Ostatnie wiadomości

Strony: [1] 2 3 ... 10
1
Gry cRPG / Odp: Gothic
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Sentenza dnia Grudzień 07, 2021, 22:30:30 pm  »
na pewno chwali się  niezła obsada. Zawsze mnie tylko ciekawi jak im się udaje to ogarnąć - czy robią wielką zrzutę, czy wbrew pozorom zorganizowanie aktorów do podłożenia głosów jest śmiesznie tanie.
2
Gry cRPG / Odp: Gothic
« Ostatnia wiadomość wysłana przez xeroloth dnia Grudzień 06, 2021, 08:12:21 am  »
Remake remakiem, ale TO jest coś dużego

https://www.youtube.com/watch?v=hQ90G4xtDCY&ab_channel=KronikiMyrtany

oj będzie grane :D dawno nie wyszła tak dobra i rozbudowana modyfikacja
3
Hyde Park / Odp: Hej ferajna, co tam ostatnio u was?
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Sentenza dnia Listopad 25, 2021, 19:36:09 pm  »
czyli mamy oficjalnie potwierdzone - furries ARE gay :P



Ale tak serio to spoko, że się przemogłeś, pojechałeś i ci się podobało. Prozą życia nie przejmuj się tym bardziej - nie musisz być koniecznie taki jak inni i robić to samo co oni "bo wypada". Bierz przykład z konwentowego towarzystwa :P
4
Hyde Park / Odp: Hej ferajna, co tam ostatnio u was?
« Ostatnia wiadomość wysłana przez C dnia Listopad 23, 2021, 23:06:17 pm  »
Większość centrowców już jest w tym wieku, że pobierają się, kupują/budują mieszkania/domy, zakładają rodziny... ot, proza życia. Chociaż skłamałbym, gdybym powiedział, że nie czuję się wyrzucony na margines przez moje decyzje.

Dzisiaj chciałem opowiedzieć wam o konwencie fanów antropomorficznych zwierząt, tzw. "furry". W tym miesiącu po raz pierwszy udałem się na coś takiego, wcześniej mając do czynienia jedynie z konwentami fantasy/sci-fi oraz My Little Pony. Konwent był wyjątkowo długi: trwał 5 dni, w zasadzie tydzień w opcji early arrival i late departure, którą wybraliśmy.

Całe szczęście, że nie udałem się tam sam, ponieważ byłby to spory błąd. Kryjąc się za moim partnerem, byłem w stanie pasywnie uczestniczyć w wielu ciekawych rozmowach, w tym z jednym z organizatorów. Fajny koleś, opowiedział mi o tym, jak wyglądają tego rodzaju konwenty. Jako że moim pierwszym był Pyrkon, nabyłem na jego podstawie nieco błędnego wyobrażenia o pozostałych. Na Pyrkonie przyjeżdża się by kupować gadżety i zobaczyć panele z zaproszonymi gościami. Podobnie było na kucykowych spędach. Furry konwent był znacznie bardziej społecznie nastawionym wydarzeniem. Ludzie, zwykle ci sami każdego roku, przyjeżdżają na niego wypić, porozmawiać, pobawić się razem, pograć w coś. Prelekcji było tylko kilka, a sam konwent odbył się wewnątrz hotelu z "centrum konferencyjnym", czyli paroma większymi wynajętymi salami.

Niezwykłe wrażenie zrobiła na mnie liczba fursuiterów, czyli osób które przybyły z kombinezonami przedstawiającymi swoje futrzeste postacie. Stanowili oni ponad połowę wszystkich uczestników! W sumie przybyło ich 180. Oczywiście nie nosili oni tych koszmarnie gorących skafandrów cały czas, ale co rusz napotykało się jednego z nich. Bardzo sympatyczni, szczególnie gdy wczuwali się w rolę postaci. Sama konstrukcja tych przebrań zrobiła na mnie wrażenie.

