wzywało go, chwycił za rękojeść, było ciepłe, nagle w jego głowie odezwał się głos.
- Wiesz co musisz zrobić, wiesz co jest twoim przeznaczeniem, nakarm mnie i obudź Legiony
Powoli zbliżał się do swoich towarzyszy w jego oczach płonął zielonkawy ogień.
- Nie rób tego, odrzuć ten przeklęty miecz, weźmy złoto i uciekajmy – powiedział wystraszony Sander
Zawahał się, ale po chwili ruszył dalej, wzniósł miecz nad głowę.
- Livrete uciekaj, ja go zatrzymam – krzyknął do dziewczyny, ale Arzdan podniósł dłoń i wrota się zatrzasnęły
- Jej nie musisz zabijać, weź mnie – błagał swojego niedawnego przyjaciela
Mężczyzna uśmiechnął się zimno i jednym ciosem pozbawił go życia.
- Tak, tak po tylu latach wreszcie
Krok za krokiem zbliżał się do dziewczyny, ta upadła i spojrzała na niego ze łzami w oczach. Zatrzymał się, jakby walczył ze sobą. Drzwi się otworzyły.
- Uciekaj, nie masz wiele czasu – powiedział z trudem
- Co ty robisz głupcze, zabij ją
- Jestem panem Ostrza, ja nie ty, nakarmiłem cię i dostaniesz kolejne ofiary, ale to ja podejmuje decyzje, ja jestem władcą – krzyknął
Dziewczyna nie patrzyła dalej na tę scenę tylko ruszyła biegiem do wyjścia, sama nie wiedziała jak odnalazła przejście przez labirynt. Wybiegła na zewnątrz, armia powoli się budziła, mijała trupy, które zaczęły się poruszać, w ich pustych oczodołach znowu palił się ogień. W ostatniej chwili dopadła do konia i ruszyła przed siebie.


Epilog

Na kamiennym tronie siedział samotny mężczyzna, na jego kolanach leżało długie ostrze, u jego stóp stały dwa trupy.
- Wyruszamy jutro – powiedział zimny głosem
- Tak panie – odparli razem
Najpotężniejsza armia świata ma swojego pana, pana którym nie kieruje wola Ostrza Dusz, pana który ma jasno określony cel. Świat spłynie krwią, Legiony ruszają do boju, równe szeregi wojowników, którzy nie czuja bólu ani głodu, których liczba rośnie po każdej bitwie. Czy ktoś przetrwa?

"Ta część lenna, utrzymuje się z garbarstwa. Jest to po prostu centrum całego garbarstwa, na którym można dość sporo zarobić. Co prawda, ludzie w prowincji utrzymują się jeszcze z innych wyrobów, ale garbarstwo jest najbardziej rozpowszechnione."

Podziemie

Dollan

  • Moderator
  • Wiadomości: 1042
  • El Magnifico
Odp: Konkurs na Opis Wyprawy II
« Odpowiedź #5 dnia: Luty 10, 2014, 21:16:04 pm »
Tawerna „Uśmiechnięty Antałek” na Terytorium Neutralnym Świętego Przymierza jak każdego wieczora, gościła wielu przedstawicieli każdego z trzech zakonów. Pan Goffrey, właściciel lokalu był zadowolony z takiego stanu rzeczy, gdy lwia część jego klientów to rycerze, wojownicy i magowie. Było ku temu kilka powodów. Po pierwsze, zbrojni mężowie zazwyczaj cieszyli się twardymi głowami, a to oznaczało więcej sprzedanych trunków. Po drugie, magowie zazwyczaj cieszyli się bardzo miękkimi głowami, co oznaczało, że kiedy już odejdą do krainy snów można im dopisać kilka pozycji do rachunku, i tak się nie zorientują. Po trzecie, zapewniało mu to niewyobrażalny spokój. Nie chodziło tylko o to, że goście zazwyczaj byli zmordowani po całym dniu ciężkiej pracy i zwyczajnie nie mieli ochoty na wszczynanie burd. Chodziło też o to, że nawet najgłupsi złodzieje już dawno uświadomili sobie, jak niemili potrafią być bywalcy tej karczmy, gdy ktoś przeszkadza im w odpoczynku wskakując do środka z naładowaną kuszą i krzycząc „Uwaga, to jest napad!”. Podobno ostatni, który tego spróbował, został potem znaleziony na pobliskich polach. Rozsmarowany po całych pobliskich polach, jeśli chodzi o szczegóły. Dlatego też to miejsce było idealne do spotkania kilku żołnierzy, którzy mieli do omówienia niecodzienną sprawę.
Była to co najmniej niecodzienna zbieranina ras, kształtów i kolorów. Gdyby ktoś chciał przyjrzeć się im dokładnie, najpierw zwróciłby uwagę na mężczyznę siedzącego najbliżej drzwi. Był to wysoki, chudy człowiek, o nienaturalnie bladej cerze i szlachetnych rysach. Włosy miał krótkie, zaczesane do góry, nos szpiczasty, oczy czarne jak noc. Miał na sobie czarny pancerz, starannie wypolerowany i błyszczący niczym pupa niemowlęcia. Na myśl przychodziło ludziom zwykle jedno określenie, gdy go spotykali, mianowicie „wyglądasz jak śmierć na wakacjach”. Była to poniekąd prawda, gdyż był on wampirem. Nazywał się Otton i służył w Podziemiu jako oficer zwiadu. W tym momencie zajęty był odchrząkiwaniem po ostatnim łyku wody, która najwyraźniej poleciała nie w tą dziurkę, co trzeba. Każde kaszlnięcie Ottona przypominało uderzenie powietrza zamkniętego na tysiąc lat w pradawnej krypcie – akurat takiej, by zamknąć w niej starożytnego demona, który swoim ostatnim krzykiem rozpaczy mógłby przywołać potężną armię zła. Cóż, po kilku setkach lat na służbie trudno o cokolwiek innego. Przyjrzyjmy się jednak temu człowiekowi, który usilnie stara się pomóc koledze, klepiąc go po plecach. Nazywał się Gerard i pochodził ze Stolicy Królestwa. Też był żołnierzem, jednak zupełnie innym niż jego nieumarty przyjaciel. Mierzył ponad dwa metry, był potężnie zbudowany a na plecach nosił olbrzymi miecz dwuręczny. To znaczy, w normalnych warunkach byłby dwuręczny, ale Gerard używał go jedną ręką. Miał na sobie tunikę w czerwono-żółtą kratę, czyli dość standardowe ubranie dla królewicza, który chciałby się porzucać w oczy. Na niemal kwadratowej twarzy widniał duży nos i małe oczka, sprzed których ciągle musiał odgarniać swoje kręcone włosy. Choć z wyglądu przypominał kogoś, kto po przebudzeniu łamie kilka podków a potem rzuca drzewami w bezbronnych wieśniaków, to z charakteru był łagodny niczym baranek. Miecza używał tylko w ostateczności. Zazwyczaj sam jego wygląd sprawiał, że potencjalni wrogowie odchodzili z roztargnieniem pomrukując pod nosem „A niech to, przypomniałem sobie, że miałem jeszcze coś zrobić… do widzenia szanownemu panu!”. Z tego powodu cieszył się wieloma sukcesami w walkach z oddziałami bandytów, którzy woleli już zacząć uczciwie zarabiać na życie niż stawać do walki z tym dryblasem. Ostatni z zebranych przy stole wyglądał na elfa i w rzeczy samej nim był. Długie uszy, długie włosy, długi… łuk, krótko mówiąc typowy przedstawiciel tego gatunku. Tylko z charakteru nieco odstawał od swoich honorowych i szlachetnych pobratymców. Z jednej strony nigdy nie uważał się za kogoś lepszego niż ludzie, z drugiej jednak cechował się typowo ludzkimi cechami, chociażby chciwością. Pochodził z Leśnego Bastionu na terenie Klasztoru, gdzie od dziecka starano się przerobić go na stereotypowego elfa – honorowego, do przesady praworządnego i gotowego by w każdej chwili zrobić coś bohatersko głupiego i w efekcie tego zginąć. Aedan, gdyż tak brzmiało jego imię, miał jednak zupełnie inne plany na życie. Oczywiście nigdy nie przysporzyło mu to zbytniej popularności wśród swojego ludu, ale i tak wolał towarzystwo ludzi w Wielkim Klasztorze. Mieli więcej pieniędzy.
Nierozwiązaną wciąż zagadką świata jest to, jak ta trójka się zaprzyjaźniła. Mimo to, od lat byli nierozłącznymi druhami w wielu wyprawach. I tym razem miało być podobnie.
- Przyjaciele – przemówił Otto, gdy wreszcie zdołał opanować atak kaszlu. – Jak zapewne wiecie, istnieje pewna stara legenda. Głosi ona, że przed wieloma wiekami starły się ze sobą potężne armie Innosa i Beliara, a podczas walki zaginął potężny artefakt. Miecz, wykuty przez samego Boga Ciemności dla jego najbardziej zaufanego generała.
- Każdy ją zna – rzekł Aedan, biorąc łyk piwa.
- Dziadek mi ją opowiadał, kiedy byłem mały – dodał Gerard.
- No właśnie. Wielu uznaje, że to stek bzdur wyssany z palca. – Otton sięgnął pod stół do swojej torby – Jednakowoż, nabyłem ostatnio pewien przedmiot, który zdaje się sugerować miejsce ukrycia wspomnianego artefaktu.
Wampir położył na stole mapę przedstawiającą Święte Przymierze. Zdecydowanie była to mapa człowieka pracującego, to znaczy w rogach widoczne były notatki i zapiski, wszędzie pokreślone były strzałki, kółka i wykresy. Ktoś bardzo szczegółowo analizował cały kontynent. Jednak Otto wskazał palcem na oznaczony czerwonym kółkiem obszar na Terytorium Neutralnym, w którym znajdowało się kilka krzyżyków i jeden ptaszek.
- Poprzedni właściciel tej mapy też  chyba chciał szukać miecza. Miło z jego strony, że odwalił za nas większość pracy – mruknął Aedan, uśmiechając się lekko.
- A właściwie czemu ci to sprzedał, skoro tyle przy tym pracował? – spytał Gerard, drapiąc się po głowie.
- Sprzedał mi ją jego syn. – wampir wziął łyk wody – Faceta zjadły pełzacze.
Te słowa zawisły w powietrzu na zdecydowanie kilka chwil za dużo. Aedan i Gerard musieli poważnie przemyśleć możliwy bilans strat i zysków z tej wyprawy. Mimo wszystko, perspektywa zysku płynącego ze sprzedaży takiego artefaktu była kusząca. Jak się okazało, wystarczająco kusząca. Jak jeden mąż obaj skinęli głowami dając do zrozumienia, że pełzacze ewentualne pełzacze będą musiały się bardziej postarać, by i tym razem zdobyć mięso na obiad.
- Naprawdę myślisz, że ten miecz wykuł sam Beliar? – spytał Gerard.
- Nie bądź głupi. Takie przedmioty to efekty nieostrożności ludzi. Wiesz, kuźnia zbudowana na przecięciu potężnych żył energetycznych czy coś, a potem powstaje miecz, który jednym cięciem rozrąbuje dom na dwie połowy. – odparł Aedan.
- Nie chodzi o to, czy naprawdę wykuł go jakiś bóg, czy może jakiś nowicjusz rzucał zaklęcia na chybił-trafił i zdołał nałożyć magię na miecz. Ważne, że ludzie uważają go za coś niezwykłego. Jak myślicie, ile dadzą ludzie, żeby móc go obejrzeć? Albo żeby móc go dotknąć? A teraz pomnóżcie to razy tysiąc, bo tyle da nam dowolne państwo, żeby to do nich mogli się zjeżdżać kolejni pielgrzymi. – stwierdził Otton.  – Uważam, że nie ma tu o czym dłużej dyskutować.
- I tak za długo nie podyskutowaliśmy. Oni będą niezadowoleni. Pomyślą, że to za krótka scena. – rzekł Gerard.
- Oni? Jacy „oni”? – zdziwił się elf.
- No… wiecie… - zaczął wojownik czując na sobie badawczy wzrok kolegów – Macie czasami to dziwne wrażenie, że ktoś was obserwuje?
- Czasami. – odparł Otton bez namysłu. A potem się namyślił – Często. Zwłaszcza, jak dzieje się coś ważnego.
- No proszę was, jak dzieje się coś ważnego to dookoła jest pełno osób, które mogą na nas patrzeć. Nie popadajmy w paranoję – Aedan machnął lekceważąco ręką i po raz kolejny łyknął piwa.
- Nie, nie o to chodzi. – kontynuował Gerard – Wiesz… to jest takie uczucie, że ktoś inny jeszcze cię obserwuje. Że ktoś czyta ci w myślach. Wie, co sobie tam mówisz w głowie, sam do siebie. Patrzy, ocenia, może nawet komentuje pod nosem.
Elf prychnął, by jeszcze raz podkreślić swój stosunek do opowiadanych przez przyjaciela historii, ale dobrze wiedział, o czym on mówi. Też tak czasami miał. Kiedyś, jeszcze w Leśnym Bastionie był na wykładzie magicznym. Jakiś czarodziej opowiadał o żywiołach, o magii i takich tam. W pewnym momencie wspomniał coś o cząsteczce Epikos. Sugerował, iż może istnieć byt złożony wyłącznie z tej cząstki, żyjący we własnym świecie, którego przeznaczeniem jest kierowanie losami niezliczonych światów. Mają moc tworzenia, oceniania oraz niszczenia tego, co nie sprosta ich oczekiwaniom. Takich bytów może być i siedem miliardów. Dla elfa, który dotychczas widział najwyżej pięćdziesiąt osób naraz liczbę „siedem miliardów” można określić tylko jako „bardzo duża”. Zbyt duża, żeby ją sobie wyobrazić.
- Niech sobie… oni… myślą, co chcą. Lepiej już ruszajmy. Im szybciej znajdziemy ten miecz, tym szybciej wrócimy do domów z workami pełnymi forsy. – Aedan już zacierał ręce na myśl o górze złota, jaką zarobią na tym, zdawałoby się, banalnym biznesie. I znowu naszło go przeczucie, że ktoś czyta mu w myślach. Szybko przestał myśleć. Zbyt duże ilości myślenia na raz to robota dla magów i innych elegancików.



- Wiecie co? Ta jaskinia wygląda znajomo… - mruknął Gerard, kiedy cała trójka przejeżdżała koło ciemnej w środku jamy.
- Powiem ci, dlaczego. Bo już tędy jechaliśmy! – oburzył się Aedan. – Patrz na tamto drzewko! Złamałeś je, kiedy zsiadałeś z konia, pamiętasz?
- Nic dziwnego, że zabłądziliśmy, skoro takie z was trajkotki, że nawet nie mogę w spokoju obejrzeć tej mapy – odparł spokojnie Otton.
- Aha, czyli to nasza wina, nawigatorze od siedmiu boleści? – burknął elf.
- Powtarzam ci przecież, że to musi być gdzieś tutaj – wampir potrząsnął kilka razy mapą, by usunąć wszystkie zagięcia. Nie przeszkadzały szczególnie w analizowaniu drogi, ale wrodzony perfekcjonizm nie pozwalał mu korzystać z powyginanej mapy.
- A nie rozważyłeś, że to może być ta jaskinia, którą mijaliśmy? – spytał Gerard.
- Nie, ale… - Otton westchnął. I tak nie miał lepszego pomysłu. – Dobra. To zobaczmy tą jaskinię.
Chwilę później cała trójka stała już przed wejściem do pieczary. Gerard zapalił dwie pochodnie, jedną z nich podał Aedanowi. Otton szedł na przedzie, gdyż z naturalnych powodów nie potrzebne mu były pochodnie. Jak każdy nieumarły, czuł się też nieswojo w pobliżu ognia. Jako pierwszy dostrzegł rozwidlający się korytarz. Żadna z dróg nie wydawała się bardziej zachęcająca od drugiej, nie zauważył też żadnych wskazówek. Naszło go przeczucie, że coś z tą jaskinią jest nie tak. Każde szanujące się tajemnicze miejsce, w którym byli, miałoby już na tym etapie jakąś prostą zagadkę, pułapkę albo podpowiedź. Może w końcu ktoś na górze postanowił podnieść im poziom poprzeczki. Albo to on robił się zbyt mało spostrzegawczy. A to przecież dopiero osiemset lat na służbie.
- Rozdzielmy się – zaproponował Aedan. – Tak będzie szybciej. Ja i Gerard pójdziemy ścieżką na lewo.
- Dasz sobie radę, Otton? – spytał Gerard.
- Jasne. W razie czego, zawsze mogę napotkanych niemilców… - zadrżał. Chociaż starał się już od kilku miesięcy, to jednak wciąż jakaś część jego mózgu mu o tym przypominała. Bogowie świadkami jak bardzo się starał. Całkowicie odstawił picie krwi, nawet zwierzęcej, a zamiast tego zaczął pić mnóstwo kakao i jeść dużo jabłek. Oczywiście, nie czuł się tak dobrze jak dawniej, ale alkoholik też nie czuje się dobrze po odstawieniu piwa na rzecz herbaty. To musi potrwać. I za każdym razem, gdy wydawało mu się, że już zapomniał całkowicie, jakiś wewnętrzny głos podpowiadał mu „jakby co, załatwisz to po staremu”. I znowu wracały wspomnienia, znowu zaczynały drżeć mu ręce, znowu serce biło mu jak dzwon. Cóż, nikt nie powiedział, że będzie łatwo. – Kopnę ich w godność i zacznę głośno krzyczeć.
- W porządku – Aedan dobrze wiedział, jak ciężko jest tak żyć jego przyjacielowi. Naprawdę widział, jak wampir ze wszystkich sił stara się polubić kakao.
Gdy wampir odszedł swoją trasą, pozostali ścisnęli mocnej pochodnie i ruszyli przed siebie. Po kilku minutach marszu korytarz zaczął się zwężać, a sufit obniżać. Biorąc pod uwagę posturę Gerarda Aedan miał wątpliwości, czy jego towarzysz zdoła kontynuować podróż, jeśli korytarz dalej będzie się kurczył. I rzeczywiście, w końcu doszli do miejsca, przez które mógł się przecisnąć jedynie elf.
- Zostań tutaj – powiedział do przyjaciela – Jakby coś się działo, krzycz.
- Dobra. A co jak ja i Otto będziemy potrzebowali pomocy w tym samym momencie? I obaj zaczniemy krzyczeć? Mam lecieć mu na pomoc czy samemu czekać na pomoc?
Aedan zastanowił się. W swojej ogólnej, nieprzesadnej inteligencji Gerard potrafił czasami zadać bardzo słuszne pytanie, którego nie zadałby nikt inny. Elf podejrzewał, że jego kompan na swoich nieprzebytych równinach głupoty odnalazł przez przypadek nowe, nieznane dotąd złoża inteligencji. Wizerunek Gerarda jako niepowstrzymanej góry mięśni potrafiącej w dodatku napisać w pełni poprawne, długie zdanie bez kilkuminutowych rozważań nad dłuższymi słowami była niepokojąca.
- Serce powie ci, co robić – odpowiedział dyplomatycznie Aedan, klepiąc przyjaciela po ramieniu.
Zostawiając kamrata za sobą, elf kontynuował ostrożnie swoją podróż. Zanim robił pełny krok do przodu, ostrożnie opukiwał stopą fragment ziemi przed sobą. Doświadczenie nauczyło go, że w takich miejscach zawsze są jakieś pułapki. Zatrute strzały wypadające ze ścian, ostrze jak brzytwa miecze wyskakujące z podłogi albo gigantyczne kamienne kule strzegące dostępu do zaginionych, pozłacanych skrzyń, w których ktoś ukrył ważne symbolicznie kamienie. Tym razem jednak niepokojąco długo nie natykał się na nic. Uczucie niepewności, które mu towarzyszyło było znacznie gorsze od, na przykład, wspomnianej kamiennej kuli. Wtedy przynajmniej człowiek wie, na czym stoi, i że jeśli postoi na tym jeszcze chwilę to stanie się bardzo, bardzo płaski. To nie fair, myślał. Tajemnicze jaskinie nie powinny tak robić.
W pewnym momencie zauważył błyszczący przedmiot leżący na skale. Zupełnie nie zastanowiło go to, skąd pojedyncza, złota moneta znalazła się w ciemnej jaskini na środku dużego głazu. Część jego mózgu, odpowiedzialna za te niezbyt chlubne ludzkie cechy przejęła kontrolę nad ciałem, zignorowała sprzeciw rozsądku a następnie rzuciła elfa w stronę zdobyczy. Aedan zbyt późno domyślił się, że być może nie powinien był tego robić. To była nędzna sztuczka, ale jak się okazało, wystarczyła by zwabić tego elfa. Świadczyło o tym wiele czynników, jak choćby bardzo zdenerwowany głos rozsądku, który wyrwał się z łańcuchów ignorowania i zdecydowanie zamierzał wyjaśnić sobie z Aedanem kilka spraw. Wartym uwagi czynnikiem był też oczywiście odgłos wyciąganego noża.



Otto poruszał się dość szybko, szybciej niż jego towarzysze. Naturalnie wyostrzone zmysły same informowały go o kamieniach pod nogami czy kamiennych soplach zwisających z sufitu, których nazwy nigdy nie mógł zapamiętać. Przez setki lat z nudów nauczył się naprawdę wielu rzeczy na pamięć, ale tego najzwyczajniej nie był w stanie. W końcu dotarł do niezbyt obszernej, z braku lepszego słowa, komnaty. Wyglądała na ślepy zaułek. Zgodnie z tym, czego się nauczył na niezliczonych wyprawach, zaczął uważnie przyglądać się ścianom i dotykać tych co bardziej oryginalnych kamieni. Po bezowocnym zbadaniu większości z nich miał wrażenie, że został oszukany. To nie tak powinno wyglądać. Zawsze była jakaś przekładnia, jakieś tajemne przejście, jakieś starożytne runy na ścianie, COKOLWIEK. Tym razem wyglądało na to, że nie ma nic. Zniechęcony wampir usiadł na chwilę, by złapać oddech. I w tym momencie świat się zawalił.


-… sądzisz chyba, Najwyższy Wielki Mistrzu, że ten bęcwał mógłby…
- A czemu by nie? Wygląda na elfa. Elfowie nadają się do takich rzeczy.
- Mówi się „elfy”, Najwyższy Wielki Mistrzu. Mfm Mhm.
- Nieważne, jak się mówi, bracie Kapelanie.
- Dobrze, bracia, nie kłóćmy się. Ważne, że mamy kogoś na zastępstwo za Gilberta. To, co z niego zostało absolutnie nie nadaje się na ofiarę dla boga Twaroga.
- Nie wiem, czy on wystarczy, żeby wzmocnić Światłość Boga Twaroga Ujawniającą Prawdę Tym, Którzy Błądzą w Ciemnościach.
- Nie marudźcie, bracie Kronikarzu. Przygotowaliście Bezdenną Jamę Boskiego Oczyszczenia Twaroga?
- Tak.
- A wy, bracie Odźwierny, czy doczyściliście w końcu Mroczny Kocioł Słusznego Gniewu Boga Twaroga?
- Tak. Ekhm… tak się zastanawiałem, Najwyższy Wielki Mistrzu… czy my naprawdę musimy mieć wszystkie nazwy takie długie i trudne do zapamiętania?
- Owszem, bracie Odźwierny. Tylko droga przez trudy jest drogą słuszną, tylko droga kręta i wyboista prowadzi do zbawienia i wiecznej światłości pod Jego majestatem.
- Oczywiście, oczywiście, ale mimo wszystko te kręte i wyboiste ścieżki do zbawienia sprawiły, że brat Kaplica ma obolałą całą szczękę i nie może mówić ani jeść. Chyba nie muszę przypominać, jak skończyły się jego próby wymówienia „Wrzeciono Nieprzestrzegalnej Żarliwości z Żyroskopowymi Wyrzutnikami”.
- Też racja. Po ceremonii zapytam boga Twaroga, czy Kręta i Wyboista Droga do Oświecenia nie mogłaby się trochę wyprostować.
- Dziękuję, Najwyższy Wielki Mistrzu.
- Nie traćmy już więcej czasu, bracia. Przygotujcie ołtarz, bóg Twaróg pragnie sprawiedliwej, krwawej ofiary!
Aedan zaczął mocniej pocierać sznurami o stojący w kącie kij. Dotychczas pracował wolniej chociażby z tego względu, że nic nie widział, w ustach miał knebel a ręce i nogi związane. Jednakże to, co zdołał usłyszeć przez szparę w drzwiach pomogło mu odnaleźć w sobie nieznane dotąd źródła atomowej energii.


Otton kaszlnął kilka razy. Ledwo trzymając się na nogach, wampir, cały zakurzony, obolały i oszołomiony, zaczął analizować sytuację. Nawet przy jego wyostrzonych zmysłach konieczna była mała retrospekcja, by dokładnie ocenić wszystko, co zdarzyło się w ciągu ostatnich kilkunastu sekund. Usiadł na kamieniu a podłoga zarwała się pod nim. Może jednak te jabłka są zbyt tuczące. Potem zleciał razem z kamieniami i piaskiem do jakiegoś szybu, w którym leciał przez chwilę obijając się o różne wystające skały i obrywając kamieniami z góry, starającymi się dotrzymać mu kroku w drodze na dół. Ostatecznie razem z tym wszystkim wylądował w małej jaskini, dużo niżej. Nie miał pojęcia, gdzie się teraz znajduje i gdzie jest jakieś wyjście. Kiedy minął pierwszy szok pozderzeniowy, Otto usłyszał niewyraźne głosy dobiegające zza ściany. Jeden z nich chyba był zaniepokojony hałasami, których przyczyną był Otton. Pozostałe głosy raczej machnęły na to ręką i wróciły do swoich zajęć. Wampir ostrożnie przyłożył ucho do ściany, licząc, że uda mu się jeszcze coś usłyszeć. Póki co, nic innego nie przychodziło mu do głowy. Kiedy tak stał i nasłuchiwał, nie zwrócił uwagi, że od pewnego czasu przygląda mu się potężna osoba. Najwyraźniej człowiek ten o niebagatelnej posturze zastanawiał się, co powinien zrobić widząc wampira przytkniętego do ściany. W końcu postanowił podejść.
- Ekhm… Otto – mruknął dryblas.
Gdyby nie to, że Otto był, technicznie rzecz ujmując, martwy, to zapewne umarłby na zawał serca. Ograniczył się jednak do gwałtownego zwrotu o sto osiemdziesiąt stopni i zrobienia wielkich oczu.
- Gerard?! Skąd ty się tu wziąłeś, na demona?
- No… przyszedłem. O stamtąd – wojownik wskazał wielkim palcem wejście do pomieszczenia, które też najwyraźniej umknęło uwadze oszołomionego wampira.
- Aha. W porządku. Miło cię widzieć. Ale skąd wiedziałeś, że tu jestem?
- No więc. Stałem sobie i czekałem na Aedana, bo trafiliśmy na taką dziurę co tylko on mógł przez nią przejść. No i żem usłyszał taki wielki hałas, to pomyślałem, że warto sprawdzić, co to taki hałas robi. No i przyszedłem. – wyjaśnił szczegółowo Gerard.
- Wiesz, co to za ludzie są po drugiej stronie tej ściany?
- Nie, ale się mogę dowiedzieć – nie czekając na opinię swojego przyjaciela, królewicz ruszył pewnym krokiem w stronę ściany. Wysunął przed siebie zaciśniętą pięść, przypominającą nieco fragment ceglanego muru i, zdawałoby się, bez wysiłku utorował przejście dla siebie i Otta.
- No tak. Zapomniałem, jakie masz bezpośrednie podejście do każdego problemu.