Część moich obserwacji:
Futrzaki są bardzo prospołeczne. Bardziej nawet niż broniacze, mocno utożsamiają się ze sobą nawzajem i są przyjaźni i otwarci. Przytulanie się stanowi część ich plemiennego obrządku i jest powszechne. Osobiście trudno mi było przemóc się by przytulić jednego z fursuiterów - udało mi się tylko dlatego, że jeden z nich z własnej, nieprzymuszonej woli zaoferował przytulasa.

Wbrew temu, co czytałem o nich w internecie i na czanach, nie było wśród nich tak wielu kobiet transpłciowych (o jednej z nich dowiedziałem się potem, że jest trans). Nie było też tak wielkiego gej party jak oczekiwałem, kobiet było nawet proporcjonalnie niemało, tak z 20-25% wszystkich uczestników. Nie rozmawiałem z nimi dużo, nie byłem więc w stanie zweryfikować stwierdzenia mojego znajomego, że kobiety w fandomie są albo artystkami (rysują, malują, szyją fursuity itp.) albo chore psychicznie. Chociaż na panelu specyficznie o kobietach w fandomie wypowiadały się tylko te, które odnalazły w nim spełnienie artystyczne.

Jeszcze odnośnie stereotypów: większość furrasów z którymi rozmawiała nie była wcale tak krindżowa, jak oczekiwałem. Wielu z nich rozmawiało swobodnie i pewnie, i jak na ironię, byłem tam jedną z bardziej zjebanych, outsiderskich, antyspołecznych osób - ja, chłodny anon z internetów! Zabawne, jedna z osób w strefie handlarzy? (dealers den) sprzedawała m.in. przypinki z hasłem "I am cringe but I am free". Wolność pewnie w znaczeniu od norm społecznych. Nie byłem w stanie się z nim utożsamić, jestem więc cringe, ale też zniewolony moim postrzeganiem norm. Nawet wśród futrzaków starałem się zachowywać tak jak oni, a mimo to momentami czułem się wyrzutkiem.

O kurczę, ale tam było facetów homoseksualnych. xD Przynajmniej dwaj w rozmowie mimochodem wspomnieli o posiadaniu chłopaka. Nawet baby na swoim panelu żartowały (ale tak raczej pół serio), że nie mają się czego bać, bo wchodzą w środowisko gejów. A całkiem na poważnie mówiły o tym, że jeszcze jakiś czas temu w fandomie spotykały się wręcz z pobłażaniem za samo bycie niewłaściwej płci. Na konwentowej potańcówce jeden z chłopaków zarywał do mnie wręcz - nie werbalnie, ale dotykając torsu. Ciekawe doświadczenie. Wyrzuciłem zapasy makaronu z kieszeni spodni i taktownie podziękowałem za towarzystwo, nawet nie dlatego, że mi jego dotyk przeszkadzał, tylko niestety jak zawsze czułem się niezręcznie w towarzystwie obcej osoby. Teraz czuję się, jakbym przegapił okazję na ciekawą interakcję. Nigdy w życiu w zasadzie nie flirtowałem z drugą osobą, niezależnie której płci. Miałem nieszczęście dzielić pokój w hotelu z obcą osobą zamiast z partnerem (długa historia...). Generalnie prawie się nie widzieliśmy, ale gdy się sobie przedstawiliśmy i opowiedzieliśmy nawzajem trochę o sobie, dowiedziałem się, że nieznajomy poza konwentami był też na paradzie równości, co interpretuję w wiadomy sposób. xD Później zresztą niechcący zignorowałem zawieszkę "nie przeszkadzać" i bez pukania wtargnąłem do pokoju, oczekując że będzie pusty jak zwykle... bardzo nietaktowne z mojej strony, w każdym razie obcy przebywał tam razem z innym mężczyzną. Zanim się wycofałem na korytarz, dostrzegłem ślad rozebranych nóg. Udawałem, że nic nie widziałem i nie dopytywałem się, przeprosiłem tylko za brak poszanowania prywatności ale no...

Czas opowiedzieć coś o przysłowiowym słoniu w pomieszczeniu, czyli misce pełnej kondomów i ulotek o chorobach wenerycznych w łazience. xD Musiałem się o nią zapytać organizatora. Powiedział mi wprost, że na fur konwentach część osób poznaje swoich partnerów i zabezpieczenie jest dla ich własnego zdrowia. Powiedział też to, co później zostało powtórzone na prelekcji dla nowych uczestników: rzeczy NSFW nie mają miejsca na konwencie, tylko w pokojach hotelowych. Nasłuchałem się wcześniej w internetach o ekscesach, jakie działy się na innych furconach: obsrane pieluchy, dragi, sranie do basenów, sikanie do ballpitów, rzucanie pizzą na samochody, wywoływanie alarmu pożarowego, wpuszczanie gazu musztardowego do wentylacji... Według słów organizatora - swoją drogą, starszego mężczyzny z dużym doświadczeniem życiowym - te incydenty zdarzają się generalnie w Stanach, gdzie kultura furry jest inna, a ich konwenty bardziej przypominają dzikie imprezy, niż zloty. Jasne, na konwencie był też bar z (horrendalnie drogimi ale i tak tańszymi niż w innych częściach miasta) drinkami, ale mimo to ludzie zachowywali się z RiGCzem i nie odpierdalali inb. Nikt się nie uchlał, nie było rzygania, rzucania kondomami (tylko jeden raz ktoś napompował jeden kondom jak balonik i porzucił), odstawiania boruty. Największym incydentem była kilkugodzinna awaria prądu jednego wieczora w jednym z budynków hotelu - i w sporej części miasta. Zbiegiem okoliczności, budynek hotelu po drugiej stronie ulicy znajdował się jeszcze w strefie sprawnej)... W każdym razie, kolega z Ameryki opowiadał mi, jak to konwenty są wymówką do uprawiania seksu w pokojach hotelowych. Osoby z którymi rozmwiałem raczej zaprzeczały.

Znaki na drzwiach! To istotny element konwentowej kultury, o którym nie wiedziałem. Chodząc po korytarzach, można było odróżnić normików od futrzaków w ten sposób, że futrzaki mieli przygotowane artworki przedstawiające swoje fursony. Dekorowali nimi drzwi do swoich pokoi. Podobno istotną cześcią konwentów są room party poświęcone różnym zainteresowaniom albo organizowane wśród grup znajomych. Nie muszę chyba dodawać, że nie zostałem na żadny zaproszony.

Wygląd! Temat trochę pokrewny cringe'owości. Tylko część z futrzaków ubierała się ekscentrycznie. Duża część nosiła w miarę normalne ubrania. Tylko parę facetów nosiło sukienki. Najbardziej ekscentryczny był pewien wątły chłopak noszący głowę od fursuita, pończochy sięgające ud, minispódniczkę, krótki damski top i ocieplacze na ramiona - dość stereotypowy femboy slut outfit. Może się nie znam, ale miniówkę, tak jak inne spódniczki, nosi się chyba na talii, a nie na biodrach, jak on. Kolega zdaje mi się, że eksplorował swoją tożsamość płciowość, ale większość futrzaków jednak odniosłem wrażenie, że chce być normalnymi ludźmi i jako takowi traktowana, dlatego też generalnie ubiór był dosyć konserwatywny.

Fursony! Tego dowiedziałem się już po konwencie, czytając więcej o furrasach, ale jedno ze studiów wykazało, że 95% członków fandomu posiada fursonę, czyli antropomorficzne zwierzę, które traktuje jako futrzastą wersję swojej osoby. Widać to było w tym, że sporo osób poza zwykłym badge'em konwentowym posiadało też duży laminowany artwork przedstawiający swoją fursonę.