- Na Twaroga! – krzyknął jeden z kultystów, wskazując drżącym palcem na nadchodzącego Gerarda.
- Dzień dobry – powiedział uprzejmie wojownik, uśmiechnął się serdecznie i wyciągnął dłoń na przywitanie. – Mam nadzieję, że zastaję panów w dobrym zdrowiu.
- Co? – zdziwił się Najwyższy Wielki Mistrz. Skinął dłonią na swoich braci, a ci schowali wyciągnięte naprędce miecze, pogrzebacze i w jednym przypadku szczotki. Rzucił badawcze spojrzenie przybyłemu gigantowi, a co jak co, ale Najwyższy Wielki Mistrz znał się na ludziach. Umiał zobaczyć naprawdę dużo tym jednym spojrzeniem. I to, czego był pewien, to że nieznajomy wita się z nimi całkowicie szczerze. W jego oczach nie było widać ani odrobiny szyderstwa, a uśmiech był… niepokojąco miły. To jeden z tych uśmiechów, przed którym ludzie cofają się ostrożnie w każdej chwili gotowi do ucieczki.
- Przepraszam za kolegę – rzucił wchodzący za Gerardem Otton. – Mój współpracownik czasami nie docenia swojej siły.
- Rozumiem… chyba. Ale kim panowie… - zaczął brat Kapelan.
- Och, gdzie moje maniery. Nazywam się Otton Heinrich Wolfgang Dietrich Andreas Friedriech von Unterwelt! – buty stuknęły, gdy Otto stanął na baczność, wypinając pierś. – W skróconej wersji.
- Skróconej?
- O tak. Wampiry mają bardzo, bardzo długie imiona. Proszę mi mówić Otton.
- Panie Otto… - brat Kronikarz zawahał się – Wampiry?
- Ach, racja, głupiec ze mnie. Pewnie nie spodziewali się panowie wampira, prawda? Spokojnie, jestem zreformowany.
- Zdeformowany?
- Zreformowany. To znaczy nie piję kr… wiedzą panowie, czego – przetłumaczył Otto.
- A to ci dopiero. No więc, może teraz nam panowie wyjaśnią, dlaczego przerywacie… nasze spotkanie? – spytał oskarżycielsko Najwyższy Wielki Mistrz.
- Jesteśmy z Generalnego Komisariatu ds. Równości Wyznaniowej Świętego Przymierza. Przeprowadzamy badania na temat… częstotliwości występowania autentycznych artefaktów stanowiących źródło kultu. Czy państwa wyznanie posiada takowy artefakt?
Gerard był oszołomiony. Wiedział, że Otton ma niezłą wyobraźnię, ale wymyślać takie coś na poczekaniu? Jemu by to zajęło co najmniej kilka godzin, a i tak pewnie nie wypadłby przekonująco.
- Właściwie… - Najwyższy Wielki Mistrz zawahał się. Z resztą, skoro kulty są tak powszechne, że stworzyli dla nich specjalną organizację, to chyba nic się nie stanie, jeśli powie prawdę – Właściwie to jest coś. Miecz. Znają panowie tą legendę, o mieczu wykutym przez samego Boga Ciem…
- Znamy. – przerwali mu jednogłośnie. – Czy moglibyśmy obejrzeć? Rozumieją panowie, kwestie autentyczności, praw autorskich, takie sprawy.
Brat Kronikarz spojrzał pytająco na Najwyższego Wielkiego Mistrza, a ten po chwili namysłu skinął lekko głową. Brat Kronikarz sięgnął do kieszeni, wyjął z niej mały klucz, po czym otworzył nim stojący obok kufer i ostrożnie wyjął przedmiot zawinięty w coś, co Gerardowi przypominało wiejski obrus.
- Proszę – powiedział Najwyższy Wielki Mistrz, podając pakunek Ottonowi – Tylko ostrożnie, nie chciałbym…
W tym momencie ze składziku wyskoczył Aedan. W dłoniach trzymał kij od szczotki, do buta przyczepił mu się kawałek sznura, a na twarzy widniała niepowstrzymana żądza mordu. Bez namysłu rzucił się na najbliższego kultystę i szybkim ciosem z półobrotu posłał go na stos skrzynek leżących w kącie.
- Niech to szlag! Brać ich! – ryknął Najwyższy Wielki Mistrz, chwytając za pakunek z mieczem. Otto zaczął się z nim szarpać, podczas gdy Gerard bez większego wysiłku chwycił za głowy dwóch nadbiegających kultystów z mieczami i zderzył ich ze sobą, odsyłając obu na krótki spoczynek. Mocnym szarpnięciem Otto zdołał wyciągnąć miecz z zawiniątka, przez przypadek tnąc lekko Najwyższego Wielkiego Mistrza w rękę. Zawahał się.
- No co? Nigdy nie widziałeś krwawią… - wtedy uświadomił sobie, co może wywołać w zreformowanym wampirze widok świeżej krwi.
- Na bogów! – krzyknął Aedan. – Gerard, trzymaj go!
Kultyści, którzy wciąż jeszcze byli przytomni, przyglądali się tępo Ottonowi. Wampir zaczynał się pocić i drżały mu ręce. Nie mógł oderwać wzroku od krwi wypływającej z ranionego Najwyższego Wielkiego Mistrza. Ledwie poczuł potężny uścisk Gerarda, bo jego myśli były zupełnie gdzie indziej.
- Niech to szlag, niedobrze! Zakryj tą rękę, przeklęty głupcze! Dajcie mu coś, co może ugryźć. Tylko nie mięso!
- Ghthgfhfghrg… - burczał pod nosem Otto – K….kkkk………krkrrrkrk….krrre….
- Hej, Otto, to ja, Aedan! – mówił spokojnie elf, starając się doprowadzić przyjaciela do normalnego stanu. – Nie daj się! Tyle czasu z tym walczyłeś! Dasz sobie radę!
- Patrzcie! Jego oczy robią się czerwone! – krzyknął przerażony brat Odźwierny.
-Wyklęty powstań ludu ziemi…– zaczął nucić przez zaciśnięte zęby Otto. Pomimo uścisku swojego przyjaciela, zrobił krok w stronę krwawiącego Najwyższego Wielkiego Mistrza.
- Jest silny jak tur! – huknął Gerard, desperacko starając się zatrzymać towarzysza w miejscu.
- Stary, słuchaj. Wiem, że sobie z tym poradzisz. Jesteś silniejszy niż ta bestia, którą masz w środku, rozumiesz?
- …powstańcie, których dręczy głód…
- Śpiewajcie razem z nim, do licha!
Kultyści nie zamierzali protestować. Chociaż nie znali tekstu, zaczęli dość nieskładnie nucić melodię tej wampirzej piosenki. Otto nauczył się jej na spotkaniu Zadeklarowanych Zreformowanych i często ją śpiewali. Teraz, jakaś część jego osobowości, starała się za jej pomocą na powrót podporządkować sobie ciało. I większość umysłu.
- Bo im tylko o to chodzi, abyś sam sobie szkodził, abyś sam nie mógł myśleć, abyś sam nie mógł chodzić…
- Poradzisz sobie! Wiem, że dasz radę! – Aedan nerwowo machnął ręką w kierunku kultystów. Ci zaczęli niepewnie powtarzać coś w stylu „Tak, wierzymy w Ciebie”.
- Chodzić będę w słońcu, nieważne, jak żyłem… - wychrypiał Otton.
W końcu dostarczono duże, soczyste jabłko, w które wampir mógł się wgryźć. I to też natychmiast uczynił. Gerardowi zdawało się, że słyszy odgłos podobny do tego, gdy ktoś wciąż stara się coś wyssać z pustego kubka za pomocą rurki. W końcu Otton się uspokoił i wyczerpany upadł na kolana.
- Dobra, skoro to… coś, już się uspokoiło… - zaczął Najwyższy Wielki Mistrz, ale przerwał mu Gerard, opuszczając z wdziękiem pięść na jego głowę.
- Zazwyczaj nie pochwalam tak dużej dawki przemocy, ale ten typ sam się prosił. – skomentował wojownik. Pozostali kultyści zgromadzili się pod ścianą i starali się wyglądać najbardziej bezbronnie, jak to możliwe.
- Co… z tym mieczem? – mruknął Otton.
Gerard podniósł klingę, przyjrzał się jej dokładnie, postukał lekko w kilku miejscach, a na koniec ostrożnie polizał kryształ zamontowany w środku. Niesamowite, pomyślał Aedan, ile można się nauczyć mieszkając w wiosce oddalonej o pięć minut drogi od kopalni rudy.
- To falsy… fasyl… fals… podróbka.
- Co?! – oburzył się brat Kronikarz.
- To. Żem przea… przena…. Żem ogarnął temat i stwierdzam, że to marna podróba. Ten szklany paciorek w środku nie wart złamanego grosza, ale za rękojeść dostanie się z cypera lub dwa.
- Ile to w przeliczeniu na nasze? – spytał Otto, który już niemal całkowicie doszedł do siebie. Mówiąc „nasze” miał na myśli czy można będzie coś za to kupić w gospodzie.
- Piwo, a przy dobrych wiatrach piwo i talerzyk orzeszków.
- Bierzemy – mruknął Aedan. – Zawsze coś.
- A co z nimi? – spytał Gerard, wskazując palcem na kultystów.
- Z nimi? Nic. Przecież są praworządnymi obywatelami, którzy po tej przygodzie z pewnością zakończą swój związek z mrocznymi kultami, prawda?
Każdy z kultystów pokiwał głową. Nie warto było ryzykować więzienia ani śmierci dla jakiegoś głupiego boga Twaroga. I tak w niego nie wierzyłem, mówił sobie każdy z nich. Jutro trzeba iść do roboty, więc koniec wygłupów.
- Chodźmy, panowie. Mam ochotę coś zjeść. – mruknął Otto.
- Słyszałem, że sir Downey, ten rycerz z Królestwa, szuka kogoś, kto pomógłby mu w polowaniu na jakąś bestię ze wschodnich puszczy.
- Bestię, powiadasz? Cóż, chyba już dawno nie mieliśmy styczności z żadną bestią.
- Dokładnie. Ostatni raz ścigał nas Cieniostwór trzy miesiące temu.
- Zatem postanowione. Ale najpierw obiad!
Całą trójka odeszła w stronę wyjścia z jaskini. W ostatecznym rozrachunku wyprawę uznali za udaną. W końcu piwo i talerzyk orzeszków nie chodzą piechotą.

C

  • Wiadomości: 1344
  • Masztalerz
Odp: Konkurs na Opis Wyprawy II
« Odpowiedź #6 dnia: Luty 10, 2014, 21:16:40 pm »
„OKRUCIEŃSTWO”


- Jak to: „jedynie dla niezrzeszonych”?
W głosie mężczyzny w błękitnej szacie słychać było nutę zawodu.
Lampert potarł skronie opuszkami palców. Był to sędziwy mąż o siwiejących brązowych włosach, twarzy niezbyt urodziwej, rysów surowych pełnej i orlim nosem zwieńczonej. Odziany w prosty czerwony kaftan, białą koszulę i wełniane spodnie, siedzący na jedynym krześle ustawionym przy oświetlonym świecami drewnianym, okrągłym karczemnym stole, patrzył na człowieka w błękicie wzrokiem łagodnym ale stanowczym znad stosiku papierów i ksiąg.
- Waści, – zaczął. – cenię sobie neutralność i spokój. Zbrojna eskorta ma nie zwracać na siebie uwagi żadnego z zakonów.
- Ależ zapewniam mocium pana, jako brat klasztorny z Algaroth nie będzie mnie interesowało nic innego poza bezpieczeństwem przeprawy.
- Rozumiem. – Lampert uśmiechnął się dobrotliwie. – Jednak ponieważ jest pan przedstawicielem kleru mediującego między dwoma zwaśnionymi stronnictwami, jestem zmuszony odrzucić pana ofertę. Przepraszam.
Mężczyzna odziany w błękitną szatę przez chwilę patrzył milcząco na stół.
- Dobrze – odparł, odwracając się i kierując kroki w stronę szynkwasu. – Powodzenia.

Lampert pozostał sam przy oświetlonym świecami dużym, okrągłym stole ustawionym w rogu tawerny „Pod Zdechłym Karczmarzem”. W izbie panował półmrok, światło dnia przesączało się wąskimi snopami przez zamknięte okiennice. Raz jeszcze wertował pieczołowicie przepisane manuskrypty.
Chociaż ubrany był w strój przystojący raczej ubogiemu mieszczaństwu, szacownego wieku mężczyzna pasjami studiował pisma w bibliotekach wielu miast. Przepustkę do skarbnic wiedzy dawał mu dokument wydany przed laty przez królewskiego mistrza alchemii i jego pieczęcią opatrzony, potwierdzający opanowanie przez Lamperta w stopniu dobrym sztukę warzenia eliksirów. Z wiekiem jednak umiejętność ta została przez niego zaniedbana, sam bowiem zaczął zatracać się w pismach niezwiązanych z jego zawodem. Czytał grube księgi o teorii magii, ocenzurowane grimuary demonologiczne, opasłe kompendia wiedzy, dzieła o matematyce i o ludziach, święte słowa spisane w pismach religijnych, kroniki spisujące dzieje narodów i legendy. Był więc człowiekiem prawdziwie wszechstronnym, obeznanym w wielu tematach, najbardziej jednak interesowały go dawne dzieje.

Mimo wczesnej pory, karczma była dosyć gwarna. Lampert nabył dawno temu umiejętność, która pozwalała mu odciąć się od otoczenia i intensywnie skupić na studiowaniu pism. Zagłębił się w lekturze tak mocno, że puścił mimo uszu donośny stukot stalowych nagolenic na drewnianej podłodze.

Puk, puk, puk! Coś zadudniło donośnie w stół, przy którym siedział. Podnosząc oczy znad odwiniętych rulonów papieru, ujrzał wysokiego męża okutego w pełną zbroję płytową. Płomyki świec tańczyły na szarozielonkawym napierśniku, zaś jasna czupryna skryła się w karczemnym cieniu. Brodata żuchwa zaczęła się poruszać.

- Przepraszam, jest li waść poszukującym eskorty?
- Owszem, ogłoszenie przy wejściu do tawerny jest moje. Jestem Lampert, uczony.  – rzekł, wstając i podając nieznajomemu rękę.
- Sir Triminus czyli Trymin, błędny rycerz. Miło mi poznać. Jakiego rodzaju misję chce mości pan przedsięwziąć?
- Potrzebuję dostać się w okolice północnych masywów górskich. To prawie miesiąc kłusem.
- Daleko…  Ale po cóż eskorta? Obawiasz się waść ataku?
- Przez większość drogi nie… – Lampert ostrożnie dobierał słowa. – Możliwe jednak, że u naszego celu, pod górami, będę potrzebował miecza lub zaklęcia.
- Mogę waści zaoferować to pierwsze – uśmiechnął się rycerz. – Jestem mistrzem miecza znanym w hrabstwie, z którego pochodzę. Nie mam więcej pytań. Proszę, – rzekł, dobywając zza pasa podźwiękujący mieszek monet i rzucając go na papiery. – zapłacę sto złotych monet za możliwość uczestnictwa.
- Naprawdę? – zdumiał się badacz.
- Tak. Proszę traktować to jako zaliczkę na poczet lepszego zaufania. Pomogę panu w tej przeprawie. A teraz, jeśli mi waść wybaczysz, muszę przysiąść i czegoś się napić. Ta płytówka jest dosyć ciężka.

Czas mijał powoli. Przy stole pojawiali się na ogół żądni przygód chłopi i zagłodzeni łachmaniarze gotowi dla jedzenia i pieniędzy podjąć się każdego zadania. Pośród szarej masy ukazywali się również nieliczni przedstawiciele trzech zakonów – wszyscy szybko zbywani. Trymin dosiadł się do Lamperta przy stole.
- Jesteś waść dosyć wybredny – mruknął. – Liczysz na to, że inni również zaoferują ci pieniądze?
- Ależ proszę – żachnął się uczony. – To ja oferuję pieniądze im. Ale nie mogę przyjąć byle kogo, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że mogą umrzeć u celu… ojej?

Przy stole stały teraz dwie niezwykle skąpo ubrane elfki, głośno się o coś spierające. Nieskromnie obnażająca swoje obfite przymioty kobiecości niska blondynka w białych jedwabiach odepchnęła na bok mniejszą konkurentkę zasłoniętą paroma ledwie skrawkami czarnego materiału i oparła się na blacie, mrużąc uwodzicielsko brązowe oczy.
- Co tu się… - sapnął Trymin, zaszokowany.
- Dzień dobry panom – zamruczała kobieta. – Wygląda na to, że brakuje wam maga…
- NIE! Odwal się od nich! – ucięła z krzykiem wyraźnie podirytowana długoucha w czarnym. – Pierwsza ich zauważyłam!
- Jak chcesz, Sati – odparła konkurentka, chichocząc. – Pokaż im, jaka jesteś „potężna” – dodała śpiewnie, kierując się ku wyjściu z przybytku.
Rycerz spojrzał niepewnie na Lamperta, ale ten patrzył tępo z półotwartymi ustami nie wiedząc, co powiedzieć.
- Ja je… jestem czarodziejką – zaczęła niepewnie półnaga dziewczyna, drapiąc się w ramię. – Nie zwracajcie uwagi na tę wiedźmę, Mimms, lubi mnie iryt…

Urwała. Wysoki szatyn w stroju farmera, wyglądający na podpitego, podszedł do niej i położył dłoń na jej barku.

- Hej, ponętna niewiasto – mruknął, kładąc drugą rękę na biodrze. Kobieta wzdrygnęła się, wyskoczyła na bok, skierowała dłoń nad głowę adoratora, a z niej buchnął krótki a intensywny płomień, muskając strop karczmy i spopielając czuprynę pijaczka, który prędko rzucił się do ucieczki.
- O-oczywiście… - wydusił z siebie Lampert, zesromany. – Przydasz nam się. Proszę, oto dwadzieścia pięć monet zapłaty, zgodnie z ogłoszeniem.
- Dobrze – odparła czarodziejka. – Jestem do waszych usług. Nazywam się Sati. Kiedy wyruszamy?
- Lampert, Triminus – przedstawił drużynę uczony. – Myślę, że niedługo, powoli nadchodzi już czas.

Spędzili w tawernie jeszcze dobrą chwilę, lecz w jej trakcie nie zjawił się nikt odpowiedni. Uradowany przygotowaniem Trymina do działania (dysponował własnym wierzchowcem), badacz wynajął dwa konie, przeznaczając na nie lwią część swoich oszczędności, obiecując właścicielowi oberży, że zwróci je w przeciągu dwóch księżyców.

Poruszali się drogami biegnącymi wzdłuż granicy Algaroth z Mrocznymi Pustkowiami. Droga mijała im nader spokojnie, pieniądze zaoszczędzone przez Lamperta pozwalały jego ekspedycji nocować w komfortowych warunkach w przydrożnych karczmach.

- Powiedz mi, zacny Tryminie, – spytał pewnego razu uczony. – czemu tak ochoczo zaoferowałeś mi swą pomoc? Niespodziane to, by kto płacił zleceniodawcy za możliwość wzięcia udziału.
- Widzisz waść, taka dola błędnego rycerza. Mogę ci chyba zdradzić, że zabiegam o względy baronowej Magdaleny. Dla niej, z mego ostrza, w pojedynkach poległo już wielu konkurentów. Natomiast muszę wypełnić jej zadanie: raz pomóc osobie w potrzebie, miecza używając do obrony miast zorganizowanego okaleczania… Zaprawdę, jest to wspaniała dama, jej urodę powierzchowną przesłania jedynie niesamowite wewnętrzne piękno…
- Ha – żachnęła się Sati. – Niepodobne, by była urodziwsza ode mnie. Ja ze swych wdzięków poczyniłam życie. Uwiodłam niejednego partnera…
- Jesteś zatem ladacznicą – odparł niechętnie rycerz.
- Co?... Nie! – czarodziejka zarumieniła się na twarzy. – To zupełnie nie tak! Zresztą… Nieważne…
- Trzeba ci oddać, elfko, honor – rzekł Lampert. – Nie brakuje ci wdzięków. Chociaż twoja koleżanka wydawała się… hojni…
- Nie jest moją koleżanką! – przerwała Sati, zdenerwowana. – Nie wspominaj o Mimms! Całe życie ze mnie kpi, nie mogę się od niej uwolnić.
Elfka mruczała coś nieprzyjemnego pod nosem, oddalając się na swoim rumaku o parę długości od Lamperta i Trymina.

- Więc, – wznowił temat badacz. – masz za zadanie bronić potrzebujących?
- Tak. Ufam, że nie będzie dla waszmości zbytnią niewygodą udać się po wszystkim ze mną do baronowej jako świadek moich czynów? Przysięgam, że opłacę wszelkie wydatki, ale podróż może zająć jakieś pół księżyca.
Lampert na długi czas zamilknął. Wreszcie ciszę przerwało jego potężne westchnięcie.
- Dobrze, zrobię to, choć nie bardzo mi się to uśmiecha. Najpierw jednak upewnijmy się, że dotrzemy do celu cali i zdrowi.

Nie było jednak czego się upewniać. Parę dni później grupa osiągnęła swój cel – lasy pod górami przy północno-wschodniej granicy Algaroth. Poza paroma wilkami, które skutecznie odstraszyła szarża Triminusa, nie przydarzyło się zupełnie nic. Członkowie wyprawy uwiązali wierzchowce do drzewa i ruszyli na piechotę w głąb zagajnika.

- Nie rozumiem – powiedziała Sati. – Na co ci była nasza eskorta? Chodziło ci o przepędzenie paru wilków?
- No cóż, myślę, że teraz jest dobry czas, by wyjawić wam prawdziwy cel mojej podróży – odparł Lampert. – Gdzieś w tej kniei powinna znajdować się stara świątynia.
- Chodzi o to miejsce? – spytał nieznajomy głos. Trójka skierowała głowy w kierunku jego źródła.
- No nie… nie, nie wierzę… – bąknęła Sati.

Oto przed nimi stała rywalka czarodziejki, oparta o zarośnięte wzgórze, które przy bliższym zbadaniu okazywało się pradawnym chramem.
- MIMMS!
- No cóż, moi drodzy, wygląda na to, że czegoś tutaj szukacie. Co to jest?

Uczyniła gest dłonią w kierunku Lamperta. Ten poczuł duszący ucisk w gardle.
- Mie… miecz Beliara… – wysapał. Niewidzialna siła ustąpiła, uczony padł na ziemi, próbując zaczerpnąć powietrza.
- Zgadza się! Legendarny artefakt, w którym znajduje się Klejnot Nieśmiertelności. Teraz wydobędziecie go dla mnie.
- Ty… cwana dziwko… – wycedziła Sati. I uwolniła wielki pióropusz ognia z dłoni, który podpalił roślinność na chramie, zaś od przeciwniczki odgrodziło go pole energii. Mimms odpowiedziała, wysyłając figlarskiego buziaka czarodziejce.
- Wiecie, co macie robić – mruknęła, wskazując na zamknięte wejście do świątyni. Rzucając potężne zaklęcie, które z wielobarwnym błyskiem oślepiło na moment drużynę, starła w pył ciężkie, kamienne wrota, ujawniając ciemną dziurę prowadzącą głęboko pod ziemię. Trymin wszedł pierwszy, za nim Lampert i Sati, a na końcu – dzierżąca w dłoni kulę magicznego światła wiedźma w białym.

Ku zaskoczeniu sędziwego badacza, legendy o miejscu pochówku artefaktu nie mówiły prawdy: świątynia nie była labiryntem najeżonym pułapkami, a raczej bardzo długim tunelem wijącym się niczym wąż, zstępującym daleko w głąb ziemi.

- Jak nas w to wplątałaś? – spytał Lampert z wyrzutem, stąpając ostrożnie po kamiennych schodach.
- JA wplątałam? – odparła Sati. – To nie moja wina, że ona wszędzie za mną podąża.
- Powiedz im prawdę – powiedziała Mimms. Elfka w czerni westchnęła.
- Jest kimś… w rodzaju mentorki. Specjalizujemy się w zakazanej i potężnej dziedzinie magii. Strój dziwki nie jest tylko dla ozdoby. Zamieniamy popędy na olbrzymie ilości energii magicznej. Kochając się z mężczyznami, rosnę w siłę…
- I nie mogę pozwolić, by moja dziewczynka miała z tego powodu kłopoty, prawda? – zanuciła radośnie Mimms.
- Jesteście sukubami?! – Lampert był wyraźnie przerażony.
- Obmierzłe demony! – zawtórował mu Trymin, przystając na moment kroku i odwracając się, lecz szybko zdając sobie sprawę, że stawianie oporu potężnym magicznym kreaturom nie jest najlepszym pomysłem, zaczął iść dalej.
- Nie jesteśmy demonami, – mówiła Sati, strapiona. – raczej pariaskami… Zresztą, Mimms to zaczęła. Nigdy nie mówiła mi, ile ma lat, ale opowiadała mi, że w młodości była chłopcem nieprzeciętnie uzdolnionym magicznie. Za pomocą magii zmieniła swoje ciało, poszerzając biodra i wypiętrzając pierś… Teraz ogromną moc czerpie z wielkiej frustracji, nigdy nie zaznała cielesnej miłości…
Nastała bardzo długa cisza, przerywana jedynie stukotem butów uderzających o kamienną posadzkę.
- Co – wydusił z siebie w końcu całkowicie zdezorientowany Lampert. Mimms zaśmiała się szyderczo.
- Coś za coś – powiedziała, z ledwie wyczuwalną nutą goryczy w głosie.

Nareszcie, po wędrówce, która zdawała się trwać wieczność, z mroku ciemnego, wąskiego tunelu wyłoniło się duże, okrągłe pomieszczenie. Po stronie przeciwnej od wejścia znajdował się postument, a na nim – olbrzymi miecz, w którego rękojeści pobłyskiwał bladą zielenią mistyczny magiczny klejnot.
- A więc legenda jest prawdziwa… – rzekł badacz szeptem, zdumiony.
- Owszem – odparła wiedźma, której głowa znalazła się nad jego prawym ramieniem. – Tobie przypada zaszczyt podniesienia miecza. Idź! – dodała, popychając lekko uczonego przed siebie.

Pomieszczenie było naprawdę duże i oświetlone błękitnym światłem emanującym z podestu. Lampert kroczył powoli, po części ze strachu, a częściowo – napawając się chwilą, chcąc jak najdłużej chłonąć moment i jak najwięcej z tego zapomnianego miejsca zapamiętać.

Wreszcie doszedł do przeciwnego końca komnaty. Położył dłoń na rękojeści ostrza i uniósł je nad głowę. Mimo gigantycznych rozmiarów, było zupełnie pozbawione wagi. Czując niezwykły przypływ mocy, nabrał pewności siebie.
- Pani Mimms – zawołał, odwracając się – nie pomyślała pani chyba o tym, co teraz mogę zrobić za pomocą tego miecza…
Przerwał nagle, gdy poczuł, że telekinetyczna siła wyrywa mu z dłoni artefakt.
- Cholera!
Ale gdy ostrze wylądowało w rękach Mimms, ziemia się zatrzęsła. Tunel prowadzący do wyjścia został zablokowany ogromnym głazem. Komnatę wypełnił ogłuszający rumor trących o siebie kamiennych powierzchni.
- Tak, to było do przewidzenia – krzyknęła wiedźma, uwalniając z dłoni intensywny strumień tajemnej magii skierowany w kierunku głazu. Przejście znów stało otworem. Mówiąc coś do Sati, udała się do środka. Lampert jednak, przepełniony energią miecza, biegł w jej kierunku. Trymin już nabrał odwagi i dobywszy półtoraręczniaka, szarżował na elfki.
- Za Magdalenę! – wrzasnął donośnie. Uczony ledwie zdążył uskoczyć, gdy zakute w zbroję ciało zostało wyrzucone z wielką prędkością w jego kierunku. Mimms śmiała się histerycznie, dzierżąc w dłoni Miecz Beliara.
Gdy Lampert doskoczył do wiedźmy, jego ciało stało się ciężkie i oporne, jak gdyby zanurzył się cały w jeziorze smoły.
- Nienawidzę cię – powiedziała Sati do partnerki, wyglądając na szczerze zmartwioną.
- Ale popatrz na to! – odparła, wskazując mieczem na sklepienie. – Sufit opada! Oooch ,to będzie bolało.
Uczony stracił nadzieję, gdy podmuch energii posłał go śladem rycerza w przeciwległy koniec pomieszczenia. Hałas narastał, sklepienie znajdowało się na wysokości dwóch mężczyzn i opadało nieubłaganie.
- Ratuj się! – wrzasnął Trymin, wdrapując się na podest. – Może w Morgradzie odnajdę swoją miłość. Ty musisz żyć!
Obolały, Lampert rzucił się przed siebie, w kierunku wyjścia. Mimms przyglądała się ze złośliwym uśmiechem, stojąc w drzwiach do komnaty. Rycerz wrzasnął przeciągle, a następnie jęknął z bólu w akompaniamencie przyprawiającego o mdłości dźwięku giętego metalu.
- To się tak nie skończy – warczał badacz. – To się tak nie może skończyć…
Okrutna elfka pomachała mu na pożegnanie. Wyjście zostało zaplombowane półprzezroczystą magiczną membraną.
”Przyjmij mnie do swojego królestwa, Innosie…” – modlił się w myślach Lampert, padając na ziemię. Otępiały ze strachu, miał wrażenie, że ostatnia chwila rozciąga się w nieskończoność.
Jeszcze gdy kamienna płyta zetknęła się z jego głową, liczył na cud, jakąś boską interwencję, a może znak łaski.
Ostatnią rzeczą, którą poczuł, był okropny, przejmujący ból głowy. A potem nastała noc.

mieszkaniec piwnicy ('''podziemia''')

xilk

  • Wiadomości: 848
  • Deszczowy Sługa Chaosu
Odp: Konkurs na Opis Wyprawy II
« Odpowiedź #7 dnia: Luty 10, 2014, 21:17:26 pm »
W noc taką jak ta, nikt z mieszkańców miasta nie ryzykował wędrówki przez pobliski las.
Księżyc i gwiazdy zakrywały gęste, wiosenne chmury. Mieszkańcy tych terenów woleli bezpiecznie
siedzieć  w  domach,  gdyż  taki   nieprzenikniony  mrok  to  wielka  gratka  dla  różnego  rodzaju
bandytów , chcących napaść i obrabować nieostrożnych podróżnych, jadącychleśnym traktem. Tak
ciemna noc była też idealna dla przemytników, którzy dbali o dyskrecję. Mieli oni swą kryjówkę
w  leśnej  jaskini.  Strażnicy  nie  zapuszczali  się  na  te  tereny,  a  na  pewno  nie  nocą.  Dlatego
przemytnicy byli bezpieczni. Za dnia wejście do jaskini było dobrze zamaskowane, a oni sami
zbierali zamówienia na towary, które mają przewieść. W nocy zaś, ładowali towary z jaskini na
wóz. Byli pewni, że żaden strażnik ich tu nie wytropi.
Jednak tamtego dnia było inaczej. Było już po północy, gdy przemytnicy ładowali ostatnie
z  zamówionych  towarów  na  wóz.  Dolm notował,  które towary  zostały już  załadowane. Listę
oświetlał  mu  płomień  jednej  z  pochodni,  które  rzucały  światło  w  kryjówce przemytników .
Mężczyzna znany był z dokładności, więc patrzył na spis towarów, upewniając się, że wszystko się
zgadza. Jednak z tych przemyśleń Dolma wyrwał głos jednego z towarzyszy:
- Hej, chyba coś słyszałem. Ktoś jest przy wejściu.
W tym momencie wszyscy przemytnicy zgasili pochodnie i dobyli swych łuków. Jedynie Dolm
zachowywał zimną krew i powoli schował listę, po czym czekał na rozwój wypadków.  Przemytnicy
nie ruszali się, nasłuchując każdego odgłosu  i spoglądając bacznie w kierunku wyjścia. Jednak
zdołali usłyszeć jedynie odgłosy nocnego lasu. Już mieli kontynuować załadunek, gdy nagle ciszę
przerwałmęski, doniosłygłos:
- Stać w imieniu straży! Rzućcie broń i poddajcie się!
Przemytnicy nie zamierzali czekać i zaczęli strzelać w kierunku, z którego dochodził głos strażnika.
Jednak  cała  walka  nie  trwała  zbyt  długo,  gdyż  po  chwili  wszyscy  ukrywający  się  w  jaskini
mężczyźni stracili przytomność.
Ostatnim z przemytników,  który ocknął się  był  Dolm. Siedział w jednym kącie jaskini,
razem ze swoimi kompanami. Wszystkich dziesięciu mężczyzn nie wiedziało, co się tak naprawdę
stało, ani tez jak długo byli nieprzytomni. Jednak był to czas wystarczający, że bystrażnicy rozbroili
ich ze wszelkiej broni.  Koło przemytników było rozpalone małe ognisko, dające nikłe światło.
Dolm nie widział twarzy strażników, jedynie ich sylwetki. Doliczył się czterech mężczyzn, z czego
trójka z nich chyba mierzyła w ich kierunku z kuszy.
- Gdzie to jest? - Odezwał sięznów ten sam głos, który jeszcze niedawno kazał im się poddać.
- Nie wiem o czym mówisz? - Odparł Dolm. - I dlaczego w ogóle do nas mierzycie?  Macie jakieś
dowody przeciwko nam?
-  Wiesz  doskonale  o  co  pytam.  -  Powiedział  tajemniczy  głos.  -  Tak  samo  znasz  odpowiedź,
dlaczego zostaliście zatrzymani przemytniku!
- Ależ panie! - Przerwał Dolm. - Jesteśmy tylko podróżnymi. Zatrzymaliśmy się w tej jaskini, by
nie napadli na nas nocą bandyci, którzy podobno grasują w tej okolicy.
- Dość tych bzdur przemytniku! - W głosie strażnika było słychać zdenerwowanie. - Nie mam na to
czasu!
W tym momencie  jeden ze strażników wystrzelił z kuszy, a potem jego kolega. W ten
sposób zabili dwóch przemytników. Kolejny z przestępców chciał uciekać, ale nie zdążył dobrze
wstać,  a  bełt  kolejnego  strażnika  przeszył  jego  serce.  Przy  życiu  został  już  tylko  siedmiu
przemytników, w tym Dolm.
- Pytam po raz ostatni! - Zaczął ponownie dowódca straży. - Gdzie to ukryłeś?
- W wozie jest schowek. - Odparł Dolm. - Chętnie panu oddam zawartość schowka...
- I przy okazji spróbujesz uciec przemytniku. Nic z tego. Mów, jak znaleźć schowek!
Dolm wiedział, że sytuacja nie wygląda zbyt dobrze. Strażnicy strzelają naprawdę dobrze i już
zdążyli  przeładować kusze.  Nie  miał  innego  wyjścia,  jak  przekazać  dowódcy  strażników,  jak
znaleźć i otworzyć skrytkę w wozie. Chyba tajemniczy mężczyzna, którego Dolm widział tylko
sylwetkę, był zadowolony ze współpracy. Dowódca strażników podszedł do wozu, po czym po
chwili znalazł schowek i to, co w nim było ukryte. Mężczyzna wyciągnął zawiniątko, po czym
zaczął je delikatnie rozwijać.  Jego oczom ukazał się jakiś dziwny kawałek czerwonego metalu,
o łukowatym kształcie. Tajemniczy przedmiot wydawał się ciepły i miał na sobie wygrawerowane
jakiegoś rodzaju runy.
- Tak, o to właśnie chodziło. - Rozpoczął dalszą przemowę tajemniczy głos. - Nie jesteś taki głupi
przemytniku, jak twoi towarzysze. Jednak poczekaj jeszcze chwilę, muszę z kimś porozmawiać.
W tym momencie dowódca straży zaczął mówić w kierunku mroku. Dolm, ani inni przemytnicy nie
widzieli tam nikogo. Zaczęli się zastanawiać, czy ze strażnikami był ktoś jeszcze?
- Szefie. - Rozpoczął dowódca strażników. - Mam to!
- Doskonale! - Odpowiedział jakiś nowy głos. Jego dźwięk był zimny niczym lód.
Dolm miał mętlik w głowie. Szefie? Jeśli dowódca strażników ma kogoś nad sobą, to nazywa go
raczej jakimś tytułem wojskowym, a nie szefem. Sami strażnicy są jakimiś świetnymi strzelcami,
wiedzą gdzie trafiać, by zabić jednym strzałem. Do tego  jeszcze ta dziwna utrata przytomności.
A teraz ten nowy głos, zupełnie nie pasujący do normalnego człowieka.
- A co z nimi szefie? - Zapytał dowódca strażników.
- Świadkowie nie będą nam potrzebni. - Odparł tajemniczy mężczyzna.
Dolm już chciał uciekać, ale w tej samej chwili mężczyźni udający strażników zaczęli strzelać do
przemytników. Nie było szans na ucieczkę. Wszyscy przemytnicy zginęli, a tajemniczy  mężczyzna
uśmiechał się, trzymając w dłonikawałek metalu, którego tak pożądał.
*****
Był  piękny,  słoneczny  dzień.  Słońce  świeciło  dość  mocno,  choć  wiosna  dopiero  się
zaczynała. Jednak w tym kraju zimy były łagodne, a wiosny dość ciepłe.  Brukowanym traktem w
kierunku  południowym,  podróżowała  niecodzienna  drużyna.  Jeszcze  kilka  lat  temu  nie  do
pomyślenia by było, że taka grupa  razem żyje i współpracuje.  Wytyczoną drogą szła niziołka,
półelf, krasnolud i człowiek.  W tej grupie najniższa była kobieta, gdyż nie miała nawet metra
wzrostu. Właśnie z tego powodu i młodego wieku,  tak wielu ludzi myliło ją z dzieckiem. Mało
który człowiek spotykał choć raz w życiu niziołka, a na pewno nie tak niskiego.  Jednak kobiecie to
nie przeszkadzało, gdyż potrafiła podchodzić do wszystkiego z dużym  dystansem. Była ona dość
szczupła. Stawiała każdy krok ostrożnie i po cichu. Miała ona łagodne rysy twarzy, czarne, krótkie,
kręconewłosy i zielone oczy. Kobieta nosiła ubranie w stonowanych odcieniach zieleni i wygodne
buty, idealne na dłuższe piesze podróże. Spodnie były dobrze odszyte na jej miarę, a koszula nieco
za duża, ale zapewniała swobodę ruchów. Niziołka nosiła  także  skórzaną zbroję z ćwiekami, a do
jej  pasa przywiązany  był  krótki miecz oraz dwa sztylety,  zaś na plecach zarzucony miała plecak
z różnymi rzeczami potrzebnymi w czasie podróży.  Na lewo od kobiety szedł wysoki,  młody
mężczyzna. W pierwszej chwili, ktoś mógł pomyśleć, że ma do czynienia z leśnym elfem, patrząc
na  spiczaste  uszy,  jasnobrązową  cerę  i  srebrne  włosy.  Jednak  mężczyzna  był  tak  naprawdę
mieszańcem,  półelfem.  Było  to  widać,  gdy  spojrzało  mu  się  prosto  w  oczy,  gdyż  lewe  było
w kolorze jasnegopiwa, a prawe błękitne niczym czysta woda. Półelf nosił ładne, czarne spodnie.
Do tego wysokie buty, idealne do chodzenia, jak też do tańca. Tors i niemal całe ręce ochraniane
były przez grubą, skórzaną zbroję. Na to wszystko zarzucony miał szary płaszcz z kapturem. Nie
widać było, by mężczyzna nosił przy sobie jakąś broń. Jedynie podpierał się  sękatym kijem,
ułatwiając sobie w ten sposób wędrówkę. Na plecach  mężczyzny można było zobaczyć plecak,
niemalże taki sam jak u niziołki, z tą jednak różnicą, że był nieco większy.  Przed półelfem zaś szedł
średniego  wzrostu  krasnolud,  mocno  zbudowany  z  dość  potężnym  brzuchem.  Ubrany  był  on
w skórzane, brązowe spodnie i nieco podniszczone już buty.  Jego  górne części ciała ochraniała
żelazna kolczuga. Krasnolud miał długą, gęstą, rudą brodę i tego samego koloru włosy, które
splątane były w warkocze. Patrząc na twarz tego mężczyzny, niemal każdy pomijał chociażby jego
ciemnobrązowe oczy, czy brodę i wąsy, z których byłby dumny każdy przedstawiciel tej rasy,
a zwracał szczególną uwagę na dość spory kartoflany nos. Jednak nikt nie miał odwagi czegoś
powiedzieć na ten temat, gdyż wszyscy po chwili spoglądali na dwuręczny, obusieczny topór, który
umocowany był na plecach krasnoluda. Do tego wrażenie robiły też dwa toporki do rzucania, które
mężczyzna miał przypięte do pasa. Krasnolud szedł na przedzie i wcale nie szedł powoli. Musiał
być naprawdę silny, gdyż poza bronią i dość ciężką zbroją, na swoich barkach dźwigał także mocno
wypełniony plecach różnego rodzaju ciężkimi przedmiotami. Czasem wręcz popędzał kompanów,
by nie zwalniali tępa, a w szczególności kierował tego rodzaju słowa do dość wysokiegoi młodego
mężczyzny, który szedł na tyłach.  Był on dobrze zbudowany i silny. Patrząc na niego, niejedna
osoba ulegała fałszywemu urokowi i myliła go z jakimś świętym rycerzem.  Jednak mężczyzna
nigdy nie składał żadnych ślubów, ani też nie pochodził z bogatszej rodziny. Nosił zbroję płytową,
która zwykle była przeznaczana dla rycerzy lub szlachty. Jednak ten kawałek metalu nie czynił go
kimś ważnym.  Po prostu nosił tę zbroję, gdyż zapewniała doskonałą ochronę, choć oczywiście
kosztem zwinności i szybkości.  O ile sam nigdy nie był jakoś bardzo zręczny, to już wolne tempo
marszu jakie sam wyznaczał odczuwał nie tylko on, ale i  jego  towarzysze.  Właśnie dlatego co
chwila słyszał pretensje ze strony krasnoluda, że przez niego idą powoli. Jednak on sam nic sobie
z tego nie robił, gdyż ta zbroja nie raz uratowała mu zarówno życie, jak też  uchroniła  przed
wieloma szpetnymi bliznami, które by pojawiły się na jego  twarzy, gdyby nie  była ona  osłonięta
przez  hełm, który był częścią tego pancerza.  Mężczyzna był dość przystojny. Miał krótko ścięte
szatynowe włosy i mały wąsik pod nosem. Właśnie ze względu na swój wewnętrzny urok, wolał
dbać, by na jego twarzy nie pojawiły się blizny po jednym z kolejnych starć.  Na czas podróży
ubierał się skromnie, w kolorach błękitu. Jednak zbroja płytowa nadal dawała mu fałszywy status
rycerza wśród prostych ludzi. Do tego metalowa, okrągła tarcza, która wisiała mu na plecach.
U pasa zaś miał długi miecz, schowany w ładnie wykonanej pochwie.
Drużyna szła tak wytrwale. Zbliżała się już pora obiadu, a oni dalej wędrowali.
- Crim. - Powiedział półelf. - Jak długo jeszcze będziemy musieli iść do tej całej wieży twoich
krewniaków?
- Już jesteś zmęczony Vern? - Odparł krasnolud. - Jeśli jesteś taki ciekawy, to jeszcze ze dwa dni.
- To może zrobimy jakiś popas?
- Nic z tego! My będziemy tu odpoczywali, a tamtą  twierdzęprzeszukiwać będzie w tym czasie
inna grupa? Nie pozwolę na to! - W głosie Crima słychać było złość, gdy tylko wspominał coś
o innej grupie.
- Spokojnie Crim. - Zaczęła łagodzić sytuację kobieta. - Ze wszystkim zdążymy. Jednak pamiętaj,
że my nie mamy tyle sił, co krasnoludy.
- Ach Gidi. Sądziłem, że masz więcej zapału niż ten półelf. - Odparł niziołce krasnolud, ciągle nie
przerywając marszu na południe.  - Na szczęście chociaż jeden Spajk z całej waszej trójki nie
narzeka na tempo. Z drugiej jednak strony to on się porusza jak mucha w smole.
-  Poruszałbym się szybciej, gdybyś wczoraj nie spłoszył mi mojego konia! - Odparł mężczyzna
idący z tyłu grupy.
-  A czy to była moja wina? Zwierzak widocznie wolał wolność, niż dźwiganie tego całego żelastwa
razem z tobą. - Zaczął usprawiedliwiać się krasnolud.
- Dość tego! - Rozkazała stanowczo niziołka. - Spierać się będziecie mogli, jak będziemy mieli
więcej grosza, czyli po zbadaniu tej całek wieży krasnoludów.
- Warowni. - Poprawił kobietę Crim.
- Jak sobie chcesz. - Odparła Gidi. - Ważne, byśmy się tam dostali i było tam faktycznie coś
cennego. Wtedy ze Spajkiem dogadacie się, kto komu jest coś winien. A na razie pomyślmy
faktycznie o jakimś odpoczynku. Najlepiej by było wyspać się w jakiejś przydrożnej karczmie.
- To nie będzie konieczne. - Odparł Spajk. - Widzisz, jeśli byśmy nieco z boczyli na wschód, to
przed wieczorem doszlibyśmy do osady górniczej, w której się wychowałem.  Powinienem móc
załatwić dla nas jakiś nocleg, trochę strawy i może nawet jakąś pomoc jeśli chodzi o tą warownię.
- Co masz na myśli? - Spytał zaciekawiony krasnolud.
-  Jak wspominałeś wcześniej,  nikt nie wchodził do tej warowni od czasów Braterskiej Wojny.
Jednak to miejsce krasnoludy opuściły już dawno. Zatem są dwie możliwości, albo nie ma tam nic
ciekawego, albo też właśnie jest i krasnoludy nie tylko to dobrze ukryły, ale też w  jakiś innysposób
ochroniły przed wtargnięciem tam niepowołanych osób. Dlatego zasięgnę języka i jeśli mi się uda,
to zdobędę przydatne dla nas informacje.
- Hm, jeśli faktycznie zdobędziesz wartościowe informacje, to jestem w stanie zapłacić ci za
nowego konia. - Odparł krasnolud. - I jak Vern? Wytrzymasz jeszcze ten kawałek?
-  Jeśli  w  perspektywie  jest  wygodne  łóżko  i  coś  do  zjedzenia,  to  mogę  jeszcze  trochę
pomaszerować. - Odpowiedział półelf.
Drużyna jeszcze trochę wędrowała na południe, po czym Spajk dał znać, że muszą teraz
odbić od głównego traktu w lewo i iść w stronę gór. Nikt nie miał nic przeciwko, gdyż mieli
nadzieję, na prawdziwy odpoczynek. Już kilka dni wędrowali tak, nocując na zimnej ziemi i jedząc
zapasy lubewentualnie to, co uda się upolować Crimowi. Dlatego perspektywa normalnej strawy
oraz ciepłych i wygodnych łóżek pokrzepiała ich serca. Szli dalej niestrudzenie, aż w końcu Spajk
pokazał im kilka chatek, które oznajmiały, że są już blisko.
Gidi, Vern i Crim siedzieli w małej karczmie, w której na co dzień gościli przede wszystkim
górnicy,  pracujący  w  pobliskiej  kopalni.  Tutejsi  mieszkańcy  nazwali  ten  przybytek  „Żelazny
dzban”, jednak próżnobyło szukać szyldu na zewnątrz budynku. Wewnątrz karczma prezentowała
się całkiem przytulnie. Było tam dziesięć stolików, a przy każdym co najmniej trzy stołki, na
których można było usiąść. Był już późny wieczór i wszystkie miejsca były zajęte przez górników
z kopalni i innych mieszkańców osady. Na szczęście członkom drużyny udało się  usiąść przy
ostatnimwolnymstoliku. Na parterze był gwar i ścisk. Ludzie przepychali się, starając się dotrzeć
do szynkwasu, gdzie pragnęli coś zamówić lub odebrać już przygotowane dla nich jedzenie. Spajk
stał właśnie przy barze, zagadując co chwila do łysego, tęgiego gościa, który to czyścił kufle, to 
nalewał  komuś  piwo.  Rozmowa  trwała  dość  długo,  ale  Gidi  i  jej  towarzysze  woleli  się  nie
przepychać do szynkwasu. Ich towarzysz dał radę przedrzeć się przez tłum tylko dlatego, że nosił t ą
ciężką zbroję, dzięki której wielu bywalców tej karczmy uznało go za kogoś ważnego, a reszta po
prostu  wolała  nie  oberwać  przypadkiem  kawałkiem  żelastwa,  odbijając  się  od  przyjezdnego.
W końcu Spajk wrócił do swoich towarzyszy, niosąc ze sobą trzy kufle piwa i kubek wody dla
kobiety.
- Na posiłek musimy trochę poczekać. - Zaczął  mężczyzna. - Jednak będzie to na pewno coś
ciepłego i lepszego, niż suchy prowiant, czy przypalone mięso z polowań Crima.
- Ty lepiej powiedz, czego się dowiedziałeś o naszym celu podróży! - Przerwał mu krasnolud.
- Najpierw strawa i odpoczynek, a potem informacje.
- Nie! Chcę to usłyszeć już teraz! - Odpowiedział stanowczo Crime, wypijając jednym duszkiem
pół kufla piwa.
-  Ale ty jesteś niecierpliwy.- Odparł Spajk. -  Posłuchaj. Jak na razie załatwiłem nam pokój  na
piętrze  i strawę na dzisiejszy wieczór, więc skorzystaj z tego.  Moi znajomi są obecnie... Jak to
powiedzieć? Niedostępni i nie można im przeszkadzać. Jednak jutro wyruszę i pogadam z kim
trzeba. Zresztą od karczmarza dowiedziałem się jednej ważnej rzeczy.  Moja ciotka nadal mieszka
w okolicy.
- I co, zrobi ci sweter z okazji spotkania po latach? - Zadrwił Crime.
-  Nie  krasnoludzie!  Moja  ciotka  jest  zielarką.  Do  tego  potrafi  też  spojrzeć  w  przyszłość  za
odpowiednią sumę.
- I pewnie nas nie stać na jej usługi...
- Spokojnie, zostaw to mnie. Cioteczkę znam dość dobrze, gdyż przez jakiś czas zajmowała się
mną. Postaram się ją jakoś nakłonić, by pomogła nam.
- Jak uważasz. Ja tam nie przepadam za wszelkimi czarami. T a cała magia jestjakaś dziwna.
- No cóż, nie teraz czas na spory, co w kto wierzy i czego się obawia. Idę po naszą strawę, a potem
pójdziemy spać.
Mężczyzna znów ruszył w stronę szynkwasu i karczmarza. Odebrał cztery głębokie talerze, pełne
gęstej zupy z kapusty, z kawałkami mięsa  oraz klucz do pokoju.  Po zjedzeniu posiłku, drużyna
udała się na piętro. Spajk wszedł pierwszy do ich wspólnego pokoju. Pomieszczenie wyposażone
było w  cztery łóżka, dwie szafy przeznaczone na ubrania, kufry oraz stolik, na którym stała misa
z wodą oraz małe naczynie ze świeczką. Przez okno wpadało światło gwiazd i księżyca. Światła
w pobliskich domostwach były już zgaszone. Członkowie drużyny byli zmęczeni, więc bez chwili
zwłoki przygotowali się do snu i położyli się w swoich łóżkach.
Następnego dnia, nim jeszcze słońce dobrze wstało, Spajk był już na nogach, a reszta
drużyny jeszcze odsypiała trud wczorajszej wędrówki.  Mężczyzna wiedział, że nie ma sensu ich
budzić, bo na nic mu się przydadzą. Pomimo wszelkich ostrożności i podjęcia decyzji o zostawieniu
zbroi, jednak przypadkiem zbudził niziołkę.
- Hej, ty już na nogach? - Zapytała kobieta.
- Ciszej. - Odpowiedział Spajk, nie chcąc obudzić Crima. - Wspominałem, że muszę zdobyć
informacje, których tak bardzo oczekuje nasz brodaty towarzysz.
- Rozumiem, chętnie pójdę z tobą.
- Nie, ty tu zostań. I jeśli się obudzą przed moim powrotem, to zagadaj jakoś Crima. Chwilę potrwa,
nim dowiem się czegoś wartościowego.
- Zatem nie masz tutaj kontaktów?
- Mam kontakty, jednak muszę je odnowić. Wiesz, nie było mnie tutaj ładnych parę lat, ale z tego co
wiem, moi znajomi wciąż tutaj coś znaczą i liczę, że pamiętają, ile mi zawdzięczają.
- To jak długo mam zwodzić Crima? - Dopytywała swego towarzysza niziołka.
- Postaram się załatwić to jak najszybciej. Zawsze możesz powiedzieć, że jutro nas tutaj nie będzie.
Planuję, że w najgorszym przypadku, późnym popołudniem będziemy już w drodze do mojej ciotki.
- Tej zielarki?
- Tak, ale to nie czas na rozmowę o tym. Muszę już iść do moich znajomych.
Po tych słowach Spajk wyszedł z pokoju najciszej, jak się dało. Na jego szczęście Crime miał ciężki
sen. Widocznie nawet krasnolud potrzebował odpoczynku  w miękkim i wygodnym łóżku, po tak
długiej podróży. Gidi za to się nudziła. Nie mogła liczyć na towarzyszy. Zresztą nawet gdyby Vern
się obudził, to wolałaby z nim nie rozmawiać, by przypadkiem nie obudzić krasnoluda. Kobieta
była w patowej sytuacji. Nie miała z kim pogadać, a gdyby chciała wstać, to mogłaby obudzić
Crima. A nawet jeśli nie, to w końcu krasnolud wstanie i zobaczy, że Spajka nie ma. Dlatego wolała
zostać w pokoju i jakoś wytłumaczyć towarzysza przed resztą drużyny. Jednak czas mijał, a Gidi
zrobiła się powoli głodna, w końcu zbliżała się pora śniadania. Zastanawiała się, czy Spajk poza
noclegiem i wczorajszym posiłkiem, załatwił też u karczmarza coś na poranny posiłek. Kobieta po
cichu przebrała się i zeszła na dół, zostawiając prawie cały swój ekwipunek w pokoju.
Niziołka mogła teraz dokładniej przyjrzeć się karczmie. Był już ranek, a pomimo tego
panowały tutaj pustki. Na prawo od schodów stał szynkwas, a za nim poznany wczoraj karczmarz.
Kawałek  dalej  były  drzwi,  zapewne  do  kuchni.  Na  lewo  od  schodów  stała  mała  scena  dla
przejezdnych grajków. Resztę sali zajmowały stoliki i stołki do siedzenia. Kobieta podeszła do
szynkwasu, zagadując mężczyznę stojącego za ladą:
- Witaj karczmarzu! Czy może mój towarzysz Spajk, zamówił też śniadanie na dzisiaj?
- Oczywiście proszę pani. Zaraz coś przyniosę.
- Hm, jest pan jedną z niewielu osób, które nie zobaczyło we mnie dziecka. Czyżby Spajk uprzedził
pana wczoraj, by nie popełnił pan gafy? - Dopytała Gidi.
- Można powiedzieć, że sam wczoraj popełnił coś w rodzaju gafy... - Odparł karczmarz.
- Jak to? - Zdziwiła się kobieta, przerywając mężczyźnie w połowie zdania.
- Widzi pani, Spajk faktycznie mówił mi, że pani należy do szlachetnej rasy niziołków. I w sumie
tym popełnił gafę, bo choć ze szlachetnych pobudek, to jednak nie wypada tak mówić o innych.
Szczególnie, że ja jeszcze kilka lat temu, nim postawiłem tę karczmę, przemierzyłem wiele krain
i nie raz spotkałem  na  swej drodze niziołki.  Rzecz jasna podchodziły  one  do mnie  z pewną
nieufnością, ale to normalne, gdyż wszyscy wciąż pamiętają wydarzenia  Braterskiej Wojny. Jednak
z czasem poznałem trochę waszą kulturę i zwyczaje. Mógłbym jeszcze tak długo opowiadać, ale
pani jest głodna, więc ruszę na zaplecze po jakiejś śniadanie.
- Jeszcze jedno, jeśli można. - Powiedziała kobieta, zdumiona faktem, że mężczyzna zna jej rasę
w miarę dobrze. - Czemu tu są takie pustki? Nikt nie przychodzi na śniadanie?
- A no tak, pani nie zna tutejszych zwyczajów. - Zaśmiał się karczmarz. -  Tutaj wynajmują pokoje
prawie sami górnicy lub ludzie związani z wydobyciem w kopalni. Co za tym idzie, wstają oni
wcześniej i muszą też wcześniej zjeść przed wymarszem. Jednak mój lokal śniadania serwuje
zarówno tym, co wstają wcześniej, jak również tym, co jedzą o normalnych porach.
Po tych słowach mężczyzna udał się na zaplecze. Kobieta poczekała chwilę i poczuła zapach
wydobywające się od strony kuchni. Gidi poczuła, że to będzie śniadanie na ciepło. Po chwili
karczmarz wrócił z talerzem gulaszu i dwoma kawałkami chleba do tego.
- Życzę smacznego. - Powiedział mężczyzna, podając talerz.
- Dziękuję. - Odpowiedziała grzecznie niziołka i usiadła przy najbliższym ze stolików.
Kobiecie gulasz bardzo mocno smakował. Jadła bez pośpiechu, ciesząc się z ciepłego posiłku.
Jednak tę radość przerwały odgłosy z piętra. Gidi bez trudu rozpoznała głos złego krasnoluda, który
jak można było się domyślać, nie był zadowolony ze zniknięcia Spajka. Kiedy kobieta właśnie
kończyła swój posiłek, Crime zszedł na dół.
- Gdzie on jest?! - Zapytał poirytowany krasnolud.
- Siadaj i uspokój się! - Rozkazała kobieta  i jakby nie zwracając uwagi na pytanie towarzysza
odparła. - Jeśli jesteś głodny, to poproś karczmarza o gulasz na śniadanie, jest naprawdę dobry.
- A Spajk?
- To jego też chcesz zjeść? - Zażartowała Gidi, jednak widząc, że na twarzy Crima wciąż widnieje
złość, postanowiła odstąpić od żartów. - Chyba nie myślisz, że Spajk będzie z nami chodził po tej
osadzie? Bylibyśmy mu tylko kulą u nogi. To jego znajomi i my byśmy tylko przeszkadzali. Zresztą
popołudniu będziemy już w drodze do ciotki Spajka.
- Ach  tak?  -  Zaczął  Crime,  który  wciąż  był  jeszcze  zdenerwowany.  - A  gdzie  ona  mieszka?
Powiedział ci chociaż?
- To teraz nieistotne, lepiej zjedz śniadanie i przygotuj się do wymarszu. Ja idę obudzić Verna, bo
nam prześpi cały dzień.
Gidi poszła do pokoju, gdzie wciąż spał półelf. Mężczyzna stawiał opór przed wstaniem z ciepłego
i wygodnego łóżka, ale gdy tylko usłyszał o wybornym gulaszu na śniadanie, postanowił jednak
poderwać się i zejść na dół. Na dole siedział krasnolud popijający z kufla piwo. Towarzysze najedli
się i zaczęli zabijać czas rozmową.
Koło  południa  do  karczmy  wszedł  Spajk  i  przerwał  reszcie  dyskusje  o  urodzie  kobiet
różnych ras.
- No nareszcie przeszedł. - Przywitał go Crime najserdeczniej, jak potrafił.
- Jak wspominałem Gidi, trochę musiało to mi zająć. Jednak trochę się dowiedziałem. - W tym
momencie  wszyscy  członkowie  drużyny  nastawili  swych  uszu.  -  Krasnoludzka  wieża  jest
faktycznie tylko częścią większego, podziemnego kompleksu. Zatem Crime nie mylił się, że to
może być jakiegoś rodzaju twierdza. Jednakże samą wieżę prawie na pewno rozszabrowano, zatem
tam nic ciekawego nie znajdziemy.
- Zatem co, to ślepy trop? - Zapytał Vern.
- Nie koniecznie. Podobno w wieży jest ukryte wejście do tej krasnoludzkiej twierdzy, którego
wciąż nikt nie był w stanie otworzyć. Zatem potrzebujemy jakiegoś rodzaju klucza, skoro pozostałe
grupy poszukiwaczy przygód weszły tylko do wieży.
- Może w ich składzie nie było krasnoludów? - Zasugerowała kobieta.
-  Właśnie była grupa z krasnoludem. I stąd pojawiła się historia o jakimś kluczu otwierającym
wejście do fortecy.
- Zatem co możemy teraz zrobić? - Zapytał Crime, który po raz pierwszy słyszał o jakimś kluczu,
który miałby otwierać tą krasnoludzką fortecę.
- Możemy szukać po macoszemu i zastanawiać się, jak tam wejść do wieży lub udać się do mojej
ciotki. - Odparł Spajk. - Ona na pewno nam pomoże.
- O ile sypniemy złotem, którego nie mamy. - Odparł krasnolud.
- Jak już mówiłem, zostawcie cioteczkę mnie. Załatwię tak sprawę, że nam pomoże.
- Niech ci będzie. Musimy zrobić jednak zapasy, więc trochę pieniędzy się przyda. - Odparł Crime.
- Rozumiem. - Odparł Spajk, po czym podszedł do karczmarza i wyciągnął sakiewkę. - Tyle
wystarczy za nasz pobyt w twojej karczmie przyjacielu?
- Jak najbardziej. W czymś jeszcze ci pomóc?
- Potrzebujemy zapasów na kilka dni dla czterech osób.
- Nie ma problemu. Odpowiedział karczmarz, przeglądając zawartość mieszka. - To wystarczy też
na zapłatę za zapasy.
Po tych słowach właściciel karczmy zaczął uzupełniać zapasy drużyny. Dał im suchy prowiant oraz
kilka  butelek  piwa.  Drużyna  spakowała  wszystkie  rzeczy,  po  czym  ruszyła  dalej  na  wschód
w stronę starego i gęstego lasu. Tam właśnie miała mieszkać ciotka Spajka. Mężczyzna po drodze
trochę  opowiedział  swym  towarzyszom  o  kobiecie,  która  była  zielarką  i  jasnowidzką.  Nastał
wieczór i drużyna musiała się zatrzymać. Rozbili obóz i poszli spać. Jednak nie wszyscy dobrze
spali. Crime nie mógł zasnąć z pewnego powodu przez dość długi czas. Mówił, że chce trzymać
wartę, ale widać było, że czegoś się obawia. Jednak w końcu sen zmorzył także wytrwałego
krasnoluda w momencie, gdy ognisko właśnie zaczynało dogasać.
Następnego  dnia,  nim  jeszcze  słońce  dobrze  wzeszło,  Crime  obudził  się  pierwszy.  Na
początku nie wiedział, czy wszystko jest w porządku, więc szybko się zerwał, jakby coś go goniło.
Jednak po chwili uspokoił się, zwracając uwagę, że nic się nie zmieniło. Krasnolud nie zamierzał
marnować czasu i obudził swych towarzyszy, nakazując dalszy wymarsz.  Nikt nie miał na tyle
odwagi, by zaprotestować. Dlatego bez większego ociągania się po kilku chwilach wszyscy znów
ruszyli.  Po drodze słońce świeciło im w twarze. Jednak dzięki ponagleniom krasnoluda, koło
południa dotarli do lasu, w którym miała podobno mieszkać ciotka Spajka.
- No to jesteśmy. - Powiedział mężczyzna na widok starego i potężnego lasu. - Teraz ostrożnie.
Kiedyś dość dobrze znałem ten las, a i wtedy nie był on w pełni bezpieczny.
- Teraz to mówisz? - Powiedział Crime. - Na co mamy tam uważać? Zwierzęta? Nieumarłych?
-  Las ten ma swoją historię. - Odparł Spajk. - Dawniej był mniejszy, gdyż w tym miejscy była
pewna osada drwali i łowców. Nie wiem co się stało, ale las przejął ten teren.  Co za tym idzie,
wkroczymy na część terenu tamtej dawnej osady, a dokładniej rzecz biorąc na cmentarz.
- No pięknie, nie mogłeś wcześniej o tym wspomnieć? Poszlibyśmy inną drogą  lub w jakiś inny
sposób zdobylibyśmy ten klucz! - Odparł krasnolud. - Nawet, jeśli byśmy mieli nadłożyć drogi, to
wolałbym to, niż deptać stare groby.
- Nie ma innej drogi, jak przez las, który podobno cały jest obsiany grobami. A od tej strony można
akurat najbezpieczniej przejść. - Powiedział Spajk.
- Zatem, co robimy Crime? Jaka jest twoja decyzja? - Spytała kobieta.
- Pewnie będę jeszcze tego żałował, ale idźmy przez ten las.
-  Dobrze. - Powiedział Spajk. - Musimy się jednak trzymać razem. Na terenach tych leśnych
cmentarzysk panuje gęsta mgła. Do tego nie przestraszcie się ogników, które są duchami tego lasu.
Pilnują one grobów i atakują wyłącznie osoby, które chcą splądrować groby.
- Miejmy nadzieję, że to prawda i że pomoc od twojej ciotki jest tego warta. - Stwierdził na koniec
krasnolud. - A teraz ruszajmy.
Towarzysze szli w zwartej grupie i powoli przez stary las, uważając na każdy swój krok. Po
dłuższym czasie zaczęli coraz gorzej widzieć, gdyż znad ziemi zaczęła unosić się mgła. Był to
czytelny sygnał, że zbliżają się do jakiegoś leśnego cmentarza.  Jeszcze bardziej uważali, by nie
rozzłościć  ogników.  Małe,  szaroniebieskie  duszki  latały  jednak  spokojnie  między  starymi
nagrobkami. Drużyna jednak wolała nie patrzeć na strażników cmentarza, lecz iść do przodu,
uważając przy tym, gdzie stawiają swój kolejny krok. W głowach towarzyszy Spajka pojawiały się
myśli, czy powiedział on im wszystko o tym lesie? A jeśli tak, to co jeszcze ukrywa, może coś
o swojej ciotce zielarce? Najbardziej to wszystko niepokoiło Crima. O ile był on odważny, o tyle
nie lubił niczego co związane z magią w większym lub mniejszym stopniu. Dlatego nie uśmiechała
mu  się  ani  podróż  przez  cmentarz,  ani  też  cel  tej  wyprawy.  Tajemnicza  ciotka,  która  poza
zielarstwem  miała  też  wizje  przyszłości. A  co  jeszcze  potrafiła?  Może  czarować?  Może  była
wiedźmą, do której taki krajobraz by pasował. Te myśli były tak silne, że krasnolud nawet nie
spostrzegł, że wyszli już z mgły i są spory kawałem od leśnego cmentarza. Crime pokonał strach
przed ognikami większym strachem o to, kim tak naprawdę jest zielarka, do której idą.
Dalsza część drogi przez las przebiegała im spokojnie. Nie napotkali już kolejnych ogników,
ani też nie widzieli następny nagrobków. Mogli się tylko domyślać, ile już czasu idą przez ten
ogromny las. Zaczęło im burczeć nawet w brzuchach, ale krasnolud sprzeciwiał się postojowi.
Wolał jak najszybciej mieć za sobą wizytę u zielarki, by móc wreszcie wydostać się z tego lasu.
Choć sam wiele lat spędził na życiu w górach i polowaniach, to nigdy lubił gęstych lasów. Drzewa
wolał ścinać, a te tutejsze wydawały się jakieś wrogie. Crime sam nie wiedział, czy to tylko jego
wyobraźnia go oszukuje, czy też jego towarzysze również czują, że coś ich obserwuje. Jednak wolał
nie pytać  o nic, bo  wolał  nieustannie  iść  naprzód.  Drużyna poszukiwaczy przygód szła dalej
wytrwale pomimo głody. W końcu Spajk dał znać swym towarzyszom, że są już blisko, wskazując
mały dym, który było widać za wzniesieniem. I faktycznie, przeszli jeszcze dłuższy kawałek,
wdrapali się na wzgórze, zaraz za którym zobaczyli małą dolinkę, a w jej centrum drewnianą
chatkę.  Domek  był  mały  i  zewnątrz  można  było  przypuszczać,  że  ma  on  tylko  jedną  izbę,
a najwyżej dwie, ale za to bardzo małe. Z kominka było widać dym. Od przodu było widać drzwi,
ale żadnych okien. To właśnie niepokoiło krasnoluda, który chciał najpierw zobaczyć wnętrze
chatki przez jakieś okienko, a dopiero potem wejść do środka domku zielarki. Spajk szedł pierwszy,
a za nim reszta drużyny. Mężczyzna zapukał grzecznie do drzwi, po czym je powoli uchylił.
- Ciociu Zolo! - Zawołał Spajk, przekraczając próg.
- A jesteś nareszcie mój ty siostrzeńcu. - Z wnętrza izby słychać było głos starszawej kobiety. - Ile
to jak się naczekałam na was. Jednak jak widzę, drogę jeszcze pamiętasz. To dobrze kochaniutki.
Zaproś swoich towarzyszy do środka, nie będą przecież stali na zewnątrz.
- Oczywiście ciociu.
Wszyscy weszli po tym zaproszeniu do izby. Faktycznie był to pojedynczy pokoik, pełen różnego
rodzaju gratów. Na półkach walały się jakieś małe miseczki i buteleczki.  Wszędzie był bałagan,
jednak wszyscy goście mieli wrażenie, że tak ma być. Na prawo od wejścia był mały kominek,
w którym palił się ogień i stał mały kociołek. Słychać było, że coś się tam gotuje, ale nikt tam nie
zerkał, by nie obrazić zielarki swym wścibstwem. Nieco na lewo stał bujany fotel, a w nim siedziała
starsza kobieta w czarnej, nieco wyblakłej sukience. Jej włosy siwe, ale dość gęste, sięgały do jej
ramion. Twarz Zoli była pokryta zmarszczkami i dość blada. Jej oczy były błękitne, zaś wszystkie
zęby tworzyły ładny i szczery uśmiech na widok gości.
- Zatem przychodzicie po klucz od starej, krasnoludzkiej fortecy? - Zaczęła dopytywać zielarka.
- Tak ciociu. - Zaczął odpowiadać Spajk.
- Wybacz mi mój kochaniutki, ale chciałabym posłuchać wyjaśnień Crima. - Przerwała swojemu
siostrzeńcowi  Zoli.  -  Przecież  to  on  was  tam  prowadzi  do  wieży,  czy  jak  sam  woli  fortecy
krasnoludzkiej. Zapewne wie więcej, niż sam sobie uświadamia.
- Słucham? - Zapytał niepewny i zbity z tropu Cirm.
-  Dobrze słyszysz. Wbrew pozorom, przyszłość to nie tylko efekt naszych decyzji i wyborów, ale
także tego, co zdarzyło się w przeszłości i nie zależało od nas. Twój umysł dążący do racjonalności
zwrócił uwagę na mapę, która jednak ma coś wspólnego z twoją przeszłością kochaniutki. Jednak
byłeś wtedy zbyt mały, by coś z tego pamiętać.
- Zupełnie  tego nie  rozumiem. - Odparł  krasnolud,  patrząc podejrzliwym  wzrokiem  w stronę
zielarki.
- I właśnie po to tutaj między innymi ty przyszedłeś, by zrozumieć.  Czy tego chcesz, czy też nie,
świat nie jest złożony tylko z pustej materii. W końcu Braterska Wojna sprowadziła bogów tutaj na
ziemie. Skoro potrafili przybrać materialne formy, to czemu nie mieliby mieć wpływu na ten świat?
Zresztą nie o tym mieliśmy mówić. Szukasz klucza, który choć tego nie wiesz, jest związany z twą
przeszłością. Właśnie dlatego zdobyłeś tą mapę i spotkałeś mojego siostrzeńca. On też zaprowadził
cię do mnie, byś mógł znaleźć ten klucz, ale nie wyłącznie dla zdobycia skarbów, ale także dla
poznania przeszłości.
- Mojej przeszłości? - Dopytywał krasnolud, gdyż ciekawość przeważyła nad strachem do zielarki.
-  Można powiedzieć, że tak. To wszystko ma związek z twym ojcem. Jednak nie mam na myśli
tego, o którym pewnie teraz pomyślałeś. Mówię o kimś, kto nie tylko sprawił, że przyszedłeś na
świat, ale także ocalił cię, byś mógł się wychowywać tam, gdzie dorastałeś. Jako dziecko nie
mogłeś tego pamiętać, ale teraz przyszedłeś, by sobie to przypomnieć.
- A co z kluczem? - Przerwał kobiecie Crime.
- A no tak, zapominam ciągle, że jesteś taki niecierpliwy. Tak, mogę dowiedzieć się, gdzie jest
klucz. Jednak najpierw ty musisz chcieć go odnaleźć  i mi zaufać. Wtedy będę mogła  ci pomóc
odnaleźć  klucz  do  krasnoludzkiej  fortecy,  który  będzie  też  kluczem  do  twych  korzeni
i pochodzenia. Zatem jak będzie?
Crime zastanawiał się, co to wszystko ma znaczyć. Ta zielarka była dziwna, zresztą cały domek był
taki sam dla niego. Nie wiedział co ma odpowiedzieć.  W końcu tyle czasu szedł, by zdobyć tylko
skarby z tej zapomnianej twierdzy, a teraz ma tam być też coś o jego prawdziwym ojcu, o którym
do niedawna nie wiedział nawet, że istnieje. Krasnolud nie wiedział co zrobić. Chciał odpuścić, ale
z drugiej strony nie mógł zostawić towarzyszy. Miał być pomocny w odnalezieniu klucza, więc
czemu nie miałby spróbować? W końcu dawna twierdza krasnoludów musi znów zostać otwarta.
Może  właśnie  taki  los  był  mu  przeznaczony?  Z  tych  wszystkich  rozważań  wyrwał  go  głos
towarzyszki:
- Crime i jak? Co postanowiłeś? - Zapytała Gidi.
- Spokojnie. - Stwierdziła Zola. - On musi się z tym oswoić.
- Podjąłem już decyzję. - Odpowiedział chwilę później krasnolud. - Powiedz mi, gdzie jest ten
klucz, który mamy odnaleźć.
- Piękny zapał Crime. A teraz podejdź do mnie i podaj mi swą dłoń.
Krasnolud posłusznie podszedł do starszej kobiety. Następnie podał jej dłoń, po czym zielarka
zamknęła swe oczy, po czym nie otwierając ich zaczęła mówić co widzi.
Deszczowy samotnik ŚP
Anioł Śmierci Podziemia