Zwiedzając dealer's den, chłopak zagadał do jednej z rysowniczki, która narysowała kiedyś jego fursonę. Ja jak zwykle stałem za nim i słuchałem. W pewnym momencie zwróciła się do mnie, patrząc na mojego badża - można było go customizować przed konwentem. Nie załadowałem żadnej grafiki jako obrazka profilowego, więc na moim badżu znajdowała się standardowa grafika placeholderowa.
- Jaką masz fursonę?
Oczywiście nie lubię się do tego przyznawać, ale zawsze specjalnie utożsamiałem się z moją postacią fantasy, której używałem na tym forume, w tym fanklubie. To nigdy nie była dla mnie tylko jedna z wielu postaci, tylko ktoś, kim chciałbym być. Nie potrafiłem jej powiedzieć, czy jako jej gatunek wolałbym kota domowego, czy jednak irbisa śnieżnego. Ostatecznie za jej namową rzuciłem monetą, by przynajmniej tymczasowo rozstrzygnąć odwieczny dylemat - padło na kota domowego, ale poczułem się źle z tym wynikiem, więc wybrałem irbisa. Rysowniczka w bardzo miłym geście naszkicowała naprędce antropomorficzną panterę z futrem upstrzonym rozetkami. Nie jest to ostateczna forma mojej fursony, ale jako że od piętnastu lat myślę o niej i chciałbym ją zobaczyć narysowaną, był to impuls dla mnie, by pomyśleć o stworzeniu jakichś artów albo własnoręcznie, albo zatrudniając artystę.

Gry i zabawy! Przypadkiem, chcąc wziąć udział w grze której opis źle zrozumieliśmy, zamiast w escape roomie, znaleźliśmy się w sesji Dungeons & Dragons! Zdjęła mnie groza, bo od wielu lat chciałem spróbować papierowego RPGa, ale nie miałem nigdy odwagi wziąć udziału, bo nie wiedziałbym, jaką postać stworzyć i jak ją odgrywać. Sesja D&D była okropna, no fatalny wstęp do tabletopów. xD Ale nie z winy mistrza gry ani innych graczy. Półtorej godziny tworzyliśmy postacie, a sama gra zajęła może 10-15 minut. Każda postać w drużynie była kluczowa, utrata choćby jednej oznaczała koniec sesji. GM korzystał z systemu losowego generowania lochów, więc to nie on ale kości nas wychujały. Co tu dużo mówić, mimiki udające skrzynie są rakiem i osoba, która je wymyśliła powinna umrzeć w męczarniach. xD To nie moja postać została pożarta przez skrzynię z zębami, ale mimo wszystko szkoda mi było mojego losowo wygenerowanego bohatera: olbrzymiego hermafrodytycznego ślimaczątka (nagiego, bez skorupy, "slugling") lubiącego pustynię, o krągłej twarzy, kwieciście wypowiadającego się, będącego kapłanem czczącego Żółtą Królową, mającego dużo HP i dość dobrze walczącego w zwarciu.

Potańcówka i muzyka! Wspomniałem o dyskotece przy okazji gejów, ale opowiem nieco więcej. W skrócie: była beznadziejna! Głównie dlatego, że była ona zarówno dla fursuiterów jak i innych. W fursuicie wszystkie zmysły są ograniczone, nie mówiąc o ryzyku przegrzania, dlatego pomieszczenie było w miarę jasno oświetlone by przebrane futrzaki mogły widzieć, a muzyka była w miarę mało energiczna i jednostajna, by mogli sobie do niej potańczyć - i ogólnie taka generyczna, niezwiązana z furry. W tej kwestii fandom broniaczy różni się od furry: ci pierwsi są bardziej skupieni na muzyce, a ci drudzy są bardziej wizualni. To dlatego, że można do muzyki wpleść fragmenty z kreskówki MLP FiM i nazwać muzyką kucykową. Futrzaki nie mają takiej możliwości, oni raczej chcą urzeczywistnić swoje oryginalne postaci. Dlatego to scena broniaczy organizuje koncerty. Bronies mają też lepsze dyskoteki, szczególnie że fursuity są na ich spędach stosunkowo mało popularne, zwłaszcza w porównaniu do pluszaków. Poniaczowa intensywna muzyka elektroniczna przy dudniących głośnikach wymagających zatyczek do uszu w ciemnej hali, gdzie można inbować bez obaw o wyglądanie dziwnie > próby tańczenia w słabo oświetlonej sali gdzie mnóstwo osób fotografuje albo nagrywa fursuiterów i cały czas ma się w głowie, że będzie się na wideo albo na zdjęciach. BTW kto wpadł na pomysł, by organizować tańce w pomieszczeniu pokrytym dywanem? Trochę poślizgu na podłodze pomaga w wykonywaniu bardziej ambitnych ruchów tanecznych.