Dassanar

  • Wiadomości: 514
  • Swordmaster
Odp: Konkurs na Opis Wyprawy II
« Odpowiedź #8 dnia: Luty 10, 2014, 21:18:27 pm »
Pustynia Faarum miewa swoje kaprysy. Jednym z nich jest wielka burza porywająca całe połacie piasku i niemal uniemożliwiająca jakiekolwiek sprawne poruszanie się po okolicy. Z powodu trwającego zazwyczaj kilka godzin dziennie natężenia potężnego żywiołu dostrzeżenie czegokolwiek graniczyło z cudem. Przez gęstą jak mleko dynamiczną piaskową zawiesinę widać było jedynie zarys gargantuicznych ruin. Ich kształt był ciężki do określenia, nie tylko przez wzgląd na problematyczną widoczność. Owa budowla to bowiem największa zagadka tamtejszej pustyni. Okoliczni badacze odkryli ją stosunkowo późno, co było istotnie rzeczą dziwną biorąc pod uwagę fakt, iż Faarum ustawicznie przemierzane jest przez pielgrzymów kolejnych sekt. Nikt jeszcze nie słyszał o tym, żeby ktoś zwiedził kolosalną kamienną budowlę (przede wszystkim dlatego, że nikt jeszcze nie odnalazł do niej wejścia), co dodatkowo przysporzyło jej złej sławy kiedy to raz za razem kolejni bardowie z bujną wyobraźnią dokładali swoją cegiełkę, która ubarwiała i dodatkowo zniekształcała wymyśloną zresztą od samego początku historię opisującą dziwy i nieprawdopodobne zjawiska, rzekomo rozgrywające się wewnątrz. Niektórzy twierdzili, że to stara twierdza jednego z dawniejszych władców, z czasów kiedy znany świat wypełniało jeszcze wiele potężnych królestw. Tego typu pomysły z całą pewnością dowodziły głęboko zakorzenionej nostalgii w kulturze miast-państw semirskich, lecz przez wzgląd na dość surowy styl, w jakim rzeczony budynek został skonstruowany, było to wątpliwe. Z całą pewnością bliższa prawdy była wiarygodniejsza i wyzbyta ze swoistego romantyzmu, a przez co mniej popularna teoria mówiąca o tym, że tajemnicze ruiny są po prostu pozostałościami po świątyni jakiejś dawnej ascetycznej religii. Znowuż jednak żaden ekspert ni laik nie umiał odpowiedzieć choćby w przybliżeniu, jakiej. Była to kolejna osobliwa kwestia, bo przecież do jednych z niewielu naprawdę pożytecznych oraz długofalowych (i jednocześnie nielicznych) zalet wprowadzenia przez Alastora Niesławnego Wielkiej Konwencji należał niezaprzeczalny fakt rozpowszechnienia się bezcennej wiedzy o różnej maści wierzeniach z dawnych czasów, co paradoksalnie nie było w większości możliwe w okresie Złotego Wieku, a przynajmniej legalną drogą. Nawet drobne bazgroły sprzed lat na ścianach rozpadających się budynków w slumsach niegdyś zapierającego dech w piersiach Galientu dawało się bez większych perturbacji przyporządkowywać do konkretnej grupy, więc gdy pochodzenie czegoś – manuskryptu, fragmentu pisma, relikwii, czegokolwiek – zostawało uznawane za nieweryfikowalne, z miejsca dany przypadek stawał się czymś podejrzanym. Ponadto każdy, kto stanął oko w oko z budowlą, opisywał ją potem nieco inaczej. Jedni mówili, że to masywny, prawdopodobnie opuszczony pałac o fantazyjnych wzorach wyrytych na ścianach, inni określali ją raczej jako wielką świątynię o prostej, prostackiej wręcz budowie, a jeszcze inni widzieli w niej misternie skonstruowany ziggurat, z widocznymi wyraźnie miejscami poważnymi defektami w postaci dziur na wyższych kondygnacjach, co utwierdziło w przekonaniu część osób, iż są to ruiny (oczywiście, wysyłani potem w trybie ekspresowym eksploratorzy z fachowym sprzętem w celu dostania się do środka przez zaobserwowane wcześniej dziury w budowli wracali stamtąd rozczarowani, gdy natrafiali na obiekt o zgoła innych parametrach). Co jasne, podane przykłady są tutaj skrajnie uproszczone i ograniczone do kilku mniej lub bardziej powtarzających się schematów, ponieważ każdy podróżnik bądź ich grupa widziała co innego…
Owego dnia burza szalała w najlepsze i nawet gdyby jakiś szaleniec czy jedno z nielicznych zwierząt potrafiących poruszać się w takiej pogodzie obserwowało okolicę ze szczytu którejś z wyższych wydm, prawdopodobnie nie dałoby rady wypatrzeć samotnego podróżnika kierującego się w stronę okrytych aurą mistyki ruin. Odziany był w czarny, długi płaszcz, zasłaniający go niemalże w całości. W dłoni dzierżył długi kostur, którym pomagał sobie w walce z ciężkimi warunkami atmosferycznymi. Gdyby ktoś zacisnął zęby i spojrzał w jego kierunku poprzez wędrujące bezwiednie i z niesamowitą prędkością niezliczone piaski, najpewniej mógłby choć na moment dostrzec i uznać zarys maszerującego wędrowca za upiora, powolnym, ale niezwykle równym krokiem zmierzającego do wyznaczonego przez siebie celu, jakim najwyraźniej było dotarcie do owej kolosalnej budowli. „Duch” w czerni wszedł po wysokich, częściowo zanurzonych w piasku schodach – było to jedyne miejsce, po którym dało się wdrapać, by maksymalnie zbliżyć się do celu. Kroczył po schodach powoli, ostrożnie niczym bogobojny akolita, który nie chce urazić swą arogancją bogów. Dopiero kiedy dotarł na kilka stóp odległości od konstruktu, mógł zobaczyć zarys jego kształtu. Oczom obcego ukazał się długi i nieprawdopodobnie wysoki blok ściany. Nawet co do tego, że był to prostokątny budynek czy też o jakimś mniej regularnym kształcie, nie można było być pewnym, gdyż z perspektywy nieznajomego nawet krańce boków były niedostrzegalne przez burzę. Gdyby nie schody, przybysz mógłby uznać, że stoi przed czymś w rodzaju wielkiej tamy o pobudzającej wyobraźnię wysokości, jako że nie mógł wypatrzeć szczytu. Zdawał się jednak nie zwracać na to uwagi, bo gdy tylko wdrapał się na ostatni stopień i znalazł na quasi-placu, bez wahania wyciągnął zza pazuchy drobny przedmiot i zbliżył się do ściany. Natychmiast zapaliło się przed nim jaskrawe, niebieskawe światło w kształcie dziurki od klucza. Nieznajomy włożył tam swój przedmiot, niewidoczny do tamtego momentu, całkowicie ukryty w jednej z wciśniętych w ciemne rękawice dłoni. Nie było wątpliwości, co to była za rzecz, po tym jak idealnie weszła w zmaterializowaną, czy też po prostu odkrytą dziurkę. Po wyciągnięciu klucza kawałek ściany tuż przed wędrowcem zwyczajnie zniknął, ukazując niezgłębioną ciemność. Luka w murze miała wymiary jak gdyby wyżłobione specjalnie dla wędrowca. Człowiek (?) w czerni stał przed wejściem nieruchomo dobre kilka minut, aż wreszcie zagłębił się w ciemności.

***

Okazało się, że samo wejście do enigmatycznej budowli nie załatwiało jeszcze sprawy. Na domiar wszystkiego mnożyło jeszcze kolejne pytania. Na przykład jakimż to sposobem spora część ścian czy sufitów zdawała się być w znakomitym stanie. Istotnie, dało się też dostrzec kilka gruzowisk bądź też zwykłych symptomów starzenia się materiału, lecz taka nieregularność potrafiła być co najmniej niepojąca. Tą oraz kilkoma innymi kwestiami kłopotał się Geddon, bo tak miał na imię ów nieznajomy, który wtargnął do środka. Zaskoczony sposobem ujawnienia się tajnego przejścia, skoncentrował się na tym, by uważać na wszystko, co wydawało się być podejrzane na nieznanym mu terenie, przez co zupełnie zapomniał o chociażby otrzepaniu swego płaszcza z drobinek piasku, które jeszcze pozostały po zamieci. Pod nim, oprócz jednolicie ciemnego ubioru, znajdował się czarny napierśnik z Melletos, nagolenniki ze skóry krokodyla, a przy pasie umieszczony w ozdobnej pochwie, używany tylko w sytuacjach krytycznych szeroki miecz z niemal niezniszczalnej stali varmirskiej oraz cztery sztylety do rzucania, nasączone zabójczym jadem pustynnego skorpiona – wszystko to pożyczone na czas nieokreślony ze specjalnego magazynu Wielkiego Domu jego sekty, nim opuścił swoją samotnię na zawsze. Kapłan Kultu Arboriusa (Geddon jeszcze nie zrzekł się sam przed sobą tego tytułu, w zastałych go okolicznościach nie został mu również odebrany oficjalnie) był wysokim, niezwykle, zdawałoby się czasem, nienaturalnie smukłym przy swojej masie i umięśnieniu, mężczyzną w wieku około trzydziestu lat. Jak każdy pełnoprawny członek Kultu, głowę miał ogoloną na łyso. Wedle owej reguły na karku umieszczony miał tatuaż przedstawiający symbol jego sekty – wąż nadziany na ostrze miecza. Ze wszystkich pomysłów swej niedawnej jeszcze przystani w życiu, ten był uważany przez Geddona za jeden z głupszych. Pomijając już fakt, że zawsze uważał godło Kultu za co najmniej kiczowate, w głównej mierze przeszkadzało ono w jakimkolwiek wywiadzie środowiskowym, a nawet już we wszelkich prozaicznych okolicznościach, gdy po prostu nie chciał być rozpoznawalny. Dlatego też prawie zawsze na głowę miał narzucony kaptur, a w najgorszym razie zakładał coś, co zasłaniało mu szyję. To w jakimś stopniu zdarzało się być pomocne, lecz w dobie takiej mnogości wierzeń i sekt, które, nie licząc tych kilku, kilkunastu najtrwalszych i mających stały monopol, pojawiały się i znikały z szybkością migrującego piasku na pustyni Faarum, ów kamuflaż był co najwyżej mniejszym złem. Większość mieszkańców państw-miast nauczyła się w ciągu lat rozpoznawać kapłanów czy akolitów poszczególnych nurtów, a Geddon ze swoją owalną głową zakończoną ostrą kozią bródką zazwyczaj jeszcze ułatwiał im zadanie. Jednakże podczas błądzenia w istnym labiryncie niemal identycznych korytarzy zatęsknił za wszelkimi zwyczajami i zasadami swej sekty, choćby i tymi najgłupszymi. Nawet perspektywa egzekucji – która z pewnością by go czekała, gdyby został – nie wydawała mu się tamtego dnia (nocy?) aż tak straszna. Bowiem były Kapłan Bitewny poruszał się w miarę efektywnie po ogarniętych jak na razie całkowitą ciemnością miejscu tylko i wyłącznie dzięki rzucanych zaklęciach Światła. Czas trwania każdego z nich to nieco ponad jedna godzina, w dodatku zaklęcie nie wymagało za dużo many, jednak mimo wszystko jakiś limit zawsze był. Podobnie sytuacja się miała z prowiantem, którego z kolei nie było zbyt dużo ze względu na pośpiech w ucieczce za pogonią, nie dającą mu wielkiego pola manewru w tej materii. W chwili, gdy Geddon powoli tracił już resztki swojego zapału, jego niezwykle wyczulony słuch został podrażniony przez odgłosy kroków w pobliżu. Natychmiast zgasił swoje zaklęcie, zatrzymując się jednocześnie w pół kroku. Odczekał kilkadziesiąt sekund. To wystarczyło, aby ujrzał przed sobą miarowo rosnące światło. Nie czekając do końca, rzucił na siebie czar tymczasowej niewidzialności i bezszelestnie ruszył w tamtą stronę, trzymając swój kostur w pogotowiu. I znów nie minęło wiele czasu, a dostrzegł w świetle tego samego zaklęcia, którego do niedawna używał, lekko przygarbionego, łysiejącego już mężczyznę z długą brodą, okazującą już oznaki siwizny. Na oko był osobą na przełomie czterdziestego i pięćdziesiątego roku życia. Miał na sobie długą aż do ziemi, zielonkawą szatę. Po napiętym wyrazie twarzy nieznajomego Geddon mógłby przysiąc, iż tamten również usłyszał jego wcześniejsze kroki. Był jednak pewien, że nie zdawał sobie sprawy z bliskiej obecności kapłana, a przynajmniej nie dawał po sobie tego poznać. Wtem w drugiej dłoni człowieka zmaterializowała się niebieska poświata. Kapłan uznał ją za coś w rodzaju zaklęcia ofensywnego, bo na pokrytej już sporą ilością zmarszczek mężczyzny pojawiło się rosnące z każdą chwilą zafrasowanie. Postanowił zaryzykować. Ruszył w stronę nieznajomego, po czym zamachnął się na niego z półobrotu kosturem. W jednym momencie potężne uderzenie koszące zwaliło go nóg. Geddon z godną podziwu szybkością i wprawą powrócił do poprzedniej pozycji, a ułamki sekund potem trzymał już jeden ze swych sztyletów przy gardle ofiary.
- Nie ruszaj się! Kim jesteś i co tu robisz? – syknął lodowatym głosem. W pierwszym odruchu chciał go zabić na miejscu, tak szybko, że prawie by tego nie poczuł. Zaraz jednak opamiętał się, uznając go, przynajmniej na razie, za osobę cenniejszą żywą niż martwą. Może wreszcie spotkałem osobę, która wie cokolwiek o tym miejscu – przemknęło mu w głowie.
- Ja… moment… poddaję się! – wycharczał człowiek w zielonej szacie. Widać był zupełnie zdezorientowany, bo do oszołomienia wskutek utraty równowagi należało dodać to, że podczas upadku starzejącemu się mężczyźnie zgasło Światło, byli więc w całkowitych ciemnościach.
- Zaraz cię nieznacznie podniosę, a ty będziesz robić dokładnie to, co ci każę, bez gwałtownych ruchów. Gotowy?...

***

Musiało minąć nieco czasu, nim mężczyzna nazywający się Sebastian doszedł do siebie. Okazało się, że był profesorem na uniwersytecie w Ornham, o którym nawet Geddon słyszał (co prawda po tym, co o nich się wywiedział, uznawał ich za strasznych darmozjadów, gadających po próżnicy o rzeczach niewykonalnych bądź mało istotnych, ale wolał tymczasowo się tym nie dzielić z nowym towarzyszem). Najważniejsze jednak było to, że obaj otrzymali mapę, klucz oraz wszelkie instrukcje, rzekomo dające możność stania się właścicielem artefaktu pozwalającego na przenoszenie się pomiędzy wymiarami. Przybyli więc w dokładnie tym samym celu, co w nieokreślonej przyszłości mogło być zarówno zaletą, jak i wadą.
- Przybyłeś tutaj sam? – spytał Geddon w przerwie pomiędzy przeżuwaniem jednego z podróżnych sucharów, które zabrał w drogę.
- Ależ skąd – zachichotał Sebastian. – Gdybym tak zrobił, długo bym nie przeżył. Nie nadaję się na takie wyprawy. Ruszyłem z małą ekspedycją tylko dlatego, że pokusa zbadania i przy odrobinie szczęścia użycia czegoś tak bezcennego dla nauki była nie do zwalczenia.
- No dobra… a gdzie oni są?
- „Oni”? A, masz zapewne na myśli moich towarzyszy? – zmarkotniał. – Niestety, od razu po wejściu tutaj wszyscy zginęli na miejscu.
Geddon zmierzył go uważnie wzrokiem.
- Jak to? Wszyscy na raz? – zaperzył się.
- Możesz wierzyć lub nie, mój drogi. Przyznam szczerze, że sam do teraz mam z tym problemy... – profesor przerwał na moment, wpadając w chwilową zadumę. Gdy były członek Kultu już chciał przerwać niezręczną ciszę, jego rozmówca jakby wyczuł jego zniecierpliwienie i ponownie przemówił. – Uwierz mi, to było… nieprawdopodobne. Po wejściu do tego miejsca ja i moja pięcioosobowa grupa rozeszliśmy się, żeby się rozejrzeć. Nadal jednak zachowaliśmy całkiem bliską odległość i nie chcieliśmy się rozdzielać. Nagle, zupełnie bez ostrzeżenia, zalały nas strzały, które wyleciały ze ścian.  A konkretnie: pięć strzał. Każda trafiła prosto w głowę jednego z najemników – westchnął ciężko. – To było porażające. Tragedia wydarzyła się nie tak wcale dawno, więc wciąż ciężko mi o tym mówić. Szkoda ludzi, bo mimo że byli raczej dość prymitywni, to jednak uczciwi. Abstrahując już od tego, że wydałem na nich moje ostatnie oszczędności… No, w każdym razie wziąłem niezbędną w moim przekonaniu część ekwipunku i ruszyłem dalej. Jakbym miał jakiś wybór, nawiasem mówiąc…
Geddon zastanawiał się jakiś czas nad jego słowami, sprowadzając na nich kolejną falę milczenia, aż w końcu wzruszył ramionami.
- W porządku. Właściwie po tym, jak dostałem ten list  przy takim… zbiegu okoliczności, nic nie powinno mnie zdziwić. A z ciekawości, kiedy przybyliście?
- Jakieś dwa dni temu, tuż przed burzą. A ty?
- Raptem kilka godzin temu.
- Ależ jak to? – zdumiał się Sebastian. – Przebijałeś się przez tą nawałnicę?
- Miałem powody – uciął twardo Geddon, na co tamten uniósł brwi, aż w końcu kiwnął tylko głową.
– No dobrze, już mi lepiej. Jak dla mnie, możemy już ruszać.
- Z chęcią bym tak zrobił. Problem w tym, że nie mamy raczej pola manewru.
- Naprawdę? – mruknął profesor. – Sprawdzałeś już za drzwiami?
- Jakimi drzwiami? – spytał powoli zdezorientowany kapłan.
- Tymi – wskazał w odpowiedzi na mosiężne przejście tuż za nimi.
Geddon obejrzał się i otworzył szeroko oczy ze zdumienia.
- To niemożliwe – szepnął. – Przecież dopiero co robiłem krótki zwiad, tuż przed tym, jak się ocknąłeś. Nie było tu żadnych cholernych drzwi!
- Hmm, jeśli tak, to rzeczywiście osobliwe – odpowiedział jego towarzysz. – No, ale chyba mimo to sprawdzimy, co się tam kryje?
- Cóż, nie mamy raczej wyboru. To znaczy mamy, ale ja nie mam najmniejszego zamiaru ryzykować spędzenia kolejnych godzin w tym labiryncie.
- Znakomicie, postanowione – rzucił o wiele bardziej rześko Sebastian, powoli wstając i poprawiając swoją lekko pogniecioną szatę. – Aha, właśnie. Nie pamiętam, żebyś podawał mi swoje imię.
- Geddon – burknął Kapłan Bojowy.
- A więc chodźmy, Geddonie.

***

Chcąc nie chcąc, nowi towarzysze zagłębili się więc w kolejne korytarze budowli. Za drzwiami, przez które przeszli, komnaty były już oświetlone drobnymi pochodniami na ścianach, co jednak bardziej zaniepokoiło dwóch wędrowców aniżeli dało im chwilę oddechu po długim krążeniu wśród ciemności, gdyż bynajmniej nie była to cecha swoista starych budowli. Geddon ocenił, że pochodnie z pewnością nie należały do najstarszych, za czym zresztą przemawiał fakt, iż nie utrzymałyby się w tak dobrym stanie przez więcej niż kilka lat. Kolejne minuty zgłębiania nowo odkrytej konfiguracji nie tylko nie zagasiły jego niepokojów, ale jeszcze dodatkowo je roznieciły, co udzieliło się zresztą i profesorowi. W pierwszej kolejności, zaraz bo wyjściu z krótkiego korytarza, przez który przeszli dzięki odkrytym drzwiom, trafili bowiem na idealnie okrągłą aulę. Była ona wielkości małej świątyni, a jej rozmiary podkreślało dodatkowo to, iż pomieszczenie było puste. Za to wzdłuż ścian aż roiło się od drzwi.
- Ktoś sobie z nas jaja robi – stwierdził kapłan.
Widok rozciągających się na całą aulę kilkudziesięciu drewnianych drzwi o tej samej wielkości, kolorze i kształcie był porażający, a przede wszystkim kompletnie zaskoczył podróżników. Geddon próbował z początku je policzyć, lecz wywołująca abstrakcyjne deja vu regularność zniechęcała go mniej więcej w połowie stawki. Sebastian nie wytrzymał nawet tyle. Jego brodata twarz wykrzywiła się w grymasie, uwydatniając na moment gdzieniegdzie mniej widoczne jeszcze zmarszczki.
- Ja bym jednak przynajmniej spróbował się cofnąć – zaproponował po chwili nieśmiało.
Kapłan poprawił swój kaptur, po czym wzruszył ramionami i kiwnął nieznacznie głową. Niespecjalnie podobał mu się pomysł powrotu, lecz perspektywa szukania dalszej drogi wśród tylu bliźniaczych przejść również jemu nie przypadła do gustu. Wycofali się więc do drzwi, którymi przeszli do owej wielkiej komnaty. Okazało się jednak, że niewiele to pomogło. Niemal od razu Sebastian dostrzegł, iż korytarz zdawał się być nieco krótszy, niż wtedy, kiedy wcześniej go zgłębiali, jednak nie skomentował tego głośno. Gdy wreszcie przeszli przez drewniane drzwi, po drugiej stronie zastali… dokładnie tą samą dużą komnatę, z której próbowali się wynieść. Geddon oparł się ciężko na swym kosturze, zaciskając na nim mocniej dłonie.
- Co tu się dzieje? – wyszeptał kompletnie zdezorientowany kapłan.
- Jedno jest pewne: czy tego chcemy czy nie, będziemy chyba musieli poszukać tutaj szczęścia. Ktoś lub coś bardzo na to nalega... – skwitował Sebastian.
Jako że obaj mężczyźni postanowili się nie rozdzielać, przemierzanie kolejnych przejść było niezwykle żmudne i czasochłonne. Z początku szli na chybił trafił, jednak po kilkunastu bliźniaczych rezultatach – krótkie przejście, kolejne drzwiczki, powrót do wielkiej sali – postanowili przynajmniej zastosować jakiś system. Zdążyli zrobić kilka kombinacji (co drugie drzwi, zgodnie z ruchem wskazówek zegara, etc.), ale wciąż bez skutku. Wtem, po jakimś czasie, podczas przechodzenia przez jeden z korytarzy usłyszeli odgłosy kroków w oddali. Nie były one zbyt głośne, jednakże wśród głuchej ciszy panującej przez niemal cały czas słyszalność tego typu zjawisk znacząco rosła. Geddon dał znak profesorowi, żeby się zatrzymał, po czym przyjął swoją standardową postawę bojową, uginając lekko nogi i chwytając poziomo swój kostur. Miarowe odgłosy zdawały się być coraz bliżej. Nastało więc pełne napięcia oczekiwanie. Nagle znajdujące się jakieś dwa metry od nich drzwi otwarły się z hukiem. Wybiegł z nich wysoki, odziany w rozpadającą się kolczugę szkielet z mieczem w dłoni. Geddon uznał, że jakiekolwiek niebezpieczeństwo może nadejść co najwyżej od drugiej strony, gdyż to stamtąd właśnie dawało się najmocniej posłyszeć dźwięki. Uzbrojony kościotrup ruszył więc na pierwszą osobę, na którą natrafił – czyli w tym przypadku Sebastiana. Profesor był kompletnie zaskoczony, a także niemal na śmierć wystraszony samą zaistniałą sytuacją. Szkielet zdawał się świecić w półmroku komnaty, co dodało mu jeszcze więcej grozy. Gdyby nie to, że nieumarły poruszał się niezwykle niezgrabnie, a jego zamachnięcia były nader przewidywalne, mężczyzna nigdy nie umknąłby przed dwoma poziomymi cięciami zardzewiałego miecza. Kiedy niedoszły zabójca musiał ponownie zmniejszyć dystans do wycofującego się Sebastiana, pomiędzy nich wpadł Kapłan Bitewny. Trwało to dosłownie ułamki sekund, gdyż zakapturzony wojownik natarł z niesamowitą precyzją i szybkością, tak że ciężko było nadążyć nad jego ruchami. Pierwsze uderzenie jego oręża odbiło próbę wybiegu przeciwnika mniej więcej z taką łatwością, jak się odgania muchy, a następnie, drugim końcem kostura, dosłownie strącił mu głowę z karku. Po dekapitacji resztki kościotrupa potoczyły się na posadzkę. Profesor oddychał głęboko i usiłował się uspokoić. Nie był to jednak koniec. Geddon mimo wszystko nie mylił się co do pochodzenia hałasów z drugiej strony. Chwilę po pierwszym starciu jak z podziemi wynurzyło się dwóch kolejnych wrogów – również nieumarli. Każdy z nich miał podobnie niekompletny ubiór do poprzednika. Na dobrą sprawę odróżnić się ich dało tylko dzięki temu, że jeden z nich trzymał w ręku topór, zamiast miecza. Kapłan pokręcił głową, po czym już miał na nich ruszyć, lecz ubiegł go Sebastian, rzucając na jednego z napastników zaklęcie Zamieci. Nie miało ono zbyt wielkiej potęgi, gdyż użytkownik czaru nie był z pewnością zaawansowany w tej kwestii, jednakże chłód ogarniający szkielet nieco spowolnił jego ruchy. To dało Geddonowi aż nadto czasu. Tanecznym krokiem zniwelował odległość dzielącą go od pierwszego nieumarłego i trafił ożywieńca pomiędzy łopatki, co doprowadziło do rozpadu tamtego. Kostur kapłana zrobiony został z miejscowego drzewa o bardzo dużej wytrzymałości, a ponadto wzmocniony przez potężne czary, co czyniło go orężem niemal niezniszczalnym. Taka broń dostaje się tylko najzdolniejszym członkom Kultu. Ach, gdyby tylko moi byli braciszkowie wiedzieli, że to ustrojstwo tyle razy uratuje mnie podczas ucieczki od nich – przemknęło mu przez myśl, nim jeszcze uderzył. Gdy atak się powiódł, Geddon wykorzystał siłę swojego uderzenia, załopotał swoją czarną szatą i zanurkował pod toporem szarżującego drugiego kościotrupa. Zanim wrogie natarcie się zakończyło, były czempion Arboriusa strącił lekko nogę postawną nieumarłego . To wystarczyło, aby przeciwnik stracił równowagę, a wojownik z kolei mógł wyprowadzić dwa uderzenia: jedno łamiące go w pół, a drugie profilaktycznie niszczące gnijącą czaszkę.
- Słyszysz? – zagadnął Geddona z tyłu profesor, nim jego towarzysz zdążył choćby zebrać myśli.
Kapłan począł nasłuchiwać. Szybko posłyszał odgłosy kolejnych kroków, szelest łańcuchów, chwilami nawet zdawało mu się, iż słyszy jakieś złowieszcze szepty, ale tego akurat nie był pewien.
- Chyba to wszystko zaczyna się budzić – mruknął w skupieniu.
- Co robimy?
- A jak sądzisz? – wzruszył ramionami Geddon. – Musimy się stąd wynosić w trybie przyspieszonym.
Jak powiedział, tak zrobili. Ku ich kolejnemu zaskoczeniu, gdy przeszli przez drzwi, nie trafili już na aulę, ale kolejną ciasną komnatę, tylko idącą pod nieco innym kątem. Gdy przeszli przez trzecią (Geddon miał dziwne wrażenie, iż zatoczyli koło), na drodze pojawiła się nowa postać. Nie można było mieć wątpliwości, że tym razem natrafili na człowieka. Okazał się nim bardzo wysoki, barczysty mężczyzna z długimi włosami, od stóp do głów odziany w ciemną zbroję płytową. Ciężko było odczytać cokolwiek z jego twarzy, ponieważ cała zarosła, a przedłużała ją długa broda. Jednak dla Geddona czymś o wiele istotniejszym był wielki młot, którym nieznajomy natychmiast go zaatakował. Przygotowany raczej na walkę z cherlawymi szkieletami, kapłan z najwyższym trudem odbił kosturem kilka ciosów. Wiedział, że jeżeli za chwilę nie powstrzyma tej lawiny, długo nie da rady. Korytarz nie sprzyjał bowiem szybkiemu manewrowaniu, w innym przypadku dawno by się zdążył wycofać. Na domiar wszystkiego adwersarz przewyższał go wzrostem co najmniej o głowę, co było kolejną przeszkodą. W odruchu desperacji stworzył więc zaklęciem Iluzji swój własny klon. Ogromny przeciwnik zawahał się przez moment, lecz zaraz odzyskał rezon i kontynuował natarcie. Geddon przepuścił iluzję przed siebie, dzięki czemu zdołał chwycić za swój szeroki miecz u pasa mniej więcej w tym czasie, gdy klon rozprysł się pod uderzeniem ciężkiego młota. Kapłan Bitewny był gotów do kontrofensywy. Wariant walki kosturem i ostrzem wybierał rzadko. Ale jeśli już, to przede wszystkim po to, by używać miecza jako ostateczności, element zaskoczenia, gdy przeciwnikowi się wydawało, że wszystkie karty zostały już odkryte. Poza tym opracował zabójczą technikę walki tymi dwiema broniami. Kostur służył mu głównie do trzymania przeciwnika na dystans oraz do wyprowadzania bolesnych pchnięć. Miecz zaś częściowo do odwracania uwagi od pierwszej broni, bo w tym zestawieniu to właśnie błyszczący srebrzystym światłem oręż rzucał się bardziej w oczy, a częściowo do szybkiego kończenia walk. Oba oręże były jednak nieocenione przy wyprowadzaniu łączonych, obrotowych ataków. Jeden z takowych wypróbował właśnie kompletnie niespodziewającego się takiego obrotu spraw wielkoluda. Okazało się, że w defensywie szło mu znacznie gorzej. Jego parady były niezgrabne i tylko długość broni oraz pochłaniający większość uderzeń pancerz pozwalały na w miarę efektywną obronę – widać nie był przyzwyczajony do wycofywania się. Sebastian wolał nie ryzykować pomocą walczącemu towarzyszowi, bo bał się, że zamiast pomóc, przeszkodzi mu w pojedynku, a Geddon był w tamtej chwili jedynym czynnikiem, dzięki któremu on utrzymuje się przy życiu. Takich oporów nie miał dopiero co przybyły do korytarza niski mężczyzna w skórzanej kamizelce. Natychmiast coś wyszeptał i pomiędzy walczącymi wystrzeliła chaotyczna gama drobnych płomieni. Kapłana odrzuciło nieco, a oczy na moment zaszły łzami. Opadł ciężko na jedną ze ścian przejścia, wymachując asekuracyjnie kosturem w razie ataku. Po chwili jednak usłyszał głuchy upadek na podłogę – domyślił się, że to napastnik. Uspokoił się więc i w skupieniu odczekał trochę czasu. Po kilkunastu sekundach powrócił mu wzrok, a płomyki zniknęły. Dostrzegł leżącego wciąż na posadzce zwalistego mężczyznę, który pocierał sobie głowę, a także stojącą nad nim niską osobę, prawdopodobnie nieszczęsnego magika-amatora. Całą scenę obserwował skonfundowany Sebastian. Geddon rozluźnił się i ruszył szybkim krokiem w stronę niskiego człowieka. Nim tamten zdążył cokolwiek zrobić bądź powiedzieć, kapłan już trzymał go za poły ubrania w powietrzu potężnymi dłońmi.
- Zgłupiałeś, idioto? – wycharczał groźnie. – Mogłeś nas tu wszystkich spopielić, niedzielny zaklinaczu!
- Miałem czekać, aż mi się pozabijacie? – wyrzucił z siebie jednym tchem przerażony mężczyzna. Miał jakieś dwadzieścia pięć lat, nie więcej. Wystraszone zielone oczy, okrągła buzia. Z perspektywy Geddona nie było w nim nic interesującego – ot, po prostu zwykły junak, jakich pełno na świecie. Już dawno przestał liczyć, ilu takich oddawał w ofierze Arboriusowi.
- Ach, dajcież spokój! – wykrzyknął zniecierpliwiony profesor. – Naprawdę nie są nam na rękę waśnie. Nie słyszycie, że coś się tutaj zmieniło?
Rzeczywiście, odgłosy zniknęły, a wszędzie ponownie zawitała cisza. Kapłan Bitewny spojrzał ponownie na drobnego mężczyznę, aż w końcu go puścił.
- Poza tym – ciągnął dalej profesor. – To nie jedyna zmiana – i wskazał w miejsce, gdzie jeszcze przed momentem znajdowała się ściana. Ku zdziwieniu wszystkich, ich oczom ukazały się kolejne drzwi – tym razem z litej skały.
- Co tu się, kurwa, dzieje?! – warknął Geddon.