Panele dla dorosłych! Prawie o nich zapomniałem, bo byłem tylko na jednym, pominąłem panel o vore czy rysowaniu erotyki. Trochę nie wiem, czy powinienem o tym pisać, bo na "panelu" będącym placem zabaw dla "szczeniaczków" obowiązawał zakaz nagrywania i robienia zdjęć, a same konwenty "after dank" były widoczne na stronie konwentu tylko dla osób zarejestrowanych. Nie rozumiem, na czym polega fenomen zakładania skórzanej psiej maski i uprzęży, i udawania, że jest się szczeniakiem. To chyba jakiś podtyp fetysza BDSM. Kilkanaście osób bawiło się tak na przeznaczonym do tego obszarze. Nie było w ich zabawie nic specjalnie seksualnego, chociaż w zapasach i wzajemnym poklepywaniu się jest wzmożona fizyczność. Mimo obecności piłeczek tenisowych na sali, żaden "szczeniak" nie chciał bawić się z nami w aportowanie.

To już wszystko z tego, co chciałem opisać. Konwent był fajny, a ludzie mili i wyrozumiali. Mam nadzieję wybrać się tam w następnym roku i liczę, że do tego czasu wypracuję umiejętność łatwiejszej komunikacji z innymi, bez wszechogarniającego poczucia nieprzystawania i zażenowania. Gdybyście się kiedyś wybierali, polecam udać się ze znajomymi, nie samemu.
5
Hobby / Odp: Fajny film wczoraj widziałem...
« Ostatnia wiadomość wysłana przez C dnia Listopad 20, 2021, 21:28:20 pm  »
Parę tygodni temu obejrzałem Diunę. Na film poszedłem nie przeczytawszy książki i nie wiedząc prawie nic o uniwersum ponad to, co zobaczyłem w grze Dune II, na przykład zbajerowane czołgi rodu Harkonnenów.
(click to show/hide)
Nie no, tak na poważnie, to poza oglądaniem gameplayu z Dune II rozmawiałem trochę z kolegą ze spoilera powyżej na temat uniwersum i dowiedziałem się paru ciekawostek.

Film był ucztą dla oczu, począwszy od pięknego wyglądu młodego Paula Atrydy. Ścieżka dźwiękowa kompozycji Hansa Zimmera naturalnie była odpowiednio epicka i wywołująca ciarki, jak zwykle. Samo wymyślone przez Herberta uniwersum w którym zwaśnione rody walczą o wpływy w imperium ludzkości i snują intrygi by zyskać przychylność imperatora, zostało przedstawione bardzo ciekawie. Podobają mi się anachronizmy technologiczne, np. powrót do broni białej wymuszony wynalezieniem i popularyzacją osobistych pól siłowych, które skutecznie blokują pociski z broni długiej (tego nie wyjaśniono w filmie, podobnie jak tego, co stało się z komputerami i kim sa mentaci - opowiedział mi o tym znajomy). Zamiast zwykłych karabinów w użyciu są wyrzutnie zatrutych strzałek, ciężkie lasery służące forsowaniu fortyfikacji, i zdalnie sterowane przypominające mechaniczne insekty groty-gończaki. Wymyślne spolszczenia fikcyjnych nazw skopiowane z tłumaczeń opowiadania bardzo mi się spodobały. Fascynujące są ważkopodobne ornitoptery, które zastąpiły helikoptery, i fremeńskie wynalazki pozwalające przeżyć na Arrakis, pokroju filtraków i dudników (?). Albo cały wymyślny system zbierania przyprawy z powierzchni planety, oparty na łazikach (?) transportowanych przez carryalle (zapomniałem polskiej nazwy).

No nie wiem, co tutaj napisać. Film przedstawił bardzo interesujący świat. Poza zagrywkami politycznymi rodów fascynująca jest też brutalna kultura Fremenów z ich kultem zabójczego szaj-huluda czyli pustynnego czerwia. Nie jestem bardzo wymagającym widzem. Wsiąkłem w film i czekam na kontynuację, a nawet mam ochotę przeczytać książki, by poeksplorować świat przedstawiony nieco głębiej. 10/10.
6
Hobby / Odp: Anime
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Sentenza dnia Listopad 19, 2021, 20:23:43 pm  »
Szukając modelarskich inspiracji, postanowiłem się przemóc i obejrzeć oryginalnego Gundama w wersji TV. Na prośbę moga, krótka recka z podsumowaniem "czy warto".

Jak pewnie niektórzy pamiętają, wcześniej widziałem jedynie kompilację filmową i, delikatnie ujmując, nie byłem nią zachwycony. Animacja, fabuła oraz designy były mocno "meh", zaś akcja albo wlekła się niemiłosiernie, albo skakała między wydarzeniami jak pojebana. Trudno jednak było stwierdzić na ile jest to wada starości, a na ile pocięcia wydarzeń na potrzeby filmu. Internety twierdziły, że seria TV jest jeszcze gorsza, no ale ciekawość zwyciężyła.

Czy warto było więc po to sięgać? Tak... chociaż niekoniecznie z tych powodów, dla których normalnie sięga się po anime.

Jeśli chodzi o fabułę, miałem z nią bardzo burzliwą relację. Pierwsze 12 odcinków nawet mnie wkręciło. Ucieczka z kolonii, starcia z Garmą oraz intrygi chara oglądało się nawet nieźle. Jasne, dialogi nadal były dość drewniane, a schematy odcinków oraz animacje dość powtarzalne, ale oglądało się to lepiej niż to, co zapamiętałem z pierwszego filmu. Postacie oraz frakcje miały nieco więcej miejsca, byśmy mogli poznać ich motywacje, wzajemne relacje i przekonać się, że nie wszystko jest czarno-białe. Nie jest to nic wybitnego (tomino jest mistrzem dialogów, gdzie postacie niby mówią dużo, ale robią coś innego i w zasadzie wielu rzeczy trzeba się domyślać lub doczytać w materiałach pobocznych, by bardziej docenić "ciężar" sceny), ale na pewno tłumaczy to lepiej niż filmy. Znacznie bardziej widoczny jest też ten "realistyczny, wojskowy" klimat. Piloci ciągle odbywają rotacyjne patrole, życie na statku toczy się w rytm alarmów bojowych różnego stopnia, mechy są traktowane jak cenny sprzęt który wymaga części zamiennych, konserwacji i logistyki, która na polu walki okazuje się często ważniejsza niż czysta siła ognia (statek np. potrafi mieć widoczne obrażenia przez wiele odcinków, póki wreszcie nie doczołga się do bazy z dokiem naprawczym).

Niestety jednak im dłużej się ogląda, tym bardziej męczące jest to show. Pojawia się sporo filerów, które niby pokazują nam świat i frakcje z różnych perspektyw, ale jednocześnie wpychają to w naprawdę idiotyczną fabułę (słynna wyprawa po sól, albo atak na gundama z użyciem latających motocykli i przyklejanych bomb). Coraz częściej zdarza się też, że ważne wydarzenia zajmują raptem pięć minut odcinka, zaś cała reszta to zapychanie go kolejną nudną walką z ciągle tymi samymi przeciwnikami (ponieważ wojskowy realizm). W połowie serii widać zaś już ewidentnie, że zaczęły się problemy ze sponsorami - pod pretekstem nawet realistycznego i sensownego "zeon zaczyna przegrywać i boi się gundama, więc rzućmy do boju wszystkie prototypy nad którymi pracował" zaczyna się chamskie promowanie zabawek i dalszy zjazd fabuły. Każdy odcinek to nowy przeciwnik, nowa nic nie wnosząca walka i ledwie trzy minuty fabuły by to jakoś spiąć. Są oczywiście odcinki, gdzie wydarzeń jest nieco więcej, ale ogólnie męczyłem się z tym okrutnie.