***

Za przejściem znajdowała się wielka przestrzeń, pełna zniszczonych kolumn, zagadkowych wgłębień w podłodze czy dużej ilości znaków czasu w postaci brudu bądź osiadających pajęczyn. Wklęsłe sklepienie zbudowano z dziwnych, świecących kamieni, których próżno by szukać w pobliskich krainach.  Delikatnie oświetlały one całą panoramę wielkiej komnaty, przypominającej zapomniane przez bogów ruiny, przez co zdawałoby się, że nastała wieczna gwieździsta noc. Wojownik, który toczył pojedynek z Geddonem, nazywał się Dagor i należał do jednego z nielicznych już Wolnych Klanów na północy kontynentu. Samych mieszkańców tamtych stron nazywano Wolnymi Ludźmi, co dla kapłana było co najmniej śmieszne (a co to niby my nie jesteśmy wolni? – zadawał podobne pytania podczas dyskusji o nich). Jego wioska została splądrowana przez którąś z sekt (kapłan pogrzebał w myślach, czy aby nie jego ludzie tego dokonali, ale jakoś sobie jednak nie przypominał rajdów w tamte strony w okresie, który wymienił Dagor). W poszukiwaniu zarobku trafił zupełnym przypadkiem na dokumenty podobne do tych, na które natknęli się Geddon i Sebastian. Z kolei drobny mężczyzna miał na imię Tener i był złodziejem. Jako jedyny otrzymał kamień teleportacyjny wprost do tajemniczej budowli (nic dziwnego – ten facet nie dotarłby tu o własnych siłach nawet ze stuosobową eskortą – pomyślał kapłan). Z jego mętnych tłumaczeń, których i tak nikt już nie miał ochoty słuchać, wynikało, że miał wcześniej jakieś zatargi z władzami pewnego miasta, dlatego więc przeniesienie się było dla niego wybawieniem. Z całej tej rozmowy jedyną naprawdę wartą informacją było to, że każdy z obecnej czwórki otrzymał szansę na zdobycie artefaktu będąc na życiowym zakręcie. Geddon dosłownie na dzień przed ucieczką przed wysoko postawionym watażką w Kulcie, któremu nabruździł (profesor długo go namawiał do tego, aby zdradził swoją tożsamość i choć część motywów, uzasadniając to wynikającymi z tego potencjalnymi korzyściami dla grupy). Dagor w momencie, gdy ukrywał się przed prześladowcami i wahał nad obraniem kierunku. Z kolei nad Tenerem wisiała groźba długiej odsiadki. Sam Sebastian miał co prawda zdecydowanie najłagodniejszą sytuację, aczkolwiek sam przyznał, że w okresie kiedy otrzymał mapę położenia świątyni wraz z opisem artefaktu, przeżywał kryzys twórczy i stagnację w swoim zawodzie. Był więc w podobnym stopniu zdecydowany na podróż, co i reszta. Pomimo krótkiej, acz owocnej burzy mózgów, te wszystkie wnioski nie naprowadziły ostatecznie na dużo więcej, niż wszelkie tutejsze dziwne doświadczenia każdego z osobna. Nadal nie dało się w żaden sposób wyjaśnić tylu zbiegów okoliczności, szczególnie kiedy weźmie się pod uwagę perspektywę spotkania kolejnych osób, bo oczywiście nie było wiadomo czy byli sami. Ostatnim na tamtą chwilę wspólnym postanowieniem stało się zarządzenie sześciogodzinnej przerwy. Potem podzielili się na dwie grupy, rozdzielając też pomiędzy siebie prowiant. Zarówno kapłan wespół z profesorem, jak i Dagor z Tenerem rozpalili po jednym ognisku kilkanaście metrów od siebie – na tyle daleko, aby w miarę możliwości nie wchodzić sobie w drogę i na tyle blisko, by w razie niespodziewanego ataku zjednoczyć się – oraz podzielili się prowiantem. Na dobrą sprawę nikt nikomu nie ufał, lecz utworzyły się tymczasowe sojusze wśród par, które były w swoim towarzystwie przynajmniej jakiś czas. A rozdzielać się całkowicie zwyczajnie się nikomu nie opłacało.
- Jak sądzisz, co z tego wszystkiego wyjdzie? – zagadnął Geddona profesor podczas spożywania posiłku.
- Szczerze nie mam pojęcia – kapłan oparł się leniwie o jedną z rozpadających się kolumn i pogryzał bochenek chleba. Jako że zawczasu uznał, iż odkrycie swej tożsamości innym może w przyszłości jakoś pomóc, nie zakładał już kaptura. Wiedział, że w najgorszym razie zabije pozostałych, gdy przestaną być przydatni, jak zawsze w takich sytuacjach. – Nie mam pojęcia, co o tym myśleć.
Sebastian westchnął przeciągle.
- I na co była ta wyprawa? Przecież to jakiś koszmar. Zginiemy z głodu albo zabije nas jakaś maszkara…
- Ja osobiście nie żałuję – Geddon uśmiechnął się krzywo. – Ta eskapada przynajmniej sprawiła, że mam szansę zginąć w miejscu, które sobie mniej więcej wybiorę, zamiast czekać na egzekucję jak jakaś owieczka. Zresztą w dalszym ciągu nie wykluczam przeżycia tego wszystkiego z całkiem niezłymi fantami.
- Zatem gratuluję ci optymizmu. Dziś już nie widzę powodu wplątywania się w tą kabałę. Mogłem zostać na uczelni i tam znaleźć jakieś natchnienie. Ale nie – uniósł teatralnie ręce. – ja po prostu musiałem wykorzystać okazję i ubzdurać sobie konieczność podjęcia tej wyprawy w nieznane, mimo że prawie nigdy nie wychodziłem wcześniej poza miasto! – huknął otwartą dłonią w metalową płytkę na podłodze. – Zabawne jest to, że tak często posuwamy się do najskrajniejszych, najbardziej buntowniczych działań w naszym życiu w okresach fali wznoszącej danej epoki…
Geddon zmierzył go niedbale wzrokiem.
- Co masz na myśli?
- Chodzi mi o to, że dziś, kiedy nie ma za bardzo czego udowadniać w tym multikulturowym społeczeństwie, zdajemy się czasem na siłę szukać gór do zdobycia.
Kapłan roześmiał się tak, że aż profesor na niego dziwnie spojrzał, ponieważ jego tymczasowy kompan zrobił to po raz pierwszy w jego obecności.
- Sugerujesz, że żyjemy w czymś w rodzaju „państwa dokonanego”, o jakim pisał w swoich traktatach Tarkinus?
- Tego nie powiedziałem – obruszył się Sebastian. – Tarkinus był niepoprawnym idealistą, który usiłował na poważnie stworzyć podwaliny czegoś, co nie ma i nigdy nie będzie miało racji bytu. Ja zaś stwierdziłem jedynie, że żyjemy w nieco lepszych czasach niż, dajmy na to, kilkadziesiąt lat temu.
- Czy to nawiązanie do okresu Jedności?
- Ja bym nazwał to inaczej – mruknął z lekkim uśmiechem pod nosem profesor.
- Tak, wiem – machnął ręką tamten. – Znam to znakomicie.
- Nie wątpię. Należysz bądź należałeś do tak zwanej sekty – jednej z najbardziej wpływowych możliwych organizacji. Tym bardziej mnie dziwi to, co słyszę od człowieka, który żył w środowisku na ogół popierającym obecne czasy.
- Ach, to już mocno zależy od osobistych preferencji. A konkretnie od ambicji.
- „Ambicji”? – zdumiał się Sebastian. – Myślę, że dziś mamy większe pole do popisu do zaspokojenia jej.
- Och, panie profesorze… – Geddon patrzył się na niego w roztargnieniu, drapiąc się po brodzie i rozkładając jeszcze bardziej leniwie pod resztkami kolumny. – Widać na pierwszy rzut oka, że nie kwapiłeś się nigdy wysunąć nosa poza swój okręg. Tak, owszem, mamy tą naszą złotą wolność – westchnął. – Mamy różnorodność wyznań, ideologii, generalnie wszystko pięknie i „lud tak chciał”. Tylko właściwie cóż z tego? Cóż z możliwości pracy na własnym poletku, skoro hamujemy się nawzajem tą w dupę jebaną rzekomą wolnością? Nie obraź się, ale tylko ktoś z zewnątrz, żyjący we w miarę porządnej prowincji, może mówić dziś cokolwiek o ambicjach i ich zaspokajaniu.
- Ech, w porządku. Wiem, do czego pijesz. Zawsze po zmianach ustrojowych perspektywy mogą być nieco… ograniczone.
Kapłan pokręcił głową.
- Tu chodzi bardziej o konkretny kontekst. Wielka Konwencja, poprzez podzielenie państwa na te durne dystrykty, sztucznie wszystko ogranicza. I tak mamy silnych i silniejszych. Wystarczy tylko wejść w koligacje z seniorskim miastem-państwem, a za włazidpustwo otrzyma się pokaźną władzę (co nie zmienia faktu, że i tak będzie się ograniczonym). A nie, przepraszam, dziś już nawet tego nie możemy zrobić, bo utrzymuje się pewien układ, który robi co chce i trzyma wszystko w szachu. Dziś nie można przeżyć porządnego konfliktu zbrojnego, bo nawet to jest regulowane. Także w kwestii prowadzenia wojen mamy ograniczenia, żeby przypadkiem nie pozabijały się „niewłaściwe” grupy – to nieprawdopodobne!
- Wolałbyś wrócić do czasów, gdy mieliśmy jedną, jedynie słuszną doktrynę i wykorzenianie wszelkich, choćby najmniejszych odstępstw?
- Wolałbym, żebyśmy nigdy nie odstąpili od takiego status quo. Wcześniej przynajmniej mieliśmy widok na coś większego. Ucisk był potrzebny do rozwoju. A w dodatku dotyczył on tylko kardynalnych spraw, takich jak racja stanu. Tam nikt nie płakał, kiedy ktoś komuś zdobył wioseczkę, o ile oczywiście sukcesor był w stanie wszystko na własny koszt odbudować i odpowiednio utrzymywać daną połać terenu, no i, co jasne, złożyć przysięgę wierności aktualnej władzy. Po tym wszystkim dawano ci spokój i mogłeś spokojnie opływać w bogactwa, a dzięki temu jednocześnie zwiększać potęgę narodu. Człowieku, dzięki takiej naturalnej zasadzie silniejszego niemal nie mieliśmy słabego ogniwa! Silniejszy wojownik zabijał słabszego, biorąc na własność jego dobytek i przy okazji, jeśli miał ochotę, żonę. Silniejsza armia rozbijała słabszą i przywłaszczała sobie ich ziemie, wreszcie silniejszy przywódca państwa egzekwował od zwycięzców trybut, wierność oraz gotowość do połączenia się w razie wojny z kimś z zewnątrz. A jeżeli nie potrafił tego zrobić, to zostawał obalony i w ten sposób rodziła się nowa dynastia. A teraz co? – parsknął. – Wlazł na tron jeden kretyn i umyślił sobie, że to nieładnie. No i teraz mamy…
Sebastian wpatrywał się w niego przez chwilę, nim przemówił.
- Dziwny z ciebie członek sekty. Chyba, że to jest właśnie powód odejścia – strata wiary. Ale inaczej to przedstawiałeś kiedy opowiadaliśmy sobie o naszych motywach parę godzin temu.
- Marny idealisto! – parsknął Geddon. Po wypiciu alkoholu zawsze był nieco bardziej skłonny do dysput, a tak się składało, że Dagor przyniósł ze sobą co nieco i raczył się podzielić. – Czy ty naprawdę sądzisz, że wyznawcy tych wszystkich śmiesznych bożków wierzą naprawdę w swój cel? – machnął ręką. – No w porządku, niektórzy może tak. Ale to i tak raczej nowi, ewentualnie ci, którzy są wiecznymi szeregowcami i nie muszą się mierzyć z twardą rzeczywistością. Przecież tu właśnie chodzi, kurwa mać, o te zasrane prowincje, o te mrówki gryzące się nawzajem i walczące o każdą gównianą wysepkę terenu! Czy za czasów Złotego Wieku coś takiego można było spotkać? Pytanie jest retoryczne, bo to jasne, że nie! Tam byłeś tym, kim miałeś siłę być. Wiesz kim bym się stał, gdybym wtedy żył? Wiesz?
Profesor tylko pokręcił powoli głową, widząc gorączkę w oczach kapłana, niebezpiecznie wręcz świecące oczy. Nie chciał stać się przypadkiem ofiarą jego nastroju – i to dosłownie, gdyż wiele w przeszłości słyszał o sekcie, do której przynależał.
- Byłbym szarą eminencją na dworze króla! Wykorzystałbym swój talent i zdolności wpływania na ludzi do ugruntowywania władzy monarchy – uniósł palec ku górze. – A przez Alastora kim jestem? Właśnie tą mrówką z przerostem ambicji, która od początku musiała się tarzać w gównie i bić z kreaturami, które nie warte są splunięcia! A gdy już zbliżam się na najwyższy stopień, jaki mogę osiągnąć przy obecnym statusie, jakiś zawistny sukinsyn wciąga mnie w pułapkę i zmusza do ucieczki. Oto, co dostaliśmy!
Polemikę przerwał zbliżający się do nich Dagor.
- Powinniśmy już ruszać – rzekł swym niezwykle niskim głosem.
- Zostało nam kilka godzin, tak jak ustaliliśmy – rzucił mu Geddon, zirytowany podwójnie: obecnością zwalistego mężczyzny, który wzbudzał w nim odrazę, oraz tym, że ktoś przerwał mu tak rzadkie przecież uzewnętrznianie się po tygodniach milczącej tułaczki.
- Nie podoba mi się ten postój – pokręcił głową wielkolud. – Nie możemy się zatrzymywać.
- Doprawdy? A dokąd się tak spieszysz, co? Wyjaśnij mi, bo na razie widzę tylko gorącą głowę, która się nudzi, a wokół nas niezgłębiony labirynt, który w dodatku upodobał sobie zmieniać położenie i kształt komnat.
Dagor spojrzał nań groźnie.
- Uważaj, sekciarzu. Nie dowodzisz tutaj. Jeszcze nie…
Geddon wstał na te słowa i zbliżył się do niego. Był sporo niższy i o wiele drobniejszy, jednakże zdawał się nie mieć z tym problemów.
- Ostrożnie – odrzekł ostrzegającym tonem. – Nim zdobędziesz się na coś głupszego, pamiętaj, że zdołałem odeprzeć twój atak pomimo tego, że mnie z początku zaskoczyłeś. Teraz jestem gotów, więc mierz siły na zamiary. Poza tym ośmielę się stwierdzić, iż walka między sobą jest mało wskazana w takich… okolicznościach.
Mężczyźni przez chwilę mierzyli się wzrokiem, aż w końcu Dagor burknął coś pod nosem i odszedł do swojego ogniska. Geddon również machinalnie się odwrócił.
- Cholera, muszę się wyspać – powiedział, nie wiadomo czy do kogoś, czy tylko do siebie.

***

Zaatakowali ich trzy godziny później. Najpierw kilku „szeregowych” szkieletów z jakimś podrzędnym żelazem w łapach. Potem dołączyli do nich lepiej uzbrojeni koledzy, a od czasu do czasu pojawiał się lewitujący w powietrzu kościotrup-nekromanta w podartych łachach i jakąś quasi-różdżką w ręku, który zdążył już co niektórych mocno poranić swoimi mało silnymi, ale jednak mocno przeszkadzającymi zaklęciami. Geddon starał się dowodzić tak, jak potrafił najlepiej, choć cało starcie szło jak po grudzie, mimo że do tej pory nie mieli żadnego zgonu. Dagor oczywiście z początku opierał się temu, że będzie służył pod swym naturalnym wrogiem, lecz okazał się rozsądniejszym niż wyglądał i po perswazji ugiął się. Kapłan zarządził, że strategicznymi miejscami na wypoczynek i ukrywanie się będą zniszczone kolumny – na własnym przykładzie dostrzegł ich wytrzymałość, gdy ukrył się przed zaklęciem paraliżującym za jedną z nich.
- Nie dajcie się oskrzydlić! – wrzasnął, w tej samej chwili spopielając czarem jednego z ożywieńców. Gdzieś w oddali słyszał bojowe wrzaski rozłupującego czaszki Dagora. Mieszkaniec Północy był, obok kapłana, tym, który wiązał walką wręcz nieumarłych. Podczas starć utarł się pewien schemat. Zazwyczaj wyłaniało się dwóch lub trzech, w ostateczności czterech szkieletów-piechurów, chwilę po nich mag wspomagający. Mniej więcej po rozwaleniu wszystkich rozpoczynała się kolejna „seria”. Dwóch wojowników straciłoby zapewne siły i manę po dwóch, może trzech, gdyby nie dodatkowe wsparcie dystansowe ze strony Sebastiana i Tenera – małe bo małe, w końcu żaden z nich nawet nie uczęszczał do jakichkolwiek uczelni związanych ze sztuką magiczną (profesor co prawda miał kiedyś seminarium związane z magią wsparcia i podstawowej prewencji, ale to było dość dawno temu, a i też owe kursy miały ograniczony zakres). Jednakże po pierwsze byli znakomitym czynnikiem destabilizującym i bez tego bardzo chaotyczne szarże napastników, a po drugie dzięki kolejnemu z wielu podczas tamtej wyprawy zbiegów okoliczności każdy z nich miał zupełnie inną specjalizację, które razem działały wprost świetnie. Tener rzucał swoje kompletnie ignoranckie kombinacje zaklęć niszczących, mających zupełnie losowy wpływ na przeciwników (na przykład co jakiś czas zdarzało mu się kogoś oślepić, kiedy indziej urywał kończyny), zaś Sebastian rzucał głównie czarami wzmacniającymi czy aurami tymczasowej ochrony, a od czasu do czasu używał czegoś ofensywnego o klasie Zamieci, uruchomionej podczas walki z pierwszymi szkieletami. Jeszcze do niedawna rozluźniająca swą kojącą atmosferą zagwieżdżonej, cichej nocy komnata zmieniła się w wielkie pobojowisko, pełne upiornych jęków, wykrzykiwanych zaklęć oraz wrzasków bojowych, a wszystko to przy akompaniamencie łamanych kości. Specyficzne sklepienie przyczyniało się jeszcze do zwiększania rozbłysków idących za rzucanymi inkantacjami, co przywodziło na myśl kolorową burzę z piorunami. Po jakimś czasie Geddon usłyszał zza kolumny głos profesora, informujący wszystkich o tym, że powoli kończy mu się mana. Kapłan zorientował się, że jemu samemu niewiele już zostało. Jako jedyny bowiem musiał być mobilny zarówno w starciach wręcz, jak i we wspieraniu zaklęciami, gdyż były one i tak najmocniejsze z całej drużyny. Gdy już zastanawiał się nad wariantami strategicznego odwrotu, kolejne monstrum zmaterializowało się w polu widzenia. Tym razem był to tylko jeden przeciwnik, co z pewnością uspokoiłoby Geddona, gdyby jego postura była nieco skromniejsza. Stał bowiem przed nimi gigantycznych rozmiarów potwór, który zdawał się być poskładany z co najmniej kilku zwłok, a przynajmniej tyczyło się to jego torsu. Kończyny musiały należeć do jakiegoś wielkiego zwierzęcia (nogi zdawały się być kiedyś kopytami), jedynie dłonie były podobne do ludzkich, z tą różnicą, że były o wiele większe, dzięki czemu mogły utrzymać dwie ogromne buławy. Jeżeli chodzi o głowę, to jej kształt dałoby się porównać chyba tylko z byczą (oczywiście była od niej znacznie większa). Okrągły kształt, wystające rogi, dym unoszący się miarowo z czegoś, co przypominało nozdrza. Szybko jednak wszyscy się przekonali, iż zwalistość i nieforemność bestii była jedynie pozorna – a konkretnie Dagor, na którego spadło pierwsze natarcie. Ciosy były tak potężne, a zarazem błyskawiczne, że gigant z Północy nie miał nawet kiedy pomyśleć o wyprowadzeniu jakiejkolwiek kontry, bo z najwyższym trudem odbijał spadające na niego trafienia. Największym problemem Dagora okazał się jego własny styl walki, opierający się na wykorzystaniu swego największego atutu – siły – przeciwko nierzadko lepszym technicznie wrogom. Kłopot w tym, iż ów decydujący plus nie miał żadnego znaczenia przeciwko adwersarzowi, będąc od niego dalece większy, wytrzymalszy i potężniejszy. W końcu Wolny Człowiek zmuszony był się wycofać, w innym przypadku w mig zostałby dosłownie zmasakrowany. W sporej części pomogły mu walone hurtem zaklęcia Tenera i profesora, które choć nie zdawały mu się wyrządzać absolutnie żadnej krzywdy, odwracały minimalnie uwagę.
- Tener! Sebastian! – wrzasnął na nich Geddon. – Skoncentrujcie swój ogień na pozostałościach ożywieńców, przeciw temu nic nie zdziałacie – po czym sam ruszył na nowego przeciwnika.
Nim kapłan wszedł w wir walki, przeklął się w duchu za to, że nie ma już many na czary mogące rozbić giganta w pył. Teraz musiał oszczędzać to, co mu pozostało. Wpierw zgrabnie uniknął dwóch pierwszych zamachnięć. Miejsca było sporo, więc mógł spokojnie nakreślić w głowie niewidzialną linię ogarniającą całą arenę ich zmagań, żeby tym sposobem mniej więcej wykoncypować swoje kolejne działania, tak jak planuje się posunięcia na szachownicy. Miał o tyle łatwiej, że ataki Kościeja miały dość prosty schemat, polegający na zadawaniu naprzemiennie kolejnych ciosów z góry na dół, od czasu do czasu jedna buława leciała z boku – widoczne były świadome próby wykonania jakichś kombinacji, lecz sam potwór poruszał się dość sztywno, jak gdyby za każdym ruchem obawiał się rozpadnięcia, co w pełni uzasadniało mało bogaty asortyment uderzeń. Geddon szybko wypracował sposób walki z przeciwnikiem i już wkrótce, dzięki swej szybkości oraz niemal perfekcyjnie opanowanej sztuce walki przy użyciu kostura i miecza, prowadził wroga tam, gdzie mu się podobało. Jego defensywa był perfekcyjna: blokował to, co mógł zablokować, a najcięższe trafienia, przy których istniało ryzyko co najmniej częściowego rozbrojenia zgrabnie unikał, przechodząc zaraz potem do płynnych kontr. Niestety, po pewnym czasie nieustanna wymiana ciosów stawała się coraz bardziej wyczerpująca, a na domiar złego mężczyzna miał wrażenie, że nie zbliżył się do zwycięstwa nawet o jeden krok. Już wielokrotnie któryś z jego oręży przebijał się przez obronę Kościeja, ciskając głucho w naturalny pancerz poczwary. Kapłan Bojowy wiedział, że jeśli trafi w odpowiednie łączenia pomiędzy kośćmi, będzie miał szansę zniszczyć jego konstrukcję. Zdawało się, że przeciwnik był w pełni tego świadom, bo jego ruchy, mimo że mało widowiskowe i mierne od strony czysto technicznej, pozwalały jedynie na nieszkodliwe rysowanie niezwykle odpornych kości (za każdym udanym trafieniem Geddon zachodził w głowę, jakim cudem jego varmirski miecz nie podziurawił jeszcze „tego czegoś” jak sito), na ciosy w potencjalnie wrażliwsze miejsca po prostu nie pozostawiał szans. Oczywiście był to kolejny czynnik, który jakoś zwiększał przewidywalność każdego ataku Kościeja, lecz kapłan szybko uświadomił sobie, że ma to znikome znaczenie. Niezależnie od tego, jak wielka wydaje się na razie przewaga optyczna po jego stronie (kurwa, pewnie dlatego żaden z tej cholernej trójki mi nie pomaga, tylko dobija tych sługusów, myślą, że mam zwycięstwo w kieszeni – pomyślał Geddon), ważny był jeden niezaprzeczalny fakt: Kościej nie odczuwał zmęczenia, jak przystało na automat, a zmagający się z nim wojownik – wręcz przeciwnie. Już czuł, jak mięśnie powoli zaczynają się buntować, przy każdym bloku jego dłoń trzymająca kostur dostawała coraz większych drgawek. Kapłan począł zataczać coraz większe koła, aby choć przez chwilę odetchnąć, czuł jednak, iż pomimo tego, że nienawidzi uciekać, będzie musiał tak uczynić albo zginie. Wystrzelił jeszcze parę najmocniejszych zaklęć, jakich mógł użyć przy aktualnie posiadanym poziomie many, bez rezultatu. Gdy jego siły były na coraz większym wyczerpaniu, pojawił się Dagor, najwyraźniej po uporaniu się już ze swoimi adwersarzami. Zbyt zajęte odbijaniem ciosów Geddona monstrum pozwoliło Wolnemu Człowiekowi zajść go od tyłu i uderzyć młotem w łączenie dwóch masywnych kości tworzące nogę. Kościej zachwiał się i ukląkł niezgrabnie na jedno kolano. Kapłan Bojowy nie zastanawiał się zbyt długo i niemal mechanicznie ruszył do natarcia. Z łatwością odbił kosturem desperackie uderzenie potwora, a następnie, wykorzystując impet swojego kontruderzenia, wykonał pełen obrót, by w finale sieknąć poziomym uderzeniem w miejsce, gdzie kościany olbrzym powinien mieć szyję. Rozległ się głośny trzask, po czym po posadzce potoczyła się głowa, a za nią padła reszta. Geddon odetchnął z ulgą i padł na kolana z wycieńczenia. Na moment wszystko na powrót ucichło, dynamiczne konstelacje rozbłysków po rzucanych inkantacjach zgasły i ponownie można było podziwiać aurę wielkiej komnaty. Nie trwało to długo, ponieważ w kilka chwil potem całe pomieszczenie zadrżało w posadach od przeszywającego gwizdu, którego następstwem był donośny męski okrzyk:
- Koniec przekazu na żywo!