Czy więc polecam to anime do obejrzenia? Cóż, to zależy.

Jeśli szukasz dobrego anime - nie. Jest za długie, za  brzydkie i zbyt schematyczne. To klasyk, ale raczej taki, którego miejsce jest w muzeum. Ot, kolejny  produkt swoich czasów i nie da się dzisiaj zrozumieć jego ówczesnego fenomenu. Są lepsze propozycje na wolny wieczór.

Jeśli szukasz jedynie wprowadzenia do Universal Century, by mieć kontekst przed obejrzeniem lepszych filmów/OAVek - też nie. Kompilacja filmowa będzie lepsza, bo też jest słaba, ale przynajmniej dużo krótsza.

Czy w takim razie ogólnie poleciłbym kompilację filmową? Też nie. Jest krótsza, mniej powtarzalna i poprawiono nieco animację, ale robi to kosztem zredukowania arców poszczególnych postaci czy world buildingu. Wszystko to było niestety są zbyt mocno zintegrowane z "enemy of the week" by dało się to jakoś wyjąć.

Czy więc seria TV jest totalnym gównem i lepiej udawać, ze nie istnieje? Też tak nie do końca. Mimo wszystko jest to początek Universal Century, na którym zbudowano wszystkie lepsze serie. Bez znajomości OG gundama nie zna się stake'ów w tej wojnie, często też robi się do niego odwołania. Jest to też ciekawe anime do analizy, ponieważ robi wiele rzeczy, których nie znajdzie się nigdzie indziej. Jest więc ten cały wojskowy realizm, dość dorosła polityka (nawet hitler się przewija), wątki zbrodni wojennych czy wojny na wyniszczenie i dzieci-żołnierzy... robią one wprawdzie bardziej za tło niż główną oś wydarzeń, ale właśnie dlatego jest to taki dobry case study. Zamiast taniego moralizatorstwa, po prostu element świata.

Jeśli ktoś bardzo chce zacząć od dobrego gundamowego anime, nadal polecam 0080 War in the Pocket oraz resztę OAVek z lat 90. Z tym tylko zastrzeżeniem, że tracą nieco bez znajomości choćby filmowej kompilacji oraz jednocześnie, że oglądając kompilację można się tylko do tego gundama zniechęcić. Błędne koło.
7
Hyde Park / Odp: Kącik politycznie niepoprawny
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Maniaks dnia Listopad 19, 2021, 19:34:06 pm  »
Czy w takich momentach nie ma nic lepszego do zrobienia, niż zajmowanie się takimi bzdetami? Kuźwa... u nas te elity to normalnie ręce opadają. Ostatnio swoją drogą widziałem jakieś przemówienie Glapińskiego na temat wzrostu stóp procentowych. Autentycznie byłem zażenowany tym, co ten człowiek wygadywał. Wstyd.
8
Hyde Park / Odp: Kącik politycznie niepoprawny
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Sentenza dnia Listopad 15, 2021, 16:56:00 pm  »
https://businessinsider.com.pl/wiadomosci/kryzys-na-granicy-nbp-w-trybie-pilnym-wypusci-monete-i-banknot/fqrmq1k komu kolekcjonerski banknot czczący obronę granicy przed uchodźcami?

A człowiek myślał, że już nic go nie zaskoczy
9
Gry komputerowe / Odp: Gry po promocyjnych cenach
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Sentenza dnia Listopad 12, 2021, 18:57:30 pm  »
https://www.gog.com/game/outcast outcast za darmo na gogu
10
Hobby / Odp: Fajny film wczoraj widziałem...
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Master of Gorzała dnia Październik 29, 2021, 01:05:30 am  »
Diuna.