« Ostatnia zmiana: Luty 10, 2014, 23:13:45 pm wysłana przez Dassanar »
P.A. 69%


-NAJLEPSZY LITERAT ŚWIĘTEGO PRZYMIERZA-


Dassanar

  • Wiadomości: 514
  • Swordmaster
Odp: Konkurs na Opis Wyprawy II
« Odpowiedź #9 dnia: Luty 10, 2014, 21:18:57 pm »
***

Nim ktokolwiek z zebranej czwórki ochłonął po bitwie i zdążył choćby zacząć się zastanawiać nad tym, co się dzieje wokół, błyskawicznie potoczyły się kolejne wydarzenia. Zaczęło się od wielkiego, niebieskiego płomienia, literalnie wyplutego z oderwanej od tułowia głowy Kościeja, a konkretniej – z pyska. Bezkształtna chmura zawisła nad oniemiałymi towarzyszami, po czym runęła wprost na Dagora. Potężny mężczyzna nawet nie zdążył krzyknąć. Płomień ogarnął go i już po kilku sekundach ponownie uniósł na kilka metrów w górę, pozostawiając czarne zwłoki, które na ich oczach się rozsypały na proch. Nikt nic nie mówił. Zaistniała okoliczność była tak bardzo szokująca i niespodziewana, że z głów pozostałej części drużyny na krótki czas wyparowała wszelka refleksja, ich jaźnie obciążone były owym absurdalnym momentem. Po przedłużających się kilkudziesięciu sekundach nemezis ponownie się poruszyło, lecąc tym razem w kierunku Sebastiana. Profesor nawet nie mrugnął, gdy płomień go pokrył – jak zaczarowany stał, dopóki ogarniające go zjawisko, nie ustąpiło, po raz drugi zostawiając za sobą rozpadające się ludzkie szczątki. Płomień znów uniósł się wyżej w powietrze, lecz tym razem rozprysł się w powietrzu. Ponownie zapadła grobowa cisza. Geddon lustrował to szczątki swych niedawnych towarzyszy niedoli, to na kompletnie spłoszonego Tenera (trudno się zresztą temu dziwić, Sebastian obrócił się w proch tuż obok niego). Już nie klęczał, gdyż w trakcie incydentu zmienił pozycję na siedzącą, sam nie wiedział kiedy. Nie wiedział także, ile czasu minęło – może godziny, a może zaledwie parę minut – trwał tak kompletnie wyzuty z wszelkiego abstrakcyjnego myślenia. Wycieńczony fizycznie, a potem jeszcze psychicznie. Później wspominał tamtą chwilę jako moment, w którym najbliżej w swym życiu był stanu niemyślenia o niczym. Bo owszem, jego umysł nie przestał pracować, ale znajdował się jakby na zewnątrz wszelkich pojęć, które kiedykolwiek sobie przyswoił, poza jakimkolwiek racjonalnym i irracjonalnym dyskursem. Nie dało się nawet powiedzieć, iż nic go nie obchodziło, ponieważ wszelka wartościująca refleksja była w pewnym sensie nieaktywna. Trwał tak w owym dziwnym i niełatwym do określenia stanie, aż przed nimi zmaterializował się człowiek. Nosił ciemne skórzane ubranie nieznanego Geddonowi pochodzenia. Widać było po szorstkim, solidnym materiale, iż prawdopodobnie zaprojektowano je z myślą o walce, musiało być jednak nowe, gdyż nie dało się w żaden sposób dostrzec na niej żadnych typowych dla takiej odzieży śladów. O wiele bardziej zagadkowe były za to długie aż do ramion, białe włosy mężczyzny, co w połączeniu z twarzą trzydziestolatka stanowiło osobliwy widok. Z początku nowa postać kompletnie ich ignorowała, mówiąc do czegoś i trzymając się palcem za ucho.
- Tak, tak, pamiętam o tym – mamrotał. – Tak, taak… nie! Czyś ty zgłupiał? I tak są wystarczająco zamotani, dlatego też do nich przylazłem w pojedynkę, kretynie. I bez takich, jeszcze nie awansowałeś na tyle wysoko, by mną pomiatać. Rozłączam się, mana mi się kończy, zresztą nasza dwójka chyba zaraz zacznie dochodzić do siebie.
Białowłosy otrzepał się, jakby odprawiał jakiś egzorcyzm, po czym spojrzał na towarzyszy. Geddon jako pierwszy otrząsnął się z odrętwienia i ruszył na przybysza.
- Ccco ssię dzieje? – mruczał pod nosem, z najwyższym trudem opanowując nerwy. Miał zamiar wyżyć się, wyładować swój gniew i niewysłowione emocje na dziwaku, który przeszkadzał mu w tamtej chwili niczym latająca koło nosa mucha. Wytarmosić, pobić, może złamać nogę… jak się napatoczy, tak dostanie. I wielce liczył na to, że będzie stawiać opór. Gdy jednak był już jakieś dwa metry od niego, zatrzymał się. Nie z własnej woli, lecz coś, jakaś niewidzialna siła go trzymała w ryzach. Czuł, że mógłby się cofnąć, ale ani kroku naprzód. Wytężył siły, ale jako że nie miał ich już zbyt wiele, szybko się spocił i nieomal stracił równowagę. 
- Nie kłopocz się – usłyszał niefrasobliwy głos. – To niewidzialna bariera ochronna. I tak ustawiłem na najmniejszą moc, ale jeżeli spróbujesz się dalej przebijać, będę zmuszony ją zwiększyć, a wtedy pewnikiem jej moc cię odrzuci. Radzę więc się uspokoić.
Geddon w końcu dał za wygraną (choć po prawdzie wpierw uczyniły to jego mięśnie) i spojrzał w oczy mężczyźnie.
- Kim jesteś? – spytał niepewnie Tener, do tej pory zupełnie nieprzeszkadzający nikomu. Dopiero co minął mu pierwszy szok i począł powolutku się zbliżać.
- Z pewnością nie macie pojęcia, co się tutaj w ogóle dzieje. – odparł spokojnie białowłosy. – Myślę więc, że rozsądnie będzie już na starcie zapewnić was, że nic wam się już nie stanie, przynajmniej w najbliższym czasie. I wybaczcie ten mój dziwny strój. Wiedzcie też, że mój prawdziwy wygląd również jest dalece odmienny. Po prostu z ostatniej sondy wynikło, że będzie on najpopularniejszy. Dobrze, że chociaż mogłem zrezygnować z tych dwóch głupich mieczy na plecach. Choć i tak „nosi” je moja podobizna na podniebnych propagandowych projekcjach… – westchnął.
Widząc miny Tenera i Geddona pokręcił głową i ciągnął dalej z nieco przepraszającym tonem.
- Ależ ja mącę! Po kolei, bo czas leci. Możecie mi mówić Angus. Co prawda oficjalnie nazywa się mnie imieniem postaci, którą odgrywam, ale incognito wolę używać bardziej swojskiego i mniej, hm, pozerskiego imienia. Tak więc do rzeczy: jak już wspominałem wcześniej, wyścig się zakończył, a wy wygraliście!
- Ale – Geddon sam już nie wiedział, co o tym wszystkim sądzić. – Przecież mieliśmy…
- Znaleźć artefakt dający możność poruszania się po różnych uniwersach, tak, to umieściliśmy w ogłoszeniu – przerwał mu Angus. – I zaprawdę, nie okłamaliśmy was zbyt mocno. Fakt, żaden artefakt nie istnieje. Ale możliwość podróży, a nierzadko wręcz zachodzącą jej konieczność, otrzymujecie.
- Co to znaczy? – bąknął Tener.
Angus zamyślił się chwilę.
- Cóż, myślę, że mamy trochę czasu – rzucił po krótkiej chwili, gdy zbierał myśli. – Postaram się w jak największym możliwym przekroju wyłożyć wam historię naszej krainy, którą poznacie ze szczegółami później, jeżeli będziecie chcieli – wziął głęboki wdech. – Wyobraźcie sobie wielki naród. Co ja mówię – multum narodów połączonych pod jednym sztandarem. Jednym słowem: hegemonię. Kilkadziesiąt lat temu, dzięki dokopaniu się do wielkich złóż specjalnych surowców, pozwalających na wytwarzanie niezliczonej ilości many mała górska prowincja w iście rekordowym czasie stała się nieprawdopodobną potęgą. A stało się tak oczywiście dzięki rzeczonemu odkryciu, bo dawało nam to praktycznie nieograniczone możliwości w używaniu magii na wszystkie znane sposoby.
- To musiały być jakieś specjalne złoża, bo zazwyczaj jedno źródło daje tylko jeden, dwa, góra trzy odmiany surowców – wciął się kapłan.
- Wiedziałem, że cię to zainteresuje, Geddonie – skinął mu głową Angus, po czym dodał. – I nie, nie pytajcie mnie, proszę, skąd znam wasze imiona. To chyba oczywiste, że wiemy o was wszystko. A więc jedziemy dalej, bo czas nas goni – spojrzał jeszcze przelotem na elegancką złotą klepsydrę zawieszoną na szyi. – Dobrze, tak więc owszem, była, a raczej jest to specjalna odmiana kryształów, będąca w stanie odtworzyć prawdopodobnie wszelkie możliwe wariacje. Prawdę mówiąc, do dziś tworzymy różne nowe podgrupy zaklęć. Ale nie zapuszczajmy się w ten temat, bo znowu mnie poniesie…
Coś zabrzęczało w uchu mężczyzny, więc przerwał na moment wykład, odrzucił nieco na bok kępkę białych włosów i gniewnie nacisną na ucho.
- Mówiłem przecież, żeby nie przeszkadzać! Mam deadline, do cholery! Nie, nie, nie – cokolwiek to jest, z pewnością będziemy w stanie się z tym uporać potem. A ja zresztą nie jestem z prewencji, więc sprawa demonicznych królików to nie moja działka, co mi tu wciskasz? No, cześć – i opuścił dłoń. – Przepraszam ponownie.
- Jak rozumiem, szybko też staliście się w waszym uniwersum czymś w rodzaju niepodzielnego imperium? – podłapał Geddon.
- Dokładnie. Nasz system opiera się na władzy Magokratów, jak ich nazwaliśmy. Niżej znajdują się różni urzędnicy, generałowie czy oficerowie, ale i tak nikt nie ma takiej władzy jak oni, ponieważ tamci mają we władaniu główne złoża, a tym samym magię samą sobie na podorędziu. Jak się pewnie domyślacie, to my odkryliśmy możliwość podróży po różnych wymiarach. Zaraz po pokonaniu i wchłonięciu wszystkich naszych wrogów zaczęliśmy przenosić się gdzie indziej i próbować naszych sił. Odnosiliśmy sukces za sukcesem, okazało się, że jak do tej pory żaden z dotychczasowych kilkudziesięciu różnorodnych światów nie był w stanie nas zatrzymać. Jasne, były jakieś bardziej zorganizowane i wysublimowane ruchy oporu – poprawił sobie czarną skórzaną kurtę. - …ale, mówiąc szczerze, byli co najwyżej niezłym sparingpartnerem dla naszych napędzanych magią wojsk.
- Zamierzacie nas podbić? – spytał ze strachem Tener.
Tym razem białowłosy Angus się roześmiał.
- Żartujesz sobie? Was? A co nam da przejechanie się po waszym marniutkim światku? Przecież same koszty przygotowania pokazowych rajdów na wasze śmieszne ziemie kosztowałoby więcej niż sama walka z wami. Bez przesady…
- Czemu więc tu jesteście – dopytywał się Kapłan Bojowy. – A przede wszystkim: czemu my tu jesteśmy?
- Cierpliwości, zmierzam właśnie do tego. No więc cóż, w pewnym momencie staliśmy się tak potężni, że podbój większości znanych uniwersów po prostu nie ma sensu ze względów czysto logistycznych. Wiecie, im więcej jest ziem, tym więcej mord napychających kabzę, magowie wojenni życzą sobie zaporowych cen za swoje usługi, nie wspominając już o tym, iż podbój wiąże się zazwyczaj z kolejnymi nowobogackimi frajerami, którzy wyczuli zysk, jakiego do niedawna nie byli sobie w stanie nawet wyobrazić. Postanowiliśmy więc mocno przystopować nasze ekspansywne zapędy.
Znowu ciche buczenie w uchu Angusa, tym razem mężczyzna z krzywym wyrazem twarzy naciska mocniej w okolice małżowiny usznej i dźwięk zanikł. Po chwili mówił dalej.
- No, ale nie ma rozwiązań idealnych – westchnął. – Zatrzymanie rajdów na inne uniwersa wiązało się z groźbą bezrobocia wielu potężnych, wyspecjalizowanych magów, co z kolei zawiesza bardzo niemiłą perspektywę wewnętrznych wojen. A wierzcie mi, taki bajzel mógłby w najgorszym razie tymczasowo podzielić państwo, o stratach nie wspominając. Powstała więc mnogość atrakcji dla obywateli, bo postanowiliśmy połączyć danie jakiejś posady naszym mocarzom, żeby wystarczyło im środków na manę  (bo przecież oprócz Loży Magokratów każdy ma tego ograniczoną ilość) ze skanalizowaniem coraz bardziej skłonnego do dekadencji wielokulturowego społeczeństwa. Walki gladiatorów, gigantyczne występy sceniczne, w których odgrywało się nieraz całe adaptacje książek, co tylko chcesz. No i wreszcie dochodzimy do sedna: inicjowanie walk o przetrwanie, wszystko na śmierć i życie. Rozgrywane pierwotnie w naszych prowincjach, potem zaczęliśmy przenosić się na coraz to kolejne obszary, każde kolejne bardziej egzotyczne.
- Zgaduję, że właśnie my znaleźliśmy się w jednej z takowych… rozgrywek – bardziej stwierdził niż zapytał Geddon.
- Oczywiście. Często lubimy wciągać w coś takiego niczego nieświadomych tubylców, mniej udawania i te sprawy. Wy akurat znajdujecie się w specjalnym pilocie, oglądanym tylko przez najważniejszych widzów, w głównej mierze wyselekcjonowanych z różnych reprezentatywnych środowisk.
- W czym?
- No wiesz, taki testowy program, bo nie wiedzieliśmy czy to się sprawdzi. Zwłaszcza biorąc pod uwagę to, że to nasze pierwsze doświadczenie w tak zamkniętych plenerach. Przykładem naszego nieobycia jest choćby niekoherencja poszczególnych zmieniających się komnat tego wielkiego budynku. Zawalili to nasi magowie-architekci. Dać im trochę swobody i już robią wszystko w cały świat, „bo tak jest bardziej twórczo”. W każdym razie decydują głosy ze specjalnie tworzonych sond popularności.
- I… jak idzie? – spytał Tener.
- Całkiem nieźle, choć oczywiście mamy jeszcze wiele pracy. Niektóre wydarzenia tutaj zostaną jeszcze dopieszczone przez specjalistów trudniących się magią iluzji, co by projekcja zyskała na atrakcyjności.
- Nie rozumiem, skoro macie jakichś magów iluzji, jak rozumiem całkiem dobrych, to czemu męczycie się z tym wszystkim, zanim zwyczajnie stworzyć, co wam się żywnie podoba i dać ludowi?
Angus pokręcił głową.
- Ta specjalizacja liczy sobie akurat największe wynagrodzenia, staramy się więc ograniczyć ich interwencje do minimum, a i tak wychodzą z tym na plus. Gdybyśmy zrobili to, co proponujesz, dawno zwinęlibyśmy interes.
- No dobrze – rzekł powoli kapłan. – Jak więc rozumiem, dostaliśmy najwięcej głosów. Co dalej?
- Jasna sprawa, że będziecie zatrudniani do następnych wydarzeń. Czasem zupełnie jawnie, innym razem wepchniemy was wśród nic niewiedzących uczestników. Możecie sobie całkiem nieźle pożyć, jeśli będziecie sprytni.
- Czyli nie ma już odwrotu?
- Nie bardzo. Wiecie o nas, a my raczej dbamy o względną anonimowość, czysta przezorność. Ale rozchmurzcie się – jak do tej pory sobie obaj radziliście. Trzymajcie tak dalej, a największe luksusy, przez jakie przebrnęliście, zdadzą wam się skrajną nędzą. Ja wam to mówię.
Hm, a czemu by nie? – pomyślał wreszcie Geddon. Przecież i tak miałem się jakoś stąd wydostać. Może nie tak to sobie wyobrażałem, ale trzeba się adaptować do danych warunków. Wystarczy tylko wytargować cenę kontraktu, czy jak oni nazywają naszą przyszłą umowę, trochę powęszyć i będę miał wszystko, może nawet władzę, w dalekiej przyszłości…
- A… nasi towarzysze. Co z nimi? – powoli zapytał zdający się wciąż miotać Tener.
Angus uśmiechnął się krzywo.
- Koledzy, to jest tak: obecnie nasze programy mają największą popularność w branży, ale konkurencja jest przeogromna. Gdybyśmy puszczali wszystkich kandydatów do roboty, którym się nie udało osiągnąć odpowiedniej liczby głosów, szybko podłapałby ich ktoś inny, i może nawet jakoś wykorzystał przeciw nam. Tak więc żelazna zasada: jak już się wpada do nas, to raczej się nie wraca – i widząc, że nie do końca go przekonał (kapłan z kolei mało na to zwracał uwagę, bo śmierć jego tymczasowych towarzyszy wstrząsnęła nim raczej przez zaskoczenie sytuacją aniżeli stratą kogoś znajomego) dodał. – Na pocieszenie powiem ci, że w porównaniu z innymi (tak, było więcej grup) wam szło zdecydowanie najlepiej. Do samego końca ważyły się głosy, czy nie oszczędzić was wszystkich, lecz wysondowano, że większe szanse na osiągnięcie optymalnego zysku mają dwie najlepsze osoby. Padło więc na was, jak się okazuje. Także ani ja, ani żaden z moich kolegów  nie przyczynił się do ich śmierci, tylko bolesna statystyka.
- Chwileczkę, czegoś tutaj nie rozumiem – wyrwał się z zamyślenia Geddon. – Na co wam to głupie podliczanie głosów, skoro w każdej chwili ktoś z nas mógł zginąć?
- Mój drogi, widzę, że mechanizmy naszej rzeczywistości nie są jeszcze do końca intuicyjne – Angus patrzył na niego, jak na małe dziecko, które pyta, czemu księżyc nie świeci w dzień. – Te pułapki, potwory, wszystko to jest przez nas w pełni kontrolowane, a konkretnie przez magów przywołania. Tak naprawdę większość scenariuszy sami piszemy, zanim coś się wydarzy. Owszem, co jakiś czas zdarza się inwencja, ale staramy się raczej wierzyć naszym magicznym słupkom popularności, wtedy ludzie są zadowoleni. Mamy nawet bardzo dokładne czujniki, co najbardziej mogłoby zaskoczyć widzów, aby nie odczuwali znużenia programem.
Białowłosy koordynator spojrzał ponownie na klepsydrę.
- Dobra, na nas już czas. Musimy teleportować się do miejsca, gdzie dostaniecie legalne papiery obywateli, potem powinny już wyświetlić się sondy określające wasz potencjał, czy lepiej będzie zabrać gdzieś was dwóch razem, czy osobno.
Nie pozwalając się już dłużej namyślać ani Tenerowi, ani Geddonowi, Angus zniknął wraz z nimi, zostawiając za sobą pobojowisko.
KONIEC
« Ostatnia zmiana: Luty 10, 2014, 23:24:17 pm wysłana przez Dassanar »
P.A. 69%


-NAJLEPSZY LITERAT ŚWIĘTEGO PRZYMIERZA-


Fenrir

  • Wiadomości: 890
Odp: Konkurs na Opis Wyprawy II
« Odpowiedź #10 dnia: Luty 10, 2014, 21:19:30 pm »
Feldan siedział w swojej ulubionej Tretogorskiej karczmie ''Pod bobrzym kołpakiem'' popijając leniwie piwo ze swoim kompanem Grinem. Gospoda ta może nie była najlepsza ani najtańsza. Utrzymywała równowagę między jakością,a ceną. Do tego obsługa w postaci żeńskiej była wcale ładna i czasami udawało się pójść z którąś do pokoju.   
 - Grin - zawołał cicho Feldan.
 - Co? - spytał gnom. Grin jak przystało na gnoma nosił bokobrody i krotko przystrzyżone włosy.     
 - Zakapturzony facet przy ścianie.
 - Widzę. Gapi się na nas od jakiegoś czasu. Pewnie czegoś chce.
 - Tez tak myślę. Podejdźmy do niego.
  Gdy wstali zakapturzona postać zrobiła to samo i zaczęła iść w kierunku Feldana omijając stoły i poprzewracane krzesła.
 - Oho – mruknął Grin. 
 - Witam panów – przywitał ich nieznajomy – Raczy pan jeszcze trochę zostać, chciałbym porozmawiać.
 - Dobrze, usiądźmy zatem.
  Wszyscy troje ruszyli ku dopiero co opuszczonemu stołowi.
 - Wolałbym w cztery oczy.
 - Nie mam tajemnic przed moimi kompanami.
 - Ale ja owszem.
 - Jeżeli masz do mnie sprawę to albo chcesz mnie zabić albo nająć mnie i moich najemników, a tak się składa, ze pan Grin jest jednym z moich najbardziej zaufanych ludzi.
 - Ehh... Dobrze niech wam będzie. Ma pan racje – rzekł po chwili przerwy – Chce pana nająć.
 - Zanim rozważę ofertę zwykłem dowiadywać się kim jest mój potencjalny zleceniodawca.
 - Ach tak, nie przedstawiłem się. Nazywam się Azgor z Cidaris – mężczyzna zdjął kaptur odsłaniając swoją twarz.
    Grin domyślił się kim jest Azgor zaraz po tym jak ten się odezwał teraz był tego pewien. Fryzura, ostre i surowe rysy twarzy, dumna mina jaką przybrał i sposób w jaki unosił podbródek wskazywał na jedno. Był czarodziejem. 
 - Pewnie już pan to wie skoro pan tu jest, ale z grzeczności przedstawię siebie i mojego
przyjaciela. Nazywam się Feldan, a ten zacny gnom ma na imię Grin – gnom skinął głową do czarodzieja – Skoro część grzecznościową mamy już za sobą to pora na interesy – kontynuował człowiek – Z czym dokładnie przychodzisz?
 - Musze coś dla mnie odnaleźć, pewien artefakt i z pewnych powodów nie mogę zrobić tego osobiście więc potrzebuje pańskich... ludzi za przeproszeniem.
  Przywódca najemników uśmiechną się mimowolnie. Konsternacja Azgora polegała na tym, że najemnicy Feldana nie byli zwyczajną grupą. Inni kondotierzy zatrudniali tylko przedstawicieli swojej rasy, ale Feldan wiedział, że trudno będzie o lepszego złodzieja niż Grin, nie znajdzie się łatwo tak dobrego wojownika jak jeden z mieszkańców Mahakamu. W oddziale Feldana znajdowali się głownie nieludzie.
 - Niech pan opowie nam szczegóły, a w tym czasie pan Grin zajmie się wyceną usługi.
 - Dobrze. Otóż jak już powiedziałem poszukuje pewnego artefaktu który zaginał na północy Gór Sinych. Według nas w pobliżu źródła Kuiny znajdują się prastare ruiny i właśnie tam powinien być artefakt. Jeszcze jedno, wyprawa ta ma być tajna, nikt nie może wiedzieć gdzie i po co idziecie.
 - Ile to będzie kosztować Grin?   
 - Hmm... Dość daleko, po tajnemu, w nieznajomy teren i po coś o czym nie mamy pojęcia... to będzie... Ilu ludzi weźmiemy?
 - Myślę, ze razem będzie nas pięcioro.
 - Pięcioro... to będzie piec tysięcy Novigradzkich Koron plus zaliczka... jakieś dwa tysiące plus pokrycie kosztów dwa tysiące.
 - Stać was na to? - spytał Feldan.
 - Kapitułę stać na wiele, również na to.
 - Wiec to na zlecenie Kapituły Czarodziejów? To będzie plus tysiąc za dodatkowe ryzyko.
 - Niech będzie. Artefakt chce mieć jak najszybciej, będę na was w karczmie ''Za kotłem'' w Novigradzie, a zaliczkę mogę dać teraz jeżeli chcecie.
 - Naturalnie, że chcemy – odpowiedział szybko Grin.
  Czarownik wyjął z zanadrza płaszcza pękaty mieszek podzwaniający monetami i podał go gnomowi. Grin zajrzał do środka, zważył worek w dolni po czym kiwnął głową w kierunku Feldana na znak, że wszystko w porządku.
 - Grin! Idź po Diltrama i Młodego ja pójdę po Draze i spotkajmy się przy północnej bramie. Wyruszamy jeszcze dzisiaj! - rozkazał człowiek.
 - Robi się szefie – powiedział gnom wychodząc.


       ***
 Feldan nie musiał długo szukać, spotkał Draze na drodze z burdelu do jego pracowni.
 - Mamy robotę to wykonania – oznajmił dowódca zaraz po przywitaniu się.
 - Domyślam się. Inaczej być mnie nie szukał z takim zapałem – odpowiedział mężczyzna.
 Draza był jeszcze jednym powodem przez którego grupa Feldana różniła się od pozostałych. Draza był czarodziejem. Co prawda teraz patrząc na niego nikt by tego nie przyznał, gdyż czarodzieje obnosza się z bogactwem i duma, a Draza wyglądał jak zwykły pijak. Czarodzieja wyrzucono na ostatnim roku z Akademii w Ban Ard za rozpustę i uprawianie geodecji.
  Idąc przez ulice Tretogoru gdzie Feldan opowiedział Drazie o szczegółach zlecenia. zahaczyli o mieszkanie czarodzieja , jeżeli zagraconą i śmierdzącą kanciapę, która nie zawaliła się tylko dzięki kilku czarom można nazwać mieszkaniem.
 - Nie rozumiem – powiedział Feldan – Zarabiamy dość duże pieniądze, a ty nadal mieszkasz tutaj. Da się tak szybko roztrwonić  pieniądze?
 - Uwierz mi da się – Mruknął Draza zbierając ekwipunek.
  Gdy bohaterowie skompletowali swój ekwipunek  ruszyli do bramy gdzie napotkali już Grina z resztą drużyny.
 - Witaj Diltram! - przywitał się mężczyzna
 - Witaj – powiedział barczysty krasnolud z brodą sięgającą do klatki piersiowej, toporem przy pasie, dużą kuszą i tarczą na plecach.
 - Witaj szefie – odezwał się drugi z towarzyszących Grinowi osobników. Młody, dobrze zbudowany chłopak z krótkim mieczem i długim łukiem na plecach.
 - Witaj Młody.
 Feldan cenił tego chłopaka, który przede wszystkim był znakomitym strzelcem, nawet większość elfów w bandzie nie potrafiła mu dorównać.
 - Na koń! W ciągu trzech dni musimy być w Blaviken, a stamtąd popłyniemy Buina, aż do Gór Sinych.


***
 - Nie podoba mi się to – mruknął Grin siedząc przy trzaskającym ogniu.
 - Co konkretnie? - spytał Feldan.
 - Cala ta wyprawa. Nie chciałem dawać znać przy tym czarodzieju ani przy reszcie.
 - Bez przesady, Kapituła nie taka straszna jak ja malują.
 - Wiem, ale i tak coś mi tu śmierdzi.


***
 - Oto mamy przed sobą Blaviken, miasto jak miasto tyle, że portowe – oznajmił Grin widząc pierwsze zabudowanie miasta.
 - Czyli śmierdzi w nim gorzej niż w innych – powiedział Diltram.
 - Będzie jeszcze większy, gdy ty i Draza tam wiedziecie – rzekł Młody zwracając się do krasnoluda.
 - Cięty język to ty masz, ale zobaczymy na ile się on przyda w boju.
 - Gdy ty...
 - Spokój! – nakazał Feldan – Dojeżdżamy. Grin, ty pójdziesz załatwić jakiś statek na jutro rano!
 - Gdzie będziecie czekać?
 - Ty byleś w tym mieście, zaproponuj coś.
 - To może karczma ''Czerwony Kogut''?
 - Jeżeli piwo podają tam dobre to jak najbardziej – odezwał się Diltram.
 - Eh...  - westchnął człowiek – Może być, a jeżeli z jakiegoś powodu ten przybytek już nie istnieje to spotkamy się przy bramie.
 - Oho! Jesteśmy na miejscu.
  Blaviken prezentowało się tak jak zwykle prezentują się małe, portowe miasteczka czyli z jednej strony bogato, bo żyli tam kupcy zajmujący się handlem wodnym, a z drugiej podle gdzie mieszkali pracownicy portu. Był tez oczywiście rynek na którym na co dzień walał się gnój, ale w dni targowe błyszczał czystością.
  Karczma która odwiedzili idealnie odwzorowywała miasto, z jednej strony ludzie upijali się na umór tanim piwem po ciężkim dniu w pracy, a z drugiej strony upijano się wiele droższym winem.         
 - Jutro o świcie spotykamy się przy statku, trzeźwi! Zrozumiano?
 - Ta jest, szefie.


                                                   ***                                                   
  Feldan wspiął się po stromych schodach karczmy i rozejrzał przypominając sobie gdzie jest jego pokój.  Podszedł do drzwi, włożył klucz do zamka i spróbował go otworzyć jednak jego próby przekręcenia klucza na nic się nie zdały.
 - Co jest? - burknął i szarpnął klamką. Drzwi niespodziewanie ustąpiły.
‐ Co jest? - pomyślał – Jestem pewien, że zamykałem drzwi zaraz po przyjeździe – położył rękę na rękojeści miecza.
 Wszedł do środka i w ostatniej chwili zauważył postać wyskakującą zza drzwi, uskoczył i ciął mieczem jednak przeciwnik zrobił zręczny unik i sam wyprowadził cios sztyletem. Feldan odsunął się uderzając plecami o ścianę swojej izby. Napastnik ciął raz jeszcze celując w gardło przeciwnika, ale Feldan zręcznie sparował uderzenie i skontrował. Jednak napastnik nie odstępował od mężczyzny pod względem umiejętności i wykonał unik w kierunku drzwi co po prawdzie okazało się nie zbyt dobrym pomysłem, bo pojawił się tam krasnolud z toporem w reku. Zabójca natychmiast wrócił do pokoju, rzucił w Feldana świecznikiem stojącym na stoliku i dal susa przez okno. Feldan natychmiast do niego podbiegł i wychylił się przez parapet widząc napastnika znikającego wśród zaułków.
 - Cholera –  zaklął – Uciekł, psi syn.
 - Wiesz kto to był? - spytał Diltram.
 - Nie, ale na pewno nie był to zwykły złodziej.
 - Widziałem, inaczej bym nie był potrzebny.
 - Takim się dużo płaci, co nie?
 - Całkiem sporo.
 - Zbieramy się, Diltram, nie będę czekał, aż ten człowiek wróci.
 - Tak jest, szefie. Idę obudzić resztę.
  Szli pospiesznie przez ciemne ulice Blavinken. Całą   grupą  zmierzali ku portowi prowadzeni przez Grina.
 - Po ci się tak spieszymy? Mieliśmy wyruszyć rano – marudził Draza.
 - Ktoś nie sprzyjający naszej sprawie wie, ze tu jesteśmy, próbował mnie zabić.
 - Tak?
 - Przyspieszmy! Coś mi się tu nie podoba.
 Po chwili drużyna była już w porcie. Znajdowało się tam zadziwiająco dużo statków. Od małych, rybackich ketów przez szkunery po duże brygi które z racji tego, że osada znajdowała się blisko ujścia rzeki Kuiny mogły tam wpłynąć.
 - Co tego tak dużo? - spytał Młody.
 - Jutro targ, jeden z tych dużych. Kupcy ściągają z okolicy – Odpowiedział Grin- O! Jest i nasz statek.
  Dwu masztowy szkuner prezentował się wcale ładnie wśród innych statków. Miał sto czterdzieści cztery stopy długości, dwadzieścia dwie szerokości, a maszty sięgały prawie stu. Na dziobie widniał krzywy napis ''Brigitta''
 - No, no niezły stateczek – powiedział Draza – Stać nas na taki?   
 - Oczywiście, że nie – odpowiedział gnom – Wypożyczyłem usługi pewnego kapitana.
 - A gdzie on jest?
 - Powinien czekać nas statku tak jak mu kazałem.
 
 Podeszli do żaglowca, po czym Grin chwycił kamień i rzucił w kierunku kajuty. Po sporym huku odpowiedziała mu cisza. Gnom rzucił po raz drugi. Tym razem po chwili zza burty wyłonił się człowiek o wyglądzie tępaka.
 - Kto tam? - spytał człowiek.
 - Pan Grin – odpowiedział gnom – Opuszczaj trap i wołaj swojego kapitana!
 - Aaa to pan.
 Po chwili hałasu i klątw trap opadł na ląd.
  Kapitan stał już na pokładzie.     
       -Co tak wcześnie? – spytał przecierając twarz ręką.
‐ Mamy mały kłopot – odpowiedział szybko gnom – Więc pospiesz się! Wydaje mi się, że nas śledzili.
‐ Kto?
‐ Nie twój interes! Wypływaj wreszcie!
‐ Tak jest!
‐ Dobry jest w tym co robi? - spytal Feldan gdy kapitan odszedł.
‐ Dobrze o nim mówią. Nazywa się Herik. 
‐  Na pokładzie zakotłowało się. Krzyki marynarzy i rozkazy kapitana było słychać w całym o tej porze cichym porcie. Po paru chwilach statek był gotowy do drogi i zaczął wypływać. Jednak zaraz potem z jeszcze większym hałasem niż ten który zrobiła załoga statku do portu wpadła grupa strażników licząca sobie około piętnastu ludzi. Osoba wyglądająca na dowódce krzycząc, wskazała w stronę okrętu.
‐ Ścigają was strażnicy? - spytał kapitan ze strachem.
‐ Na to wygląda – odpowiedział Feldan.
‐ Nie chce być zamieszany w żadne brudne sprawy!
‐  Feldan podszedł do niego i chwycił za kubrak obiema dłońmi.
‐ Ty już jesteś zamieszany Herik! Jeżeli będziesz chciał zawrócić to, albo powieszę Cie ja, albo oni.
‐ Ta-tak jest!
‐ No! - kondotier puścił marynarza – To wypływaj czym prędzej!
‐ Cholera! Maja kusze! - krzyknął Młody patrząc przez burtę.
‐ Osłaniać statek! - rozkazał swoim ludziom Feldan. - Ty – zwrócił się do kapitana – Czego tu jeszcze stoisz?
‐   Strażnicy już ponaciągali swoje kusze i dowódca miał już wydać rozkaz do strzału, ale nagle jego głowę przeszyła strzała, nie trwało to długo, a następny kusznik leżał na ziemi z bełtem sterczącym z piersi. Jeden z nich zaczął uciekać w poszukiwaniu osłony, gdy następnych dwóch ludzi ludzi padło cały oddział rozpierzchnął się po porcie.
‐ Mamy chwile zanim wylezą zza osłon i zaczną strzelać – powiedział Młody wyjmując kolejną strzałę.
‐ Nieźle uciekali – zaśmiał się Diltram – Kto, by nie ociekał przed moją kuszą?
‐ Dobrze – skomentował Feldan – W końcu wypływamy z portu.
‐ Kapitanie! - zawołał po chwili.
‐ Tak?
‐ Jak myślisz ile im zajmie wyprawienie statku do pościgu? 
‐ Pewnie długo albo w ogóle, bo Blaviken nie ma nawet własnego statku, więc będą musieli jakiś zarekwirować. Gdy wyrusza powinniśmy być już daleko za Vinmarem.


‐ ***   

‐   Rano pogoda była idealna na wyprawę rzeką. Słońce przygrzewało, a jednocześnie sprzyjający wiatr wiał w żagle. Lecz, gdy i się popołudnie wszystko wokół zaczęła ogarniać mgła.
‐ Niech to, a zapowiadał się ładny dzień – mruknął kapitan – Jak to cholerstwo jeszcze bardziej zgęstnieje będziemy musieli zwolnić – zadeklarował.
‐   Feldan przeszedł na dziób rozglądając się, gdy podszedł do niego Draza.
‐ Szefie – powiedział czarodziej.
‐ Co?
‐ Ta mgła nie jest normalna.
‐ Widzę Draza. Powiedz mi coś więcej.
‐ Jest wywołana magicznie. Mag, który ja wyczarował najprawdopodobniej znajduje się za nami.
‐ Ścigają nas?
‐ Najwyraźniej.
‐ Kto do cholery się na nas uwziął?
‐ Nie wiem, ale bardzo mu zależny skoro zatrudnia magów.
‐ Już prawie nic nie widać. Możesz coś z tym zrobić? 
‐ Próbowałem, ale to jak odśnieżać podczas śnieżycy.
‐ Panie! - zawołał Herik podbiegając.
‐ Słucham.
‐ Nie możemy dalej płynąć. Musimy poczekać, aż mgła opadnie.
‐ Niech to szlag! Draza możesz oczyścić pole widzenia?
‐ Trochę.
‐ To do roboty, musimy płynąc dalej. 
‐   Widoczność się poprawiła, ale statek i tak musiał płynąć powoli żeby nie rozbić się o brzeg ani nie utknąć na mieliźnie. Po dwóch godzinach mgła zaczęła się przerzedzać, jednak nie zobaczyli tylko zarośniętych trzciną brzegów. Od tylu zbliżał się do nich szkuner trochę większy od ich własnego, ale poruszał się nienormalnie szybko.
‐ Na rufę, już! - rozkazał Feldan, gdy tylko zauważył statek – To pewnie Ci od mgły. Draza możesz ich jakoś spowolnić albo najlepiej zatopić?
‐  Czarodziej stal z napiętą, czerwona z wysiłku twarzą i co jakiś czas szeptał zaklęcia.
‐ Nie mogę – odpowiedział z wysiłkiem – Próbuje nie dopuścić, by tamten czarownik nie zatopił nas.
‐  Herik też wydawał nerwowe rozkazy. Jego ludzie sięgnęli po kusze i ustawili się w kierunku niebezpieczeństwa. Pierwsze strzały padły od strony nieprzyjaciela wbijając się w burty, pokład i przebijając dwóch majtków
‐ Strzelać! - krzyknął kondotier.
‐  Belty marynarzy i Diltrama pomknęły w przeciwników kotłujących się na wrogim statku, zaraz potem kilka strzał z łuku Młodego przeszyło przeciwników. Było ich znacznie więcej co dawało im lepszy cel. Mimo tego, że załoga ''Brigitty'' wygrywała w starciu na bron dystansowa to wraży okręt był coraz bliżej. 
‐ Nie uciekniemy! – krzyknął kapitan ze strachem w oczach – Oni są za szybcy!
‐ Cholera – przeklął Feldan – Mijają nas z bakburty!
‐  Statki zrównały na co obie strony odpowiedziały krzycząc i wystrzeliwując bełty. Po chwili na ''Brigitte'' opadł trap wbijając haki głęboko w drewno statku.
‐ Na trap! - krzyknął dowódca najemników – Diltram z przodu z tarcza! Nie mogą wejść na okręt, bo będzie po nas.
‐  Diltram stal twardo blokując tarcza wszelkie uderzenia i odwzajemniając się straszliwymi cięciami topora, które, jednak niewiele dawały. Zaraz obok niego walczył Feldan, tnąc i blokując, wyprowadzał sztychy i kontry, lecz i jego ciosy zdawały się spływać po przeciwnikach. Za nimi pojedyncze ciosy wyprowadzała reszta drużyny z takim samym skutkiem. Tylko Draza kucał z i mamrotał zaklęcia przy burcie.
‐  Przeciwnicy napierali coraz mocniej i zaczęli spychać załogę z powrotem na ''Brigitte'', lecz wtem coś ustąpiło i wrogowie jakby osłabli.
‐ Udało mi się go złamać! - zakrzyknął czarodziej wstając – Odsuńcie się!
‐ Odwrót! - rozkazał kondotier, widząc do czego szykuje się mag – Na boki!
‐  Draza machnął rekami, wykrzyczał zaklęcie i wystrzelił ogromną fale energii w zgromadzonych na trapie nieprzyjaciół. Część zginęła na miejscu, część powpadała do wody lub uderzyła o statek.
‐ Teraz! Na nich! Tylko zostawić przy życiu czarodzieja o ile to możliwe!
‐  Rozpoczęła się rzeź ogłuszonych i zdezorientowanych wrogów. Feldan zauważył zakapturzoną postać znacznie różniąca się o innych.
‐ Mam cie magiku – powiedział do siebie.
‐  Podbiegł do niego z zamiarem obezwładnienia, ale, gdy się zbliżył, człowiek upadł na kolana, a później na twarz plując krwią.
‐ Cholera!
‐ Co jest? - obok niego stal Draza.
‐ Chciałem go przesłuchać – warknął – Widzę, że walka się skończyła.
‐ Wybiliśmy ich do nogi
‐ Dlaczego on umarł?
‐ Pewnie próbował rzucić zaklęcie, a po tym jak go złamałem nie jest to najlepszym pomysłem – czarodziej przykucnął i odwrócił ciało na plecy – Nie możliwe.
‐ Co jest niemożliwe?   
‐ To Fercart! Fercart z Cidaris!
‐ Ten z Rady Czarodziejów?
‐ Ten sam!   
‐ Czyżby zdradził?
‐ Nie wiem.

‐ ***
‐   
‐   Trzy dni żeglugi później rzeka zaczęła się zwężać co oznaczało, że statek zbliża się do źródła.
‐  Kapitan stanął przy Feldanie, który siedział na zwiniętej linie i palił fajkę.
‐ Dalej nie popłyniemy – powiedział – Tam zaczyna się płycizna.
‐ Dobrze. Dalej pójdziemy pieszo. Grin!
‐ Tak, szefie? - gnom migiem pojawił się przy nich.
‐ Zapłać panu Herikowi resztę i daj rozkaz do wymarszu!
‐ Robi się, szefie.


***     

‐   Po kilku godzinach marszu wedle wskazówek podanych im przez Azgora zobaczyli dymy unoszące się nad drzewami.
‐ Co jest? - spytał Grin -  Tu nie powinno nikogo być.
‐ Zachować ostrożność i sprawdzić kto rozpalił ogień!
‐ Tak jest.
‐  Szli gęsiego, starając się być jak najciszej się dało. Gdy byli już blisko dymu zaczęli się czołgać. Grin wskazał na zarośnięte wzgórze i dróżyna udała się w tamtym kierunku. Ze wzgórza okazało się, że ogniska są rozpalone w dolince w której znajdowały się ruiny i wielki namiot. Wokół ognisk kręciła się grupa żołnierzy licząca sobie około piętnastu. Przy ruinach znajdowało się cinajmniej pięciu, a przy namiocie wartę pełniło dwóch.
‐ Razem dzudziestu dwóch – powiedział szeptem Grin.
‐ Czy to nie to miejsce w ktorym mial być ten artefakt? - spytał dowódca.
‐ Wszystko oprucz ognisk, ludzi i namiotóz pasuje do opisu.
‐ No wlaśnie. Kto jest w namiocie?
‐ Cii. Zaraz się dowiemy.
‐  Z namiotu krzycząc i gestykulując wyszedł młodo wyglądający mężczyzna, był ubrany bogato i pstrokato. Zaraz za nim wyskoczyła jeszcze bardziej rozkrzyczana kobieta, odziana po szyje z czarną, bogato zdobioną suknie.
‐ No to mamy kłopoty – poziedział Draza.
‐ Poznajesz ich?
‐ Oczywiście, że tak. Ten mężczyzna to Carduin z Lan Exeter, członek rady, a ta kobieta to Sheala de Tancarville, jedna z najbardziej wpływowych czarodziejek.
‐ O co tu chodzi? Przecież to Kapituła nas wynajęła – odezwał się Diltram.
‐ Obawam się, że wcale nie.
‐ To znaczy?
‐ To znaczy, że Azgor nas oszukał. Sam chce zdobyć to coś.
‐ A skoro jest tu Carduin i Sheala – powiedział Draza.
‐ Jeszcze ten cały Fercant ze statku – uzupełnił Feldan
‐ To – kontynuował czarodziej – To znaczy, że to coś bardzo ważnego, dzięki czemu, być może będzie miał w szachu Kapitułę.
‐ To przerywamy misję? - spytał Młody?
‐ Oczywiście, że nie – odpowiedział Feldan – Mimo, że Azgor okłamał nas co do tego, że robimy to na zlecenie Kapituły to nadal jest to zlecenie, które trzeba wykonać.
‐ Więc jak się do tego zabierzemy?
‐ Najpierw trzeba zlokalizować artefakt. Nie wiemy nawet co to jest więc trzena będzie się uważnie rozglądać.
‐ Ekhem... - chrząknął Daraza.
‐ Co?
‐ Chyba to znalazłem.
‐ Tak szybko?
‐ Nie było to trudne. W namiocie jest przedmiot, który bardzo mocno emanuje magią. To musi być to.
‐ Zatem trzeba dostać się do namiotu?
‐ Najwyraźniej.
‐ Przeprowadzimy dywersje. Młody i Diltram przekradnijcie się na drugą strone obozu, jak doliczysz do trzystu zacznijcie ich ostrzeliwać. Ty Draza wystrzelisz parę ognistych kul aby zasiać panikę i w ostateczności zajmiesz się tymi kłócącymi się czarodziejami. Ja z Grinem z tym czasie przebijemy się do namiotu i zwiniemy artefakt. Gdy Draza wystrzeli w niebo zielony ogień zmywamy się do tej jaskini, którą kazałem wam sprawdzić po drodze. Z tamtąd Draza teleportuje nas w jedno z Bezpiecznych Miejsc Zrozumiano?
‐ Założę na was jeszcze pole anty-telepatyczne, żeby ci magicy nie mogli was wykryć – zaproponował czarodziej.
‐ Dobrze.
‐  Feldan i Grin czekali na atak przycupnięci w zaroślach.
‐ Jak to przeżyjemy to obłowimy się jak świnie – powiedział cicho gnom.
‐ Oby.
‐  W tym samym czasie dwóch ze strażnikoż patrolujących ruiny padło jeden po drugim. Zanim pozostali trzej zdołali cokolwiek przedsięwziąć z wielkim chukiem uderzyła w nich kula ognia. Reszta siedząca przy ogniskach natychmiast zerwała się na nogi, lecz i tam spadł ogień i pociski zabijając czterech ludzi. Sheala pobiegła z kierunku ruin próbując zorientować się co się dzieje. Carduin został przy namiocie rozglądając się na wszystkie strony i próbując zeskanować otoczenie.
‐ Draza będziesz potrzebny do tego patafiana! Idziemy!
‐  Wyskoczyli z zarośli na zaskoczonych wrogów. Feldan ciął jednego na odlew rozpłatując mu twarz, gnom pchnął drugiego w brzuch po czym porawił dwa razy. Czarodziej-renegat wystrzelił piorun kulisty w Carduina, który w ostatniej chzili ich zauzażył i odbił czar, sam kontrując nastepmym. Daraza zasłonil całą trojkę magiczną tarczą i wykrzyczał zaklęcie wykonując skomplikowane gesty. Z jego dłoni wyrzuciły, które członek Rady zdołał z trudnością zablokować, lecz następnego ataku już się nie spodziewał. W jego brzuch wbił się mały bełt, popatrzał na niego jakby nie dozierzając, po czym uniusł głowę zauważając gnoma chowającego kuszę ręczną pod płaszcz, mężczyzne z mieczem i tarczą i czarodzieją strzelającego ku niemu piorunem kulistym, potem nie widział już nic.
‐ Nie żyje? - spytał Feldan przecierając oczy.
‐ Na to wygląda odpowiedział mu czarodziej.
‐  Dwóch pozostałych w tym miejscu strażników, którzy dotychczas patrzeli w osłupiniu na walkę ruszyło na nich z halabardami w rękach. Grin i Feldan nie czekali na nich, ruszyli szturmem. Grin wykonał zręczny unik po bronią przeciwnika i w mig znalazł się przy nim wbijając mu sztylet pod żebra. Feldan sparował uderzenie halabardy tarczą, przekręcił ją dzięki czemu broń ześlizgęła się wzdłurz niej dając Feldanowi czas na wykonanie udanego sztychu.
‐ Grin i Daraza do środka szukać artefaktu! Ja będę osłaniał wejście! Tylko szybko. W końcu znajdą Diltrama i Młodego.
‐  Gdy weszli do środka ich oczom ukazała się oprócz paru regałów i stołu zawalonego dokumentami i mapami całkiem ładna kolekcja kosztowności.
‐ Ktore to artefakt? - spytał gorączkowo Grin.
‐ Któryś po lewej, sprawdzę dokładniej.
‐ Pospiesz się!
‐  Po chwili mamrotania i obmacywania przeróżnych rzeczy czarodziej chzycił mała szkatułkę.
‐ Znalazłem!
‐ To zmywamy się! - krzynął Feldan.
‐  Draza wyszedl na zewnątrz i przekazał dowódcy szkatułkę, kucnął przyłżył rękę do ziemi i zączą wymawiać zaklęcie.
‐ W las szybko!
‐  Gdy tylko cała trójka zagłębiła się z lesie w niebo, z miejsca przy, którym kucał czarownik wystrzeliła zielona smuga ognia.
‐  Wszyscy biegli jak najszybciej potrafili przez zarośla i korzenie. Po kilku dłużących się niemiłosiernie chwilach biegu grupa wpadła na polanę z jaskinią. Szybko obrali kierunek i wbiegli do niej. Nikogo tam nie było.
‐ Młodego i Diltrama jeszcze nie ma – sapnął Feldan.
‐ Na pewno zaraz się zjawią – powiedział Grin – Odpocznijmy przez chwilę.
‐ Długo ich nie ma – mruknął kondotier po pewnym czasie.
‐ Może musieli gdzieś przeczekać?
‐ Idą! - krzyknął Draza obserwujący polane – A raczej Diltram idzie trzymając Młodego na plecach.
‐  Na jedną straszną chwilę serce Feldana stanęło po czym zerwał się i pobiegł do wylotu jaskini. Krasnolud niósł przewieszone przez barki bezwładne ciało łucznika. Dowódca podbiegł do nich i przejął chłopaka z rąk dyszącego Diltrama.
‐ Co się stało? - spytał zmierzając do jaskini.
‐ Dostał – Odpowiedział krótko – Szybko do środka, byli zaraz za nami.
‐  Położyli młodego na skale gdzie natychmiast znalazł się czarodziej i obejrzał ranę.
‐ Stracił przytomność, ale raczej nic mu nie będzie
‐ Na pewno?
‐ Nie.
‐  Feldan nie zdążył nic powiedzieć, bo na łąkę wpadła Sheala z grupką żołnierzy. W mig zlokalizowała jaskinie i ruszyła w  jej kierunku skandując długie zaklęcie.
‐ Teleportuj nas stąd! Szybko!
‐  Czarodziej wykrzyczał zaklęcie, zrobiło się jasno potem huknęło i strop jaskini zawalił się z rumorem.
‐ 
‐   Sheala podeszła ostrożnie do stosu kamieni, wyciągnęła ręce przed siebie i wymamrotała zaklęcie. Stała tak przez chwilę z rozświetlonymi dłońmi.
‐ Nic – pomyślała – Nic tam nie ma. Żadnej magicznej aury. Nie zdążyłam. Odkopać to! - rozkazała nagle ze wściekłością w głosie – Szybko, bo was w komary pozamieniam!


‐ ***
‐ Nic mu nie będzie – wystawił diagnozę czarodziej wstając znad Młodego – Nic mu nie będzie, ale musimy stąd uciekać. Dobrze zamaskowałem dokąd się teleportowaliśmy, ale ostrożności nigdy za wiele.
‐ Dobrze – zgodził się Feldan – Ty z młodym uciekajcie do kryjówki, a my idziemy do Novigradu jak najszybciej pozbyć się tego ustrojstwa i odebrać nagrodę
‐ Zgoda.
‐ Diltram, Grin! Za chwilę wymarsz po bogactwo – zadeklarował kondotier z uśmiechem – Macie być gotowi w południe. Zrozumiano?
‐ Tak jest, szefie!
   


Poszukiwacz Podziemia
               
Treser Podziemnych Bestii