To chyba najwierniejsza adaptacja książki jaką widziałem. Nie tylko, jeżeli chodzi o zmiany w scenariuszu, ale także klimat i przesłanie filmu. Tak naprawdę największym odstępstwem jest zmiana płci Lieta Kynes'a, ale to postać drugoplanowa. Reszta? Niemalże perfekcyjnie oddane na wielkim ekranie to, co na kartach powieści. Można? Można. Nie to co zmiany we Władcy Pierścieni czy też (brr) w Hobbicie.

Nie będę pisał o fabule, bo ani w książce, ani w filmie nie chodzi o jakieś zwroty akcji czy inteligenckie zagrywki. Obydwa dzieła przedstawiają pewną filozofię, ubraną w fabułę. Z resztą sam pierwowzór na początku każdego rozdziału ma "spoilery", bo jest tam fragment z historii spisanej przez Księżniczkę Irulanę. W Diunie chodzi o coś większego i głębszego. Poza tym, że jest to książka o ekologii (ale nie natrętnie), to jest o przeznaczeniu, samospełniającej się przepowiedni, genetyce i wolnej woli. Każda z postaci tam jest niezwykła, magiczna i ponad wszelkimi ramami.

Ale jak wypada sam film?

Fantastycznie.

Nie tylko strona wizualna, która często jest przywoływana w dyskusji o filmie. Bo wygląda to wszystko zjawiskowo. Obco, ale sensownie. Minimalistycznie, ale okazale. Muzyka jest kapitalna. Hans Zimmer znowu daje popis swoich umiejętności, ale wykonanie jak i umiejscowienie w filmie różnych motywów jest perfekcyjne. Widać, że reżyser wie co robi, ma wizje i konsekwentnie ją realizuje. Blade Runner 2049 pokazał, że Denis Villeneuve potrafi nakręcić wspaniałe dzieło od strony wizualnej. Ale to w Diunie dostał jeszcze większy budżet i moim zdaniem lepszy materiał źródłowy na przepiękne zdjęcia i efekty specjalne.

Aktorzy wykonują solidną pracę. Nie ma perełek, ale Chamalet jako Paul jest bardzo dobry. Mam trochę żal, że Jessikę przedstawili jako dosyć rozemocjonowaną kobietę. W książce była bardziej wyrachowana. Może to zabieg w celu dehumanizowania ją w drugiej części? Czy też postawiona jako kontrast do nieludzkiego uniwersum i innych postaci.

Moje przeżycia - bo to dobre określenie po seansie - są oparte na przeczytanych 4 tomach Diuny. Nie jestem w stanie stwierdzić, czy nowy widz pogubi się w uniwersum. Pewnie tak, bo nie ma na przykład wytłumaczone dlaczego nie strzela się do siebie laserami, tylko walczy wręcz. W ogóle mało jest ekspozycji. Film raczej stawia na znajomość źródła, lub też przyjmowanie pewnych rzeczy "na klatę" niż zabawę w tłumaczenie każdego terminu, postaci i planety. Ale moim zdaniem to dobrze. Hollywoodzkie filmy ostatnimi czasy przyzwyczaiły nas do tłumaczenia wszystkiego, włącznie z podróżą w czasie i przepisem na jajecznicę głównego bohatera. Może dzięki takiemu podejściu zachęci do czytania książki? Wiem, że film powinien sam się bronić, ale tak czy siak tak jest. Pierwowzór będzie tylko wartością dodatnią, a nie czymś wymaganym przed seansem.

Warto pójść do kina chociażby po to, żeby pokazać, że we współczesnej twórczości jest miejsce na wysokobudżetowe i jednocześnie ambitne filmy. Zwłaszcza, że Science Fiction szoruje po dnie trochę w tej dziedzinie.

Strony: [1] 2 3 ... 